Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Prywatności. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.

Zamknij
Kurs trenera to za mało - rozmowa z Pawłem „Lubelskim Biegaczem" Wysockim

Ukończył Katolicki Uniwersytet Lubelski, ale nie poszedł na księdza. Jako zawodnik miejscowego „Startu” zadawał trenerowi niewygodne pytania, aż w końcu sam został trenerem biegania. Prowadzi jedną z największych drużyn biegowych we wschodniej Polsce. Paweł Wysocki, znany szerzej jako Lubelski Biegacz, opowiada mi o trenerskich początkach, ale też ambitnych pomysłach na rozwój. Zapraszam na rozmowę z człowiekiem, który twierdzi, że maraton ma sens dopiero poniżej czterdziestki. Nie chodzi o wiek, ale o 40 minut na 10 km.


Jak zostaje się w Polsce trenerem biegania amatorskiego?

Przede wszystkim trzeba mieć „zajawkę” na bycie trenerem. Ty czy ja trenowaliśmy w czasach szkolnych i mamy wielu znajomych, którzy dziś biegają na ulicy, a kiedyś trenowali w klubach i startowali na bieżni. Większość z nas po prostu wykonywało trening zalecony przez trenera, nie dopytując o szczegóły. U mnie wyglądało to trochę inaczej. Zadawałem grad pytań swojemu trenerowi Leszkowi Wojciechowskiemu. Drążyłem - po co robię konkretny trening i co on ma mi dać? Mimo że, trener był dość hermetyczny, to byłem na tyle uparty, że trochę informacji udawało mi się od niego uzyskać. Zdarzało się też, że proponowałem mu jakieś swoje rozwiązania treningowe. Było w tym wszystkim trochę młodzieńczej bezczelności, ale mogę powiedzieć, że niektóre z pomysłów, które proponowałem, trener przyjął. Zrozumiałem wtedy, że nie ma jednej słusznej metody treningowej, ale do wyniku można dotrzeć różnymi drogami. Dużo czasu spędzałem też na forach anglojęzycznych, chociażby na LetsRun.com, gdzie udzielał się na przykład Canova. Żeby zostać trenerem biegania trzeba przede wszystkim interesować się treningiem, u mnie takie zainteresowanie pojawiło się jeszcze w szkole średniej.

Mimo fascynacji treningiem nie wybrałeś jednak studiów powiązanych z tym tematem, ale socjologię na KUL-u, dlaczego?

Trochę uległem sugestii trenera, który wolał, żebym został na miejscu, w Lublinie. Rozważałem wyjazd na studia do Warszawy albo Białej Podlaskiej i związanie swojej przyszłości z Akademią Wychowania Fizycznego, ale stanęło na lokalnej uczelni. Z perspektywy czasu, myślę że popełniłem wtedy błąd. Powinienem był postawić na swoim i wybrać AWF. Aktualnie  miałbym szansę wykorzystać część wiedzy uczelnianej w praktyce.

Jak to się stało, że nie zostałeś ani księdzem, ani socjologiem, tylko ostatecznie działasz jako trener biegania?

Było w tym trochę przypadku. Jeszcze podczas studiów podjąłem pracę w dużym markecie sportowym, gdzie w pewnym momencie zostałem nawet kierownikiem działu bieganie. Poza tym wciąż trenowałem, także można powiedzie, że „siedziałem w bieganiu”. To był rok 2011, kiedy ani ja, ani prawdopodobnie nikt w Polsce nie myślał, że można podjąć pracę jako „trener biegania” i prowadzić amatorów. Nie wiem jak i dlaczego, ale zgłosił się do mnie wtedy doktor Piotr Gawda, który otwierał w Lublinie centrum medyczne, zajmujące się szeroko pojętą medycyną sportową. Powiedział, że ma trzech znajomych, którzy biegają amatorsko i potrzebuje dla nich opieki trenerskiej. Oczywiście odpowiedziałem mu uczciwie, że jestem bardziej biegaczem niż trenerem i nie mam żadnych uprawnień, licencji itd. Nie był to jednak problem. Z tych trzech osób, z którymi umówiłem się na swój pierwszy trening w roli trenera, jeden człowiek okazał się wyjątkowo zdeterminowany, zależało mu na stałym kontakcie i to z nim podjąłem swoją pierwszą współpracę typowo komercyjną.

Wszystko zaczęło się od jednej osoby, która zaufała Twoim metodom i kompetencjom, a jak doszło do tego, że grupa zaczęła się powiększać?

Efekt kuli śniegowej, czyli jedna pani drugiej pani, poczta pantoflowa. Głównie w taki sposób moja działalność stawała się popularniejsza. Pytałeś – jak zostaje się trenerem biegania? Oddolnie. Człowiek zgłosił się do mnie i tak to powinno wyglądać. Może było w tym trochę przypadku, ale koniec końców - byłem we właściwym miejscu i czasie. Przez pierwsze lata traktowałem pracę trenera biegania bardziej w charakterze dodatkowego zajęcia. Pracowałem w sklepie, studiowałem, a po godzinach zajmowałem się układaniem planów treningowych. Nie zakładałem, że kiedyś to właśnie trenowanie innych będzie moją główną pracą.  8 lat temu chyba tylko szaleniec mógł przypuszczać, że bieganie amatorskie będzie dawało pieniądze komukolwiek innemu, niż producentom sprzętu i akcesoriów.

lubelski_1.jpg Czasami odnoszę wrażenie, że dziś mamy więcej trenerów biegania, niż samych zawodników...

Nie, aż tak to nie jest. Ale faktycznie, w ostatnim czasie osób, które prowadzą amatorów, pojawiło się bardzo dużo. Mam szczerą nadzieję, że unikniemy tego, co się dzieje na siłowniach, gdzie można zostać trenerem personalnym po weekendowym kursie.

Podsumowując - trenerem biegania zostaje się z zamiłowania, oddolnie, a jak wygląda kwestia wykształcenia, licencji, ukończonych kursów? Z tego co wiem, posiadasz tytuł instruktora lekkiej atletyki, co Ci on daje?

Poza kursem instruktora PZLA, ukończyłem też kurs trenera PZLA. Temat mojej pracy zaliczeniowej brzmi: „Treningi jakościowe oraz ich zastosowanie w mikrocyklu treningowym seniora na dystansie maratońskim”. Skoro już jesteśmy przy temacie kursów organizowanych przez Polski Związek Lekkiej Atletyki, to nie są one na szczególnie wysokim poziomie i koncentrują się na sporcie wyczynowym. Bardziej odbyłem takie szkolenie dla „papierka” a nie dla zdobycia super przydatnej wiedzy - oczywiście stwierdzam to po fakcie. Przed kursem liczyłem, że da mi dużo więcej. Teoretycznie mógłbym – posiadając uprawnienia trenerskie – podjąć pracę w klubie lekkoatletycznym, chociażby w AZS Lublin. Możliwe, że dzięki temu, że posiadam uprawnienia PZLA któryś z moich podopiecznych bardziej przekonał się do współpracy właśnie ze mną. Ale uczciwie mówiąc, to czy posiadam kurs, czy nie, w żaden sposób nie wpływa na to, jakim jestem trenerem biegania.

Kiedy nastąpił największy progres, jeśli chodzi o rozwój marki Lubelski Biegacz?

W 2014 roku zrezygnowałem z pracy w markecie sprotowym na rzecz małego, specjalistycznego sklepu typowo biegowego u nas w Lublinie. Paradoksalnie największy rozwój jeśli chodzi o moją działalność trenerską nastąpił w momencie, gdy sklep chylił się ku zamknięciu. Stanąłem przed dylematem – szukać innej pracy, w innym sklepie albo zupełnie innym miejscu, czy skupić się na trenowaniu biegaczy? Pierwszy wariant był bezpieczny, a drugi niósł ze sobą ryzyko. Wie o tym każdy, kto prowadzi jednoosobową działalność gospodarczą. Zaryzykowałem. Wybrałem bycie trenerem, poświęciłem się temu na 100 procent i to właśnie wtedy nastąpił  moment, o który pytasz.

Na czym polegało postawienie wszystkiego na 100 procent?

Dużo dało rozwinięcie drużyny Lubelski Biegacz Team i startowanie pod tym szyldem na zawodach. Pojawiło się też logo, a wraz z nim koszulki z charakterystycznym koziołkiem, niejako wychodzącym z biegowego buta. Rozwijałem też media społecznościowe, regularnie publikowałem  zdjęcia z kolejnych drużynowych sukcesów (Lubelski Biegacz na Facebooku). Może wydawać się, że to niewiele, ale stopniowo było o mnie i mojej grupie coraz głośniej, aż udało się dotrzeć z ofertą treningową do naprawdę szerokiej grupy biegaczy.

A blog lubelskibiegacz.pl. To nie on przyniósł większą rozpoznawalność?

Powiem tak, bloga założyłem jeszcze w roku 2014. Pomysł wziął się stąd, że nie lubię siedzieć i nic nie robić, a pracując w sklepie specjalistycznym - w przeciwieństwie do tego jak wyglądało to w dużym markecie - wolnego czasu, miałem naprawdę sporo. Postanowiłem więc go czymś wypełnić, padło na bloga. Można powiedzieć, że promowałem tam siebie, ale też sklep, w którym pracowałem. Może faktycznie moja blogowa obecność w sieci wpłynęła na wzrost popularności, ale trudno jest mi to teraz jakoś zmierzyć czy oszacować. Blog zawsze traktowałem jako swoją wizytówkę. Prawda jest też taka, że najwięcej zawodników nie trafia do mnie z jakiejkolwiek reklamy w sieci, ale z polecenia.

LB_TEAM_BR.jpgTrenujesz kogoś lepszego od siebie?

Moją specjalizacją są biegacze amatorzy, to fakt. Ale mam też podopiecznego o lepszej ode mnie życiówce w maratonie. Ambitny Masters (Paweł Grochmal prowadzi swój Fanpejdż na facebooku - przyp.red.) pobiegł w tym roku 2:38, podczas gdy moja życiówka wynosi 2:43. To nie jest jednak największy hit. Największy hit jest taki, że celowaliśmy w 2:39, a jego poprzednia życiówka wynosiła 2:53. Jestem bardzo zadowolony, że udało mi się go odwieść od pomysłu biegania maratonu już rok temu. Przygotowałem dla niego dwuletni cykl przygotowań i to zdało egzamin.

Ambitny Masters (świeżo upieczony wicemistrz Polski Masters na 5 km z Biegu Ursynowa) to chyba jedna z ciekawszych postaci w Twojej grupie, opowiesz o nim więcej?

To był człowiek zupełnie z ulicy, bez jakiejkolwiek historii biegowej, pochodzący ze środowiska kibicowskiego Motoru Lublin. Dużo czasu spędzał na treningu siłowym, przerzucając żelastwo i dbając o odpowiednią suplementację. Robił od czasu do czasu jakieś cardio na bieżni elektrycznej i to tyle. Pamiętam, jak na pierwszych treningach grupowych organizowanych jeszcze kiedy pracowałem w sklepie, robiliśmy rozbiegania tempem 5:00 i Paweł mocno zostawał z tyłu. 90 kilogramów żywej wagi, dużo tkanki mięśniowej, wyglądał jak kulturysta. Powiedziałem mu wtedy, że jeśli chce biegać na poważnie, to musi rzucić siłownię. W odpowiedzi usłyszałem gromki śmiech. Pół roku później Paweł trenował już 4-5 razy tygodniowo, zrezygnował z siłowni i w rozmowach często powtarzał, że sam w to wszystko nie wierzy. Dobry trener musi umieć rozmawiać z ludźmi, mieć swobodę w kontaktach interpersonalnych i wydaje mi się na podstawie chociażby historii z Ambitnym Mastersem, że mam tę umiejętność i potrafię dotrzeć ze swoimi argumentami do drugiego człowieka. Sam nie biegam szybko, wśród trenerów biegania na polskim rynku jest wiele osób o dużo lepszych życiówkach ode mnie. Jeśli jednak chodzi o komunikację na linii trener – zawodnik, w tym dostrzegam jedną ze swoich większych zalet.

Rozumiem, że sukcesy Ambitnego Mastersa muszą dawać Ci dużo satysfakcji jako trenerowi. A może jest jeszcze jakiś inny przypadek, gdzie czujesz, że jako trener wykonałeś naprawdę dobrą robotę?

Sukces każdego zawodnika daje mi satysfakcję. Nieważne, czy ktoś przebiegnie swoje pierwsze pół godziny w życiu, czy tak jak Paweł złamie 2:40 w maratonie. Ale jeśli chodzi o takie szczególne sytuacje, to mam jednego zawodnika, który jest instruktorem tańca i mistrzem świata w tańcu towarzyskim zarazem. Pracuje dużo, bo nawet po 10-12 godzin dziennie, przez sześć dni w tygodniu i nie zostaje mu już wiele czasu na trening. Udało nam się jednak tak poukładać jego plan, żeby przy zaledwie trzech treningach w tygodniu biegał na poziomie 36 minut na 10 km. Tak w ogóle, za każdym biegaczem amatorem kryje się ciekawa historia.

A czy w pracy trenera biegania zdarzają się też porażki?

Zdarzają się sytuacje, kiedy nie uda się osiągnąć zakładanego celu, ale nie nazwałbym tego porażkami, a bardziej lekcjami. Jako biegacze wyznaczamy sobie różne cele, najczęściej dość ambitne i ja nie znam osoby, która osiągałaby raz za razem wszystko to co sobie wyznaczyła. Czasami miewam trudne rozmowy z zawodnikami, którzy nie są do końca zadowoleni z uzyskiwanych wyników. Odpowiadam wtedy zawsze tak samo – trening biegowy to proces, który po pierwsze potrzebuje niezbędnego czasu, a po drugie, nigdy nie daje gwarancji, że zakładany rezultat uda się osiągnąć. Kiedyś mocno przeżywałem niepowodzenia, obecnie jest mi nieco łatwiej, ale wciąż jestem mocno zaangażowany emocjonalnie w poczynania podopiecznych.

Bywało, że zawodnik miał pretensje, że nie udało się np. złamać 40 minut na 10 km, mimo że płacił za trening?

Nigdy nie odbyłem takiej rozmowy w cztery oczy, ale dowiedziałem się o pretensjach jednego z zawodników od osób trzecich. Nie było to miłe, ale z drugiej strony ja traktuję swoich podopiecznych jak moich szefów. Można powiedzieć, że mam kilkudziesięciu szefów. Rozumiem, że mają oczekiwania i wymagania od swojego pracownika, ale z drugiej strony wolałbym, żeby o jakimkolwiek niezadowoleniu mówili mi szczerze i otwarcie.

Jesteś trenerem biegania, ale jednocześnie korzystasz z pomocy trenera. Dlaczego? Nie mógłbyś sam zająć się własnym treningiem?

Mógłbym siebie trenować, ale zdecydowałem się na trenera z kilku względów. Może trochę z wygody? Poza tym, nie będę ukrywał, że jestem raczej ambitnym zawodnikiem i myślę, że gdyby nie trener to miałbym tendencję do robienia treningów szybciej niż trzeba i mówiąc wprost – przegiąłbym pałę. Moim trenerem jest Artur Kern, mamy bardzo dobrą relację, potrafi spojrzeć na mój trening z boku, na chłodno, zupełnie bez emocji. To jest bardzo ważna sprawa w posiadaniu trenera – chłodna głowa i inna perspektywa. Tak czy siak, nie wykluczam, że w końcu nastąpi moment, kiedy sam będę sterem, żeglarzem, okrętem.

lubelski_2.jpgCo trener biegania, to inna filozofia treningu. Jeden przekonuje, że rozbiegania trzeba biegać wolno, inny, że szybko, jeden jest wielkim fanem dużej objętości, inny będzie przekonywał, że małe jest piękne itd. Jaką filozofię treningową ma Lubelski Biegacz?

Trening, który proponuję zawodnikom, ma być przede wszystkim urozmaicony. Z drugiej strony urozmaicenie, nie oznacza, że będę szukał jakiś wysublimowanych środków, żeby zrobić show. Trening nie ma być pokazowy, tylko skuteczny. Raczej omijam te skrajności, o których wspomniałeś. Nie jestem zwolennikiem super szybkich rozbiegań, ale z drugiej strony przesadnie wolne mulenie też mnie nie przekonuje. Spokojny, urozmaicony trening, skoncentrowany na tym, żeby zapewnić zawodnikowi ciągłość i regularność. W tym upatruję największą szansę na postęp – w ciągłości treningu, unikaniu przerw spowodowanych przez kontuzje. A żeby minimalizować ryzyko kontuzji – wracamy do punktu wyjścia – trening powinien być spokojny i urozmaicony. Swoją koncepcję treningową mógłbym określić mianem hybrydy, mieszanki polskiej i amerykańskiej szkoły treningowej.

Na blogu piszesz dużo o sprzęcie (testy butów, zegarków), ale też szerzej o bieganiu (tym amatorskim i zawodowym). Chyba najbardziej kontrowersyjnym artykułem jak do tej pory, był ten w którym przekonujesz, że nie ma sensu startować w maratonie, dopóki nie złamie się 40 minut na dychę.

Niektórych biegaczy ten tekst skłaniał do refleksji, a innych wkurzał i denerwował. Część chciała mi bardzo udowadniać, że nie mam racji. Za tym wpisem kryje się prosta idea. Jeśli ktoś jest w stanie przebiec dychę po 4:00 na km, to maraton przebiegnie tempem 5:00/km a pewnie i szybciej, zachowując względny komfort podczas biegu. Będzie to dla takiej osoby zdrowy bieg, trwający 3-3,5 godziny, a nie cztery czy pięć. Wątpię, żeby bieganie maratonu w 4-5 godzin było zdrowe dla organizmu. To, że potrafiłem odwieść wiele osób od pomysłu, żeby na początku przygody z bieganiem rzucić się od razu na maraton, uważam za jeden ze swoich większych trenerskich sukcesów.

Jak widzisz przyszłość swojej grupy biegowej? Masz jakieś plany na rozwój?

Chciałbym pójść w kierunku materiałów produkowanych w formacie video. Filmiki to przyszłość. Ludzie są wygodni, widzę to po sobie, często wolę obejrzeć nagranie niż przeczytać „suchy” tekst. Także krótko mówiąc, chciałbym szerzej podziałać na Youtube, choć oczywiście nie zawieszę jednocześnie pisania. Blog nadal będzie istniał, w końcu to jeden z moich znaków rozpoznawczych, ale filmy staną się kolejna odnogą działalności.

O czym będą filmiki?

Myślę o trzech rodzajach nagrań. Pierwszym miałyby być wideo recenzje sprzętu biegowego. Drugim, filmiki treningowe. Pokazywałbym w takim video jak sam trenuję, jak wygląda cała otoczka, dieta, regeneracja i tak dalej. Trzeci rodzaj video to luźne pogadanki, trochę na zasadzie pytań i odpowiedzi, dialogu z widzami. Ale akurat ten trzeci typ nagrań traktuję najmniej priorytetowo. Nie wiem czy znalazłabym na niego czas, bardziej zależy mi na rozwijaniu pierwszych dwóch.

Dzisiaj żyjesz z trenowania biegaczy amatorów?

Tak, to jest moje główne zajęcie, moja praca na cały etat. Dodatkowo zajmuję się też pisaniem tekstów na zlecenie dla portali biegowych. Ale tak, to praca trenera jest moim podstawowym źródłem dochodów.

Trenerzy biegania zawsze oferują kompleksową i indywidualną opiekę. Kiedyś w swoim felietonie wyraziłem wątpliwość, czy takie kompleksowe i indywidualne podejście jest możliwe, przy rozbudowanej grupie zawodników. Ty przyjąłeś sobie jakiś limit podopiecznych?

Oczywiście, że mam limit. Liczba osób, które składają się na grupę jest płynna, czasami mam więcej zawodników, czasem mniej, ale staram się nie przekraczać granicy 45 osób. Większej grupy nie byłbym w stanie trenować, oferując jednocześnie wysoką jakość usług. Spersonalizowany plan treningowy to plan szyty na miarę. Nie ma tu miejsca na tak zwane kopiuj/wklej. Był taki moment, że grupa była liczniejsza, ale zdałem sobie sprawę, że fizycznie nie będę w stanie tego na dłuższą metę unieść. Moja żona i tak ciągle narzeka, że pracuję zbyt dużo. Zwłaszcza, że współcześni klienci trenerów biegania, często są zainteresowani treningiem indywidualnym, chcą mieć poniekąd trenera na wyłączność.

Skąd są Twoi zawodnicy?

Głównie z Lublina, choć współpracuję z biegaczami w całej Polsce, a także z Polakami, którzy wyjechali za granicę. Mam podopiecznych, którzy mieszkają na Malcie, w Wielkiej Brytanii, czy Hiszpanii.

Różne są koleje losu, ludzie się przeprowadzają. Co się stanie, jeśli któregoś dnia będziesz zmuszony wyprowadzić się z Lublina? Zmienisz nazwę na Radomski Biegacz?

Nie, myślę, że nawet jeśli przyszłoby mi się przeprowadzić do Radomia, czy gdziekolwiek indziej to nadal działałbym jako Lubelski Biegacz. W ogóle poruszając wątek Lubelskiego..., można podejrzewać, że „zerżnąłem” nazwę od Warszawskiego Biegacza. Pomysł na bloga o takiej a nie innej nazwie tak naprawdę miałem już dawno, jeszcze na studiach. Bałem się zacząć pisać, w głowie były wątpliwości: „co ludzie pomyślą?”, „kto będzie chciał to czytać?”. Trening, praca, studia dzienne - miałem dużo obowiązków na głowie i odłożyłem temat na później.