Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Prywatności. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.

Zamknij

z ognia i wody

z ognia i wody

Chcę napisać, że budzi mnie śpiew ptaków, ale to nie jest śpiew. To istne grzmienie życia, wrzask uniesień, nieokiełznany raban podniesiony na cześć nowego dnia. Unisono ryczą kukabury i papugi, peewees i krasówki. Przy tym koncercie szalonej przyrody nie sposób spać, skoro dzień się budzi, budźcie się i wy, zdają się gadać te głosy. Wdzięczna im jestem za tę pobudkę: o żadnej innej porze nie czuję się tak naładowana energią, tak mocno osadzona w życiu, w cyklu natury, jak teraz. Nie ma jeszcze piątej, gdy zanurzam stopy w chłodnym piasku. Za kilka godzin ta plaża zamieni się w oślepiającą białą pułapkę rozżarzonego kwarcu, uniemożliwi wszelki ruch. Trzeba zatem czerpać z poranka, z błogosławionego czasu, gdy słońce jeszcze za horyzontem, za drzewami.

North Stradbroke Island, zwana pieszczotliwie Straddie, druga największa piaszczysta wyspa na świecie, wraz ze swą siostrą Moreton stanowi naturalną bramę do portu w Brisbane. Mieszkańcy metropolii uwielbiają ten dziki zakątek, oddalony o rzut cytryną od ich rozpalonego, buzującego jak ul miasta. Ale to nie ich ziemia. Zanim przybyli tu osadnicy, Minjerriba – bo tak brzmi autentyczna nazwa wyspy – należała do Quandamooka. Naukowcy mówią o 25 tysiącach lat, sami Aborygeni jednak nie liczą epok. Oni byli tu, zanim zaczął się czas. Widzieli, jak natura budzi się z Czasu Snu i formuje na kształt obecnie oglądany. Dzisiaj widzą, jak schnie, jak płonie.

Współcześni Australijczycy uprawiają kilka narodowych sportów, spośród których należy wymienić krykieta i barbecue, lecz na pierwszym miejscu – chwała surfingowi. Młodzi, starzy, dzieciaki, dziewczyny, w miastach i na prowincji – i na Straddie. Tylko do nich należy poranek i tylko ich spotykam nieopodal brzydkiej stacji ratunkowej w osadzie Point Lookout. Budynek szybko znika za plecami, niknie w porannych oparach oceanu, przede mną bezkres Main Beach, płaskiego jak stół paska lśniącego wybrzeża. Nic ponadto. To nic ciągnie się - bagatela - przez 38 kilometrów. Można by zorganizować tu ultra po linii prostej, bez ryzyka, że ktoś się zgubi. Po prawej busz, po lewej nieogarniona masa słonej wody w powolnym przypływie. Rytm przyboju to coś, czego nie ważyłabym się zagłuszyć muzyką. Stopy same przebierają, czerpią energię z wody i piasku, nie muszę wkładać w ten bieg żadnego wysiłku. Ukochany stan euforii, absolutnego flow, którego kto raz doświadczy, nie posądzi mnie więcej o egzaltację.

Oddycham najgłębiej jak potrafię, w poczuciu dotykania czegoś niezwykłego, czegoś, co ma swój początek w legendarnym Czasie Snu. Wszystko jest na swoim swoim miejscu, światy wody i lądu spotykają się i jest tak, jak pewnie było tysiące lat temu. Zanim rozkopano ten wielki, stary ląd i wyciągnięto mu z brzucha węgiel i diamenty, zanim odebrano prawo do istnienia najstarszej kulturze…  zanim wybuchły pożary. Gdzieś tam spośród gałęzi podglądają mnie pewnie obojętne na wszystko koale, w cieniu drzemią zadowolone z życia wallabies. Radość powoli ustępuje miejsca poczuciu, że coś spieprzyliśmy, że w którymś momencie ewolucji coś poszło nie tak. Bo słońce, które zaszło wczoraj za kontynent, było rdzawe. Nie dlatego, że chciało.

Dobiegam do Point Lookout akurat wtedy, gdy zza koron eukaliptusów wypełza biała kula słońca, odmieniając kolory, każąc ludzkiemu gatunkowi instynktownie szukać plam zbawczego cienia aż do zmroku. Tylko surferzy nadal ujeżdżają swoje fale nie bacząc na nic, ich rytmem jest ocean, jego potężne w tym miejscu pływy i prądy. Przyjemnie na nich patrzeć, przyjemnie oddychać słoną bryzą. Po kostki w wodzie bawię się jak dziecko, stając na rękach, rozciągam się w asanach, dopóki słońce nie daje wyraźnego rozkazu odwrotu. Za mną półtorej godziny kąpieli w czymś, co ma dużo więcej sensu, niż mój mały umysł zdolny jest pojąć. Oby taka kąpiel dana była naszym pradzieciom.



______________________________
Krysia Roszak. Profesjonalna powsinoga. Jeśli gdzieś jej jeszcze nie było, to niedługo będzie. W chwili, w której czytasz te słowa, zapewne zbiera lecznicze zioła na stokach wulkanu, lepi japońskie pierożki, gania owce na końskim grzbiecie, stoi na głowie lub gapi na zachód słońca. Gdzie tylko może, tam biegnie, bo szkoda jej czasu na zwykłą wędrówkę. Tym sposobem przebiegła już pół świata, łącznie z piekłem Miedzianego Kanionu, w co do dziś sama nie wierzy. Gardzi wszelkimi butami, nigdy nie założy garsonki, mieszka na jachcie. Bardzo chce jej się żyć.