Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Prywatności. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.

Zamknij
Nie chcę „jednostrzałowców”

Nie chcę „jednostrzałowców”

Rozmowa z trenerem Jackiem Wośkiem

Trener Jacek Wosiek ma opinię specjalisty od treningu kobiet. W swojej karierze prowadził m.in. Karolinę Nadolską, Agnieszkę Mierzejewską, czy Dominikę Napieraj. W ostatnim czasie największe sukcesy święci natomiast z Aleksandrą Lisowską. W dłuższej rozmowie opowiedział nam: jakiego fortelu użył, aby przekonać Karolinę Nadolską do debiutu w półmaratonie, czy w środowisku trenerów więcej jest solidarności czy zazdrości, dlaczego Brytyjczycy mają wyższy poziom biegów długodystansowych niż my, oraz kto z polskich biegaczy jest poetą ruchu?


Krzysztof Brągiel (Bieganie.pl): Trenerze przede wszystkim gratulacje środowego startu Oli Lisowskiej. Kolejne złoto mistrzostw Polski i kolejna życiówka, tym razem 33:05 na 10 km. Rozumiem, że skoro przygotowujecie się do maratonu 6 grudnia, to Ola cały czas jest w mocnej robocie treningowej. Czy jednak było jakieś odpuszczanie?

Jacek Wosiek: Dziękuję. Ola w tygodniu przedstartowym przebiegła 195 km, a tydzień zakończyła biegiem 30 kilometrowym, więc objętość i intensywność była duża. Aczkolwiek trening przebiega dobrze, nie było ryzyka, że będzie klapa.

KB: Ola ma przeszłość bieżniową, ale duży postęp w długich biegach zanotowała, odkąd zaczęliście trenować razem. Jak doszło do tej współpracy?

JW: To był zbieg okoliczności. Ola po studiach podjęła pracę w wojsku, myśląc, że uda jej się połączyć pracę z bieganiem. Ale niestety, była zwykłym żołnierzem, musiała przyjść na 8 godzin do pracy, miała poligony i ostatecznie nie udało jej się tego godzić z bieganiem na przyzwoitym poziomie. Po kilku miesiącach stwierdziła, że chce jeszcze raz postawić wszystko na bieganie, a praca może zaczekać. Mimo, że tak naprawdę znaliśmy się z Olą tylko z widzenia, to zwróciła się do mnie z chęcią współpracy.

W roku 2016 zdarzyła się sytuacja, że do reprezentacji Wojska Polskiego na mistrzostwa świata w maratonie, brakowało jednej biegaczki. Pierwotnie miała tam startować Dominika Napieraj, ale z powodu kontuzji musiała zrezygnować. Wtedy zaproponowałem Olę. Powiedziałem, że zgłosiła się do mnie zawodniczka, która jest gotowa podjąć pracę do maratonu, jest gotowa się poświęcić i wojsko przystało na ten pomysł. Ola tak naprawdę pobiegła ten maraton po 2 miesiącach przygotowań od zera. Na szczęście na tyle dobrze się zaprezentowała, pokazała charakter, pokazała, że można na nią liczyć, że dzięki temu dostała etat sportowy w wojsku. Teraz ma warunki ku temu, żeby biegać.

KB: To były mistrzostwa świata w Ottawie?

JW: Nie, rok wcześniej we Włoszech w Torino. Ola pobiegła tam 2:49:00. 

KB: Co jest jej najmocniejszą stroną, a gdzie jeszcze można poszukać rezerw? 

JW: Wydaje mi się, że najmocniejszą stroną Oli jest to, że cieszy się bieganiem, lubi to, nie boi się coraz więcej i mocniej trenować. To jest takie biegające ADHD, które poprzez bieganie rozładowuje swoje emocje. Duże rezerwy są w treningu, bo Ola już mogłaby trenować zdecydowanie intensywniej, ale my wolimy dochodzić do wszystkiego stopniowo. Mogłaby wykonać robotę na 2:24 w maratonie ale niekoniecznie by się to przełożyło na wynik. Inną rzeczą nad którą warto pracować jest wzmacnianie jej psychiki, żeby bardziej wierzyła w siebie, żeby nie wątpiła, czy aby na pewno jest na dany wynik przygotowana. To jest zresztą częsty problem u polskich zawodników, zwłaszcza jeśli porównamy z Amerykanami. Tam każdy mówi – jestem gotowy, jestem przygotowany. My się dopiero uczymy takiej mentalności, żeby powiedzieć sobie przed startem – jestem gotowy na ten wynik i go zrobię.

KB: To ciekawe co trener mówi o asekuracyjnej mentalności. Jakiś czas temu w wywiadzie na naszej stronie Karolina Nadolska mówiła, że w Polsce zrobił się modny negative splite, a ona jednak woli otworzyć maraton odważnie. Powiedziała, że tego nauczyły ją chociażby starty w Japonii, gdzie zawodniczki od samego początku ruszają, jak kamikadze... 

JW: Trochę się to zmienia. Nasi zawodnicy coraz częściej mówią otwarcie o swoich odważnych celach i marzeniach i odpowiednio do tego trenują. Pojawiają się osoby, które można podawać za przykłady takiej mentalności. Karolina Nadolska jest doskonałym przykładem. Znam ją bardzo dobrze, bo pracowaliśmy razem przez 6 lat. Teraz jest też Krystian Zalewski, który pokazuje zupełnie nową drogę. Pokazuje że można, że jak się w coś wierzy i ma zaufanie do trenera, to można osiągnąć bardzo dużo.

KB: Czy czuje się trener specjalistą od kobiet? Poza Olą Lisowską, współpracował też trener z wieloma innymi utalentowanymi zawodniczkami. Wspomnianymi już: Dominiką Napieraj  i Karoliną Nadolską, ale też Agnieszką Mierzejewską. 

JW: Sam często się zastanawiam skąd się to bierze i ciężko jest mi znaleźć odpowiedź. Rzeczywiście patrząc z boku tak to wygląda, bowiem wyniki u kobiet mam lepsze. Co nie znaczy, że chcę się zamykać tylko do trenowania dziewczyn.

Wszystko zależy od tego, jak dużo czasu zawodnik jest w stanie przeznaczyć na trening. Z dziewczynami udaje mi się osiągać sukcesy, gdy są już po studiach. Mają wtedy więcej czasu na bieganie. A z chłopakami najczęściej współpracuję, gdy jeszcze są studentami. Wszystkie dziewczyny, z którymi udawało się robić wyniki, miały już fach w ręku i mogły skupić się na treningu. Też nie ukrywam, że mój trening jest taki, że wolę dłużej dochodzić do wyższego poziomu. Dłużej, a spokojniej. Zapewnia mi to komfort pracy mniej kontuzjogennej. Wyznaję zasadę, że im dłużej, w naturalny sposób dochodzę do wyniku, tym organizm dłużej może pozostać na danym lub wyższym poziomie. Ja nie chcę „jednostrzałowców". Chciałbym, żeby moi zawodnicy byli w stanie długo utrzymać się na topie.

KB: Kobiety są bardziej cierpliwe, niż mężczyźni i dłużej są w stanie czekać na efekty treningu?

JW: Chyba tak, ale wydaje mi się, że są też inne różnice, powiedziałbym - kulturowe. Według naszych stereotypów kobieta może dłużej nie zarabiać zawodowo na życie. Oczekiwania względem faceta są inne. To w pierwszej kolejności on ma być głową rodziny, on ma przynosić pieniądze do domu i dbać o byt. A ciężko jest przynosić pieniądze do domu, jeśli nie jest się zawodnikiem ze ścisłego topu. Jeśli dziewczyna ułoży sobie życie domowe, ma męża czy chłopaka, który wspiera, to myślę, że może się łatwiej poświęcić bieganiu. Co do mężczyzn odbiór społeczny jest raczej taki, że co on będzie sobie biegał, jak to nie przynosi zysków.

W każdym razie, jeśli chodzi o facetów to ja nie składam broni. Mam dwóch bardzo perspektywicznych zawodników. Jeden to Darek Boratyński, który właśnie wszedł w kategorię seniora i jest na ostatnim roku studiów. Darkowi, mimo tego że wraz z żoną studiują, wychowują małe dziecko, udaje się trenować na tyle, że liczy się w walce o medale mistrzostw Polski. Drugi mój mocny zawodnik to osiemnastolatek Robert Kulik, który pobiegł w tym roku 3:49 na 1500 metrów. To jest poważny kandydat na zawodnika wyższego formatu.

KB: Chciałem przejść na chwilę do trenera początków i współpracy z Karoliną Nadolską. Znalazłem stary wywiad Karoliny, w którym bardzo zachwala waszą relację. Mówi: „Miałam wielkie szczęście, że trafiałam w swoim życiu na trenerów, którzy myśleli perspektywicznie, zamiast za wszelką cenę osiągać sukces tu i teraz”. Jak trener wspomina tę współpracę?

JW: Życzyłbym każdemu trenerowi takiej zawodniczki. Jest to wzór pracowitości i dziewczyna, która jasno mówi, że jak pracuje z trenerem, to ma do niego sto procent zaufania. To jej daje komfort i możliwość skupienia się tylko na pracy. Współpraca z nią była genialna. Pełne zrozumienie, zgranie, żadnych niedomówień. Jest kilka zabawnych historii z tamtych czasów o których nikt nie wie poza nami...

W roku 2005 Karolina pobiegła u mnie swój debiut półmaratoński. Widząc jej zaangażowanie do pracy, wiedziałem, że kiedyś będzie dobrą maratonką. Wiedziałem, że będzie się w stanie poświęcić tytanicznej robocie, bo po prostu ma takich charakter. Ale wiadomo, że aby biegać maraton, trzeba najpierw przebiec półmaraton. Niestety w wielu naszych rozmowach o debiucie w półmaratonie, Karolina stanowczo odrzucała ten pomysł. Mówiła, że absolutnie więcej niż 10 kilometrów na zawodach nie przebiegnie. Musiałem więc zrobić w stosunku do niej pewien wybieg...

Potajemnie zgłosiłem ją na półmaraton do Berlina. Ona nic o tym nie wiedziała, trenowaliśmy normalnie pod stadion... Gdy jej o tym powiedziałem na tydzień przed startem, to odpowiedziała, że w takim razie od dzisiaj kończy trenowanie, bo nic dłuższego, niż dychy nie będzie biegała. Przez kolejne 3 dni dyskutowaliśmy. W środę powiedziała, że pobiegnie w Berlinie, ale tylko dlatego, że mnie szanuje jako trenera, ale żebym sobie nie wyobrażał, że ona spróbuje się tam jakoś zmęczyć. Znając charakter Karoliny wiedziałem, że i tak pewien poziom przyzwoitości zachowa. Pojechała i pobiegła 1:17:22. Po powrocie powiedziała: „Jejku, na dychę to muszę się tak zmęczyć, a ja sobie tu pobiegłam drugi zakres, jest 1:17, fajne to”.

KB: Spodobało się.

JW: Tak i tym bardziej cieszyłem się, że osiągnąłem swój cel, że przekonała się, że jednak może biegać coś dłuższego, niż 10 kilometrów.

KB: Ile trener miał wtedy lat?

JW: Podczas debiutu półmaratońskiego Karoliny miałem 30 lat. Gdy zostawałem trenerem miałem 25. Poza Karoliną w swojej pierwszej grupie miałem też wielu innych świetnych zawodników i zawodniczek. Była Julia Budniak, która w drugim roku naszej pracy mając 21 lat pobiegła 9:52 na 3000 z przeszkodami. Był Krzysiek Stefanowicz, była Patrycja Włodarczyk, która była niesamowicie utalentowana, ale z racji mojego młodego wieku nie byliśmy w stanie dojść do porozumienia i musieliśmy się rozstać. Nie każdy chciał pracować z mało doświadczonym trenerem.

KB: A jak trener był odbierany przez bardziej doświadczonych, starszych szkoleniowców? Dało się odczuć pewien rodzaj nieufności, czy wręcz protekcjonalnego traktowania?

JW: Ja od początku chciałem się jak najwięcej nauczyć. Jeśli moi zawodnicy byli powoływani na zgrupowanie kadrowe, to byłem z nimi na koszt klubu czy prywatnie. Tak jakby oswajałem innych trenerów ze swoją osobą. Zawsze podszedłem, kulturalnie się przedstawiłem, pytałem czy nie będzie przeszkodą, jeśli stanę sobie z boku i będę obserwował trening. Wydaje mi się, że trenerzy kadrowi, widząc moją postawę, czyli gościa, który chce się czegoś nauczyć, zaakceptowali mnie bardzo szybko. W ciągu roku udało mi się dobrze wejść w to środowisko. Zobaczono, że nie jestem jakimś bufonem, tylko chcę się uczyć. A najwięcej można się nauczyć, widząc co robią inni trenerzy i rozmawiając z nimi. Każdy trener wtedy bardzo fajnie się otwiera. Fantastycznie wspominam pierwsze lata pracy trenerskiej, bo to były świetne spotkania, świetne rozmowy, nikt nie robił nie wiadomo jakich tajemnic na temat treningu.

KB: Brzmi to wszystko bardzo sympatycznie i pozytywnie. Ale jednak często słyszy się historie o podbieraniu zawodników, zakulisowych rozgrywkach... Czego jest więcej w środowisku trenerów – solidarności czy zazdrości? 

JW: Wszystko zależy od człowieka. Jeśli ja komuś gratuluję wyników, to gratuluję szczerze. Mi zależy na tym, żeby moi zawodnicy mieli z kim rywalizować. Gdy inni trenerzy będą mieli dobrych zawodników, moi zawodnicy na tym skorzystają. Ja się zawsze cieszę, gdy ktoś osiąga fajne wyniki, bo mam kogo gonić i z kim rywalizować. No niestety, ale złych relacji też jest w tym środowisku dużo. Może nawet więcej, niż było lat temu 20, gdy zaczynałem. Sam doświadczam takich działań, a w każdym razie dochodzą do mnie słuchy na ten temat. Powiem tak – brzydzę się tym. Pracując wielokrotnie z kadrą Polski czy kadrą wojewódzką, nigdy nie działałem w taki sposób.  Dla mnie akurat w takich kwestiach to trener jest partnerem do rozmowy, a nie zawodnik. Zbrodnią jest mówienie do zawodnika: „Weź przekaż swojemu trenerowi...”. Zawodnik ma się skupić na bieganiu.

KB: A jak wygląda wasza relacja z trenerem Nadolskim? Wiele zawodniczek kończąc współpracę z trenerem, stawia na transfer właśnie do Zbigniewa Nadolskiego. Macie panowie podobną wizję treningu?

JW: Rzeczywiście, w tej chwili Dominika Napieraj rozpoczęła współpracę ze Zbyszkiem i nawet się ostatnio śmialiśmy, że ja we Wrocławiu robię mu filię.

KB: No właśnie, jest Dominika, a wcześniej przechodziła Karolina Nadolska, czy Agnieszka Mierzejewska... 

JW: Powiem tak – moja kariera trenerska może trwać nawet 40 lat. Mam dużo czasu na to, żeby wykazać się osiągnięciami. Kariera sportowca jest zdecydowanie krótsza i nie należy zawodnikowi ograniczać możliwości rozwoju i blokować zmian, jeśli obie strony czują, że zmiana będzie korzystna. Jeśli widzę, że pewien układ się wyczerpuje, to wolę, żeby mój zawodnik trenował z kimś, do kogo też mam zaufanie. Potem, gdy zawodnik odnosi sukcesy u innego trenera to jest to dla mnie dowodem, że wykonywaliśmy dobrą pracę, bo dała podstawę pod późniejsze wyniki. Kiedyś miałem plan, żeby rzucić pracę nauczyciela wychowania fizycznego i poświęcić się w stu procentach trenowaniu... Miało to związek z przygotowaniami Dominiki Napieraj, bo jest to dziewczyna z talentem na pobicie kilku rekordów Polski. Później jednak kontuzje i wypadki jej karierę zatrzymały. Mam nadzieję, że teraz ze Zbyszkiem uda jej się wykorzystać trening wysokogórski i że ja też będę mógł się cieszyć tym, że doszła chociażby do poziomu olimpijskiego.

KB: W wywiadzie na naszym portalu Karolina Nadolska mówiła, że przygotowując się do maratonu w Hannowerze, gdzie pobiegła 2:27:43, nie szarżowała jakoś specjalnie z prędkościami treningowymi. Wspominała o dwusetkach po 40 sekund, czy odcinkach 4 kilometrowych po 3:50. Fakt, że to wszystko w wysokich górach, ale mimo wszystko, dostrzegam pewne podobieństwo treningu Zbigniewa Nadolskiego, z podejściem Jacka Wośka, czyli krótko mówiąc - spokój. Zgodzi się trener?

JW: Trzeba podkreślić, że to było na znacznej wysokości nad poziomem morza. Na nizinach Karolina biegałaby dużo szybciej. Ale jeśli chodzi o podobieństwa, to myślę, że obaj potrafimy rozmawiać bardzo spokojnie. Nigdy nie widziałem Zbyszka w furii, ja też jestem człowiekiem mega spokojnym, choć ostatnio akurat potrafię się bardziej zdenerwować, niż kiedyś... Ale generalnie chyba właśnie tym spokojem przekonujemy dziewczyny do swoich wizji. 

KB: Jestem ciekaw trenera opinii w dyskusji na temat stanu polskich biegów długich. Nie chcę pytać dlaczego przegrywamy z Kenijczykami, bo z Afryką przegrywa cały świat. Ale przegrywamy z Europejczykami. Dobrym przykładem dużo wyższego poziomu, niż nasz są Brytyjczycy. Callum Hawkins ma życiówkę 60:00 w półmaratonie, niedawno w Gdyni Jake Smith pobiegł 60:31. Inne świetne wyniki tylko z tego sezonu to Marc Scott 60:43, Ben Connor 60:59, Chris Thompson 61:07... Wszystko lepsze, niż rekord Polski. 

JW: Wydaje mi się, że dużo bierze się z tradycji i wzorców, które są w danym kraju. My mamy w tym momencie wzorce wśród średniodystansowców – Kszczota, Lewandowskiego, Rozmysa, Borkowskiego. Urodzaj niesamowity. I młodzi, którzy zaczynają trenować, chcą być tacy, jak oni. Nikt nie chce trenować długiego dystansu, bo tu nie ma za bardzo na kim się wzorować. Mam nadzieję, że Krystian Zalewski da taki bodziec.

Brakuje mi też u nas systemu biegów przełajowych, które pozwoliłyby młodzieży startować zimą na trochę dłuższych dystansach. Jeśli u nas ktoś w sezonie biega na 800 lub 1500, to na przełajach wystartuje maksymalnie na 3 kilometry. A jak się spojrzy na przykład na Brytyjczyków, tam każdy ośmiusetmetrowiec zimą startuje w krosach na 6-7 kilometrów. I to startują chłopaki, którzy mają 17-18 lat. Jak później takiemu nastolatkowi ktoś mówi, że ma przebiec 5 kilometrów na stadionie, to nie jest to dla niego żaden wyczyn, bo dłuższe odcinki biegał na przełajach. Może stąd u nich wynika później łatwość przejścia na długie dystanse. U nas ze świecą szukać takiego podejścia. Jedyny Marcin Lewandowski za juniora czy młodzieżowca nie bał się biegać nawet 10 kilometrów krosu. I gdyby teraz z trenerem Tomkiem ukierunkowali się na trening pod 5000 metrów, to Marcin w ogóle nie miałby z nim problemu.

KB: A system punktów i wynikającego z nich finansowania dla klubów, który czasami sprawia, że trenerzy wolą mieć w grupie kilku zdolnych młodzików i juniorów, niż doczekać się jednego seniora? 

JW: Na pewno punktomania zabija wiele talentów. Można powiedzieć, że sport staje się zbyt seniorowski w młodym wieku. Wielkim problemem jest to, że zawodnik, który osiąga 23 lata i kończy wiek młodzieżowca, staje się dla naszego systemu bezużyteczny. W szkoleniu na wczesnym etapie jest za mało zabawy, a za dużo treningu. Presja osiągnięcia świetnego wyniku sprawia, że zawodnicy szybko się wypalają. Często wygląda to paradoksalnie, w tym sensie, że młodzicy i juniorzy mają bardziej profesjonalne warunki do trenowania, niż seniorzy. Dodatkowo dochodzi wsparcie rodziców, którzy każdą złotówkę wydadzą na to, żeby dziecko zrealizowało swoje i ich marzenia. Dlatego mamy świetne wyniki w tych młodszych kategoriach, ale niekoniecznie się to potem przenosi na wyższe szczeble.

KB: W tym roku furorę zrobił Krzysiek Różnicki, jeśli mówimy o świetnych wynikach nastolatków. 17 lat, życiówka 1:47.27 na 800 i jeszcze na dokładkę tytuł mistrza Polski seniorów. To jest według trenera następca Kszczota i Lewandowskiego? 

JW: Patrząc, jak Krzysiek się porusza, jestem podjarany. Dla mnie oglądanie go w biegu jest przyjemnością. Ja tutaj widzę talent. Jego swoboda bycia na dużej prędkości jest czymś, co go odróżnia od innych zawodników. To jest poezja. To będzie ich następca.

KB: Darek Boratyński skończył w tym roku 23 lata i jak już trener wcześniej zauważył, taki zawodnik staje się dla systemu bezużyteczny. Darek poza tym, że wszedł w pierwszy rok seniora, to jest na ostatnim roku studiów, dodatkowo ma żonę i dziecko. Jak udaje wam się to wszystko przełożyć na skuteczny trening? W tym roku naliczyłem Darkowi trzy życiówki -  3:49 na 1500, 14:09 na 5000 i 30:33 na 10000. 

JW: Dostosowujemy treningi do jego możliwości czasowych. Dlatego często zdarza się, że wychodzi na trening dopiero o 22, gdzie normalny zawodowiec o 22 kładzie się spać. My w tym roku dokonaliśmy dużych postępów w treningu. Nie przeniosło nam się to jeszcze w pełni na wyniki. Ale liczę, że gdy tę pracę, którą już wykonaliśmy jeszcze udoskonalimy, to wszystko zaowocuje w nowym sezonie. 

KB: Co dokładnie należy rozumieć przez postępy w treningu?

JW: Zdecydowanie zwiększyliśmy jego możliwości biegania w polskim drugim zakresie. Tak, żeby dla wszystkich było jasne, chodzi o bieganie na zakwaszeniu poniżej 4 mmol. Generalnie ten poziom u Darka był bardzo niski.

KB: Może trener rozwinąć?

JW: Najlepiej jeśli podam przykład. Darek jeszcze dwa lata temu biegając 14:13 na piątkę, miał problemy z zejściem podczas biegu ciągłego do tempa poniżej 3:30 na kilometr. Taka prędkość sprawiała, że zakwaszenie zdecydowanie przekraczało 4 mmol. W tej chwili na niskim kwasie biega tempem poniżej 3:20.

KB: Co jest według trenera kluczem w przygotowaniach do maratonu?

JW: Treningu maratońskiego uczę się cały czas. Wszystko co robię to metoda prób i błędów, podglądania innych. Ten trening się zmienia. Z Agnieszką Mierzejewską dużo pracowaliśmy na spokojnym bieganiu. Robiła sporo biegów trwających 2 i pół godziny, ale bardzo spokojnie. Chodziło o czas trwania, porównywalny do tego, ile miał trwać maraton. Z kolei z Olą Lisowską zdecydowanie więcej jest biegania na prędkościach maratońskich. Ona bardzo dobrze na to reaguje. Zrobienie 14 kilometrów po 3:30 z hakiem nie jest dla niej żadnym ciężkim treningiem. Jeśli chodzi o kilometraż dobieram go indywidualnie. Jeden zawodnik będzie dobrze biegał przy 170 a inny będzie potrzebował przekroczenia 200 kilometrów. Na pewno zawodnik musi być partnerem dla trenera. Musi dawać odpowiednie wskazówki, czuć, jak reaguje na trening. Pracujemy na takich obciążeniach, że sam trener to za mało. Dużą rolę odgrywa samoświadomość zawodnika.