Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Prywatności. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.

Zamknij

Anna Jakubczak, biegająca mama

Anna Jakubczak, biegająca mama
A320_524_1.jpg

Anna Jakubczak, dwukrotna finalistka olimpijska, rozmawia z bieganiem.pl

Ania Jakubczak, mimo tego, że od prawie dziesięciu lat jest w ścisłej światowej czołówce na dystansie 1500m, jest w Polsce nieco w cieniu. Niemal każdy kojarzy Lidię Chojecką, ale niewielu słyszało nazwisko Jakubczak. Być może dlatego, że Anna Jakubczak udanie godzi życie sportowe z rodzinnym. Jest jedną z nielicznych zawodniczek na tym poziomie, która ma zamiar startować, mimo urodzenia dwójki dzieci.

Przypomnijmy największe sukcesy Anny Jakubczak:

- dwukrotne drugie miejsce w Pucharze Europy na 1500m (1999 i 2005 - hala)
- dwukrotny finał olimpijski (Sydney 2000 – 6 miejsce, Ateny 2004 – 7 miejsce)
- dwukrotny finał Mistrzostw Świata (Sevilla 1999 – 7 miejsce, Helsinki 2005 – 7 miejsce)
- finał Mistrzostw Europy (4 miejsce -1998, Budapeszt)
- kilkanaście medali Mistrzostw Polski

Życiówki:

800m – 2.00,78 (Sopot, 1999)
1000m – 2.35,96 (Gold Coast, 2000)
1500m – 4.00,15 (Ateny, 2004)
2000m – 5.54,21 (Siedlce, 2002)
3000m – 9.17,75 (Bydgoszcz, 1998)


Pochodząca z Zamościa Anna Jakubczak w tym roku ani razu nie wystąpiła na bieżni. Powód? Narodziny drugiego dziecka. Hania niedawno skończyła 5 miesięcy i wciąż w dużym stopniu absorbuje uwagę mamy, która powoli wraca do treningu. Rozmawiamy z Anną Jakubczak w jej mieszkaniu w podwarszawskiej Nowej Iwicznej.



- Jak się pani biega po urodzeniu dziecka?

- Dziękuję, nie jest najgorzej. Powrót do treningu po kilkumiesięcznej przerwie to zawsze duże wyzwanie, ale na szczęście nie jest ze mną źle. Może dlatego, że w ciąży biegałam aż do szóstego miesiąca. Po urodzeniu Hani minęły jeszcze dwa miesiące, zanim ponownie włożyłam dres i buty biegowe. To oznaczało 5 miesięcy przerwy w treningu. Jednak mimo początkowej zadyszki i bólu mięśni, szybko doszłam do pewnego poziomu. W tej chwili trenuję już codziennie. Ciąża ma zresztą dobre strony dla ciała sportsmenki – organizm odnawia się w naturalny sposób, to rodzaj naturalnego dopingu. I o ile mój poprzedni sezon był nieudany ze względu na kontuzje - na Mistrzostwach Europy nie awansowałam do finału, długo zmagałam się z bolącym ścięgnem achillesa, o tyle po urodzeniu Hani czuję się świetnie. W treningu pomaga mi sparingpartnerka – moja siostra Ola, która również biega. Przez ostatnie tygodnie to ona wyciągała mnie na treningi, zmuszała do wysiłku. To duża pomoc, bo pierwsze treningi po tak długich okresie niebiegania to jednak rodzaj tortury dla organizmu.

- Mimo dużych sukcesów Pani osiągnięcia nie są chyba znane wśród szerokiego grona kibiców. Może przybliży pani naszym czytelnikom, jak zaczęła się pani kariera sportowa?

- No cóż, miałam to szczęście, że chodziłam do szkoły o profilu sportowym, gdzie codziennie 2 godziny spędzaliśmy na zajęciach wychowania fizycznego. Ze szkoły jeździliśmy na zawody, różnego rodzaju biegi przełajowe. Trening w tym czasie był zabawą, trochę biegaliśmy, graliśmy w piłkę. W 8 klasie z takiego treningu byłam 16-ta na Mistrzostwach Polski Juniorów w przełajach, zostałam dostrzeżona i dostałam propozycję przenosin do Warszawy. Poszłam do Liceum Sportowego na warszawskiej Skrze, zaopiekował się mną trener Rosłon - świetny szkoleniowiec i pedagog. Wkrótce pojawiły sie pierwsze medale Mistrzostw Polski, a kiedy trener Rosłon wyjechał na stałe do Nowej Zelandii, przeszłam pod skrzydła Marka Jakubowskiego. Z nim osiągnęłam największe sukcesy. Przełomem były Mistrzostwa Europy w Budapeszcie w 1998 roku. Zajęłam na nich 4te miejsce, jako zupełnie nieznana zawodniczka niemal wskakując na podium W tamtym sezonie poprawiłam swój wynik na 1500m z 4.13 na 4.03!

- A co uważa pani za swój największy sukces sportowy?

- Hmmm... Myślę, że największym sukcesem jest to, że udało mi się pogodzić karierę sportową z życiem rodzinnym. Z jednej strony są to więc udane występy w największych światowych imprezach, a z drugiej – wspaniały mąż, Darek, oraz dwójka cudownych dzieci: Filip i Hanka. Z tego co się orientuję, jestem chyba jedyną zawodniczką ze światowej czołówki, która ma dwójkę dzieci i nadal chce biegać wyczynowo! Owszem, zdarzają się zawodniczki, które mają jedną pociechę, ale dwoje? Nie przypominam sobie nikogo takiego! Dlatego pogodzenie życia rodzinnego ze sportem to moje największe osiągnięcie.

- Czy mogłaby pani opowiedzieć naszym czytelnikom, jak wygląda trening zawodnika pani klasy?

- Nie jest to łatwy kawałek chleba. Właściwe przygotowania zaczynam na początku listopada. Od tego czasu aż do pierwszych startów trenuję dwa razy dziennie. Duża część pracy jest realizowana na obozach sportowych – z dala od domu i rodziny. Zimą trenuję częściowo za granicą. Moim ulubionym miejscem treningowym jest amerykańskie Albuquerque. Jest tam ciepło i sucho, miejscowość jest położona na wysokości 1600-1800m n.p.m. Jeżdżę tam od dziewięciu lat. Oprócz tego jeżdżę na krótsze obozy wysokogórskie do RPA, Szwajcarii czy Francji. Mój trening to autorski program trenera Marka Jakubowskiego. Opiera się na przygotowaniu wytrzymałościowym. Zimą biegam ok 130km/tygodniowo, w okresie startowym ok. 100km.tydzień, w postaci rozbiegań, biegów ciągłych i zabaw biegowych. Robię też sporo siły biegowej, wykonuję pewną pracę tempową, ćwiczę na siłowni... W październiku mam roztrenowanie – biegam wtedy 3 razy w tygodniu, bardzo spokojnie.

A320_524_4.jpg
Na treningu, pomiar zakwaszenia

- Jaki jest pani cel na przyszły sezon? Jest nadzieja na pierwszy medal na dużej imprezie?


- To oczywiście moje marzenie: medal na Igrzyskach Olimpijskich w Pekinie! Tyle już się nazbierało tych miejsc niedaleko podium, że przydałoby się uwieńczyc karierę medalem. To trudne zadanie, na świecie jest masa młodych, szybkich Rosjanek, Ukrainek, Kenijek czy Etiopek. Ale spróbuję. W lutym pojadę na obóz do Albuquerque, a po powrocie spróbuję uzyskać minimum olimpijskie. Potem kolejny obóz – możliwe, że w Saint Moritz w Szwajcarii – no i start w Pekinie. Między to wszystko postaram się wpleść kilka startów na zagranicznych mitingach. Niedawno przeszłam pod menedżerską opiekę nowej polskiej firmy zajmującej się marketingiem sportowym – Sport Evolution. Firma zajmie się pozyskiwaniem sponsorów i dbaniem o mój wizerunek – dzięki czemu ja będę zajmować się tylko treningiem. Mój plan minimum na przyszły rok to finał olimpijski. Jeśli uda się tego dokonać, w finale spróbuję powalczyć. Jestem doświadczoną zawodniczką, stres mnie nie spala, umiem biegać taktycznie, wytrzymuję też mocne tempo – kto wie, może to będzie moim sposobem na zajęcie miejsca na podium?

- Proszę powiedzieć, jaki jest sekret tego, że mimo urodzenia dwójki dzieci i 34 lat, jest pani w stanie nadal wyczynowo uprawiać sport?

- Sama się nad tym zastanawiam. Częściowo to na pewno zasługa trenera Jakubowskiego– planuje trening w taki sposób, abym mogła biegać szybko przez wiele lat. Pomaga mi też wsparcie rodziny. Pod tym względem mam ogromną przewagę nad innymi biegającymi dziewczynami: kiedy coś mi nie wyjdzie albo kiedy mam po prostu dosyć biegania, nie siedzę sama w czterech ścianach. Wracam do domu, wpadam w wir domowych obowiązków, to mnie ładuje emocjonalnie. Dzięki temu łatwiej znoszę wszystkie nieprzyjemne sprawy związane z wyczynowym sportem: ciągłe przemieszczanie się, stres, presję kibiców i mediów, wielotygodniowe pobyty na obozach sportowych... Nie jestem jednak niezniszczalna – mam już za sobą operację ścięgna achillesa.

A320_524_2.jpg
Z siostrą na treningu w Albuquerque

- A czy łatwo jest pogodzić bycie zawodniczką wyczynową z życiem rodzinnym?


- Oczywiście, że nie! Z tego powodu większość sportsmenek wysokiej klasy rodzi dzieci dopiero po zakończeniu kariery sportowej. Ja staram sie jakoś sobie radzić, jak wspomniałam, nieocenioną pomocą jest dla mnie mąż Darek. On sam zresztą kiedyś biegał wyczynowo [życiówka na 1500m – 3.43 – dop.redakcji] i zdaje sobie sprawę z trudności, jakie napotykam. Z jednej strony jest to ciągła rozłąka, czasami boję się nawet, że po powrocie z obozu dzieci mnie nie poznają. Z drugiej jednak strony, będąc w domu, nie mam takich możliwości odpoczynku. Wiadomo – obowiązki, dzieci – to wszystko odciąga moją uwagę od treningu i regeneracji. Remont mieszkania może sprawić, że w kilka dni straci się formę sportową! Można więc powiedzieć, że na obozach wypoczywam bardziej fizycznie, a w domu – psychicznie, odrywam się od tej monotonii, jaką jest wyczynowy trening. Z mojego punktu widzenia rodzina w życiu sportsmenki to jednak zdecydowany pozytyw. Najciężej jest tuż po urodzeniu dziecka – te nieprzespane noce, karmienia... Potem jest już tylko lepiej i lepiej.

- No to teraz pytanie natury ogólnej: proszę powiedzieć, czy uważa pani, że w Polsce są dobre warunki do uprawiania lekkiej atletyki?

- Nas, biegaczy, nie rozpieszcza polski klimat. To dlatego tak dużo czasu spędzamy na obozach za granicą. Zimą w kraju bywa, że nie ma gdzie zrobić treningu, gdy spadnie śnieg, mroźne powietrze bywa też zabójcze dla dróg oddechowych. Ale wiem, do czego pan zmierza: wszyscy narzekają na PZLA, oczekuje pan, że ja też będę narzekać. No to zaskoczę wszystkich: uważam, że zawodnicy, który teraz zaczynają swoje kariery, mają dużo łatwiejszą drogę na lekkoatletyczne szczyty niż ci, którzy zaczynali biegać kilkanaście lat temu.. Dzisiejsi juniorzy czy młodzieżowcy mają świetne szkolenie, obozy kadrowe. Proszę sobie wyobrazić, że za moich początków było zupełnie inaczej! Przede wszystkim – nie było dużych imprez dla kategorii młodzieżowej, żadnych Młodzieżowych Mistrzostw Europy, niczego takiego! Zawodnik w wieku 20 lat był za stary na starty w młodszej kategorii wiekowej, ale często za młody, aby skutecznie rywalizowac ze starszymi biegaczami. Dlatego wprowadzono kategorię wiekową U-23 (poniżej 23 roku życia). Dzisiaj zdobywca medalu na dużych mistrzostwach młodzieżowych ma całoroczne szkolenie. Kiedyś nie było gdzie zdobyć medalu – więc wszystkie wyniki rozpatrywano pod kątem wyników seniorskich. Dochodziło do sytuacji, że rekordzista kraju, Piotrek Rostkowski, był poza kadrą! Ja, żeby zrobić przeskok z biegania 4.13 na poziom 4.03, sama opłaciłam obóz w USA, sama troszczyłam się o siebie. Dlatego uważam, że dzisiaj jest łatwiej niż kilkanaście lat temu. Ale oczywiście do ideału nam daleko. W Polsce wystarczy jakaś wpadka, rok przerwy, kontuzja – i można zostać bez stypendium, bez szkolenia, zupełnie na lodzie. Cieszę się, że w tym roku zostałam włączona do kadry, mimo braku wyniku. Ktoś w PZLA jeszcze we mnie wierzy. No i kolejna sprawa – w Polsce ciężko jest zrobić minimum na imprezy mistrzowskie. Brakuje dobrych mitingów, szybkich biegów, pogoda też bywa niełaskawa. Dlatego wszyscy najlepsi dużo startują za granicą.

- Czy planuje pani po zakończeniu kariery na bieżni jakieś starty na ulicy? Niektóre zawodniczki po zakończeniu biegania na bieżni przechodzą np. do biegania maratonów.

- Nie mam aż tak ambitnych planów, żeby biegać wyczynowo maratony. Ale na pewno chciałabym przebiec dystans maratoński dla własnej satysfakcji. Ta konkurencja ma w sobie jakąś magię, którą ciężko znaleźć w konkurencjach rozgrywanych na bieżni. Przebiec 42km195m – to coś, z czego można być dumnym. Dla mnie bieganie to nie tylko zawód – to moja pasja, coś, co uwielbiam robić. Dlatego po zakończeniu kariery na pewno będę biegać – ale już tylko dla przyjemności.

- Dziękuję za rozmowę.


A320_524_3.jpg
Z mężem i synem na stadionie