Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Prywatności. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.

Zamknij

buty, na które nie było mnie stać

buty, na które nie było mnie stać

Szycha był najpiękniejszym chłopcem, jakiego widziały polskie podstawówki lat 90 – tych. Dłuższa blond grzywka opadała mu tuż nad oczami, rysując serce godne fryzury Marka z „M jak Miłość”. Błękitne, bystre oczy zdradzały ten specyficzny rodzaj podwórkowej inteligencji, która okazywała się zupełnie nieprzydatna podczas odpytywanki przy szkolnej tablicy. Pod zgrabnym, delikatnie zadartym nosem malowały się mięsiste usta, z których co rusz wyszczerzał w zawadiackim uśmiechu lśniące, równe zęby. Szycha miał w sobie ten rzadki urok słodkiego niewiniątka i skorego do bitki łobuza. Gdyby tak tylko przywdział kraciastą oprychówkę i welwetową kurtkę, mógłby z powodzeniem grać bohatera tyrmandowskich opowieści o warszawskich Antkach, obstawiających bramy zrujnowanych przez wojnę kamienic przy Czerniakowskiej.

Ale mój serdeczny szkolny kolega Szycha nie pochodził z Warszawy, tylko z ulicy Zielonej w stolicy polskiej chemii i siatkówki. Urodził się niespełna pół wieku po wybuchu II wojny i nie miał zapewne bladego pojęcia, kim był Tyrmand. Wiedział za to doskonale, jak zaserwować z wyskoku, jak strzelić gola z przewrotki, zrobić fiflaka, salto, gwiazdę, szpagat i opędzlować wszystkich na dowolnym biegowym dystansie. Szycha był naszym księciem outdooru, sportowym bóstwem, cesarzem przekładanki, prezydentem stania na rękach, dyktatorem strzałów z dystansu.

Przede wszystkim imponowało mi w nim jednak te nonszalanckie łączenie przeciwieństw, które znajdowało wyraz nie tylko w anielsko-diabelskiej urodzie. Potrafił palić papierosy żarłocznie i z zimnym wyrachowaniem, jak Clint Eastwood w westernach z lat 60–tych, żeby dwie lekcje później spuszczać wszystkim łomot w wyścigu na tysiąc metrów. Był moim idolem, wzorem, celem i motywacją. Być jak Szycha – gdybym tylko wpadł wtedy na pomysł, żeby zapisać swoje życiowe powołanie na kartce nad łóżkiem, brzmiałoby właśnie w taki sposób.

Któregoś dnia mój niedościgniony kolega pojawił się w szkole w nowych butach. Od razu zwróciły moją uwagę. Były białe, to po pierwsze. Po drugie, na cholewce miały charakterystyczne paski Asicsa. Białe Asicsy w drugiej połowie lat 90–tych! Szycha po raz kolejny udowodnił, że nie przez przypadek zasługuje na miano mojej wyroczni delfickiej.

- Szycha! Skąd masz te białe Asicsy?! - zaczepiłem kolegę, nawet nie próbując ukryć ekscytacji.
- Ze sklepu - odrzekł z powagą szkolny Apollo.
- Ile dałeś? -  szybko przeszedłem do konkretów.
- Chwilę strachu – Szycha uśmiechnął się tajemniczo.
- Co? No serio, ile dałeś? - dopytywałem.
- Serio ci mówię. Chwilę strachu - tajemniczy uśmiech kolegi z wolna począł przechodzić w malujące się na twarzy zniecierpliwienie.
- Jak chwilę strachu? O czym ty Szycha gadasz?! - cisnąłem.
- Naprawdę nie wiesz, co to chwila strachu? - najpiękniejszy chłopiec polskich podstawówek zapytał z niesmakiem.
- No, nie wiem - odparłem z rezygnacją.
- Dobra - rzucił krótko i zamilkł na dłuższą chwilę. - Pójdziemy po lekcjach do spożywczaka, to ci pokażę, jak się się kupuje za chwilę strachu - zapowiedział Szycha, odzyskując swój szelmowski uśmiech, który wyparł z twarzy zawód, spowodowany moją ignorancją.

Po lekcjach poszliśmy z Szychą do Gwaranta. Musicie wiedzieć, że Gwarant to sklep czynny całą dobę w pełnym tego słowa znaczeniu. Wigilia, Wielkanoc, powódź, żałoba narodowa, zamach terrorystyczny, najazd Hunów – Gwarant będzie czynny zawsze. Nie ma na świecie siły, która zamknęłaby ten osiedlowy sklepik na dłużej niż 15 minut przerwy technicznej.

Tego dnia w Gwarancie kolejka była dłuższa niż zazwyczaj. Szycha po wejściu od razu skręcił w lewo do stojącej w rogu wielkiej zamrażarki. Począł w niej grzebać i przerzucać zimne smakołyki jeden za drugim, aż wreszcie dokopał się do dwóch lodów Panda. Wrócił ze zdobyczą do kolejki i postał tak może dwie, może trzy sekundy, po czym delikatnie odwrócił się w moją stronę i wyszeptał niemal z czułością: „Dobra, a teraz spier...my”.

Kolega wystrzelił przez otwarte na oścież sklepowe drzwi, jak strzała wypuszczona z łuku Robin Hooda. Przez moment stałem oniemiały, ale szybko dotarło do mnie, że gdy Szycha mówi, żeby spier...ać, to trzeba spier...ać i ruszyłem śladem naszego klasowego cesarza, księcia, sportowego bóstwa. Gdzieś za plecami posłyszałem piskliwe „Kradną!!!”, które z każdym krokiem i skrętem w osiedlowe uliczki, cichło. Dogoniłem Szychę za naszą podstawówką, która skrywała głęboki uskok, idealny do schronienia się w podobnych przypadkach.

- Masz tu Pandę, trochę już miękka - kolega poczęstował mnie zmiętym papierkiem, który zamiast loda, miał w środku śmietankowo-kakaową miazgę na patyku.
- Co to było?! - nie ukrywałem zdenerwowania całą sytuacją.
- No jak co? Kupiłem lody za chwilę strachu - mój nauczyciel życia spokojnie odpakował Pandę i począł zlizywać ze smakiem to, co z niej zostało.

Wtedy zrozumiałem. Wreszcie zrozumiałem. Szycha miał najpiękniejsze białe Asicsy w mieście, kupione za chwilę strachu. Mnie nie było nerwowo stać na takie zakupy. Po przygodzie z lodami długo jeszcze omijałem Gwaranta.  

 

 

 

____________________

Krzysztof Brągiel – biegacz, tynkarz, akrobata. Specjalizacja: suchy montaż i czerstwe żarty. Ulubiony film: „Pętla”. Ulubiony aktor: Marian Kociniak. Ulubiony trening: świński trucht. W przyszłości planuje napisać książkę o wszystkim. Jeśliby się nie udało, całkiem możliwe, że narysuje stopą komiks. Bycie niepoważnym pozwala mu przetrwać. Kazał wszystkich pozdrowić i życzyć miłego dnia.