Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Prywatności. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.

Zamknij
Pasja, aż po skalpel - rozmowa z Mikołajem „Biegającym Filozofem” Raczyńskim

Jest amatorem, który zdobył złoto mistrzostw Polski seniorów. Nigdy nie żył z biegania, ale od zawsze trenował jak wyczynowiec. Z nadzieją wyczekuje operacji stopy, dzięki której ma zamiar wrócić do katorżniczego treningu. Swoje zmagania opisuje w mediach społecznościowych, gdzie ze względu na wykształcenie znany jest jako „Biegający Filozof". Rozmawiamy z Mikołajem Raczyńskim, który z poziomu 1:58 w półmaratonie, przesunął się na 31:20 na 10000 metrów i na tym nie ma zamiaru poprzestać.


Jesteś w przededniu operacji. Chodzi o artroskopię stawu skokowego prawej stopy i przycięcie pięty. Powiesz o tym więcej?

Po wielu próbach i diagnozach znalazłem najprawdopodobniej przyczynę mojego bólu, czyli gangliony w Trójkącie Kagera. Jest to takie miejsce pomiędzy stawem skokowym a Achillesem po wewnętrznej stronie stopy.

Gangliony?

Torbiele, które powodują ból przy bieganiu czy chodzeniu. Przez to, że one się tam pojawiły, to nie ma miejsca na nic innego. Uwierają, powodując stany zapalne w Achillesie i pięcie. Pojawia się spory obrzęk po wysiłku. Decyzja lekarzy jest taka, żeby zrobić artroskopię tylnej części stopy i przy okazji przyciąć kawałek pięty...

Zwłaszcza to ostatnie brzmi nieciekawie...

Brzmi to groźnie, ale z tego co mówią lekarze nie będzie to nic niebezpiecznego, wystarczy jednym ruchem przyciąć, żeby zrobiło się więcej miejsca.

Są jakieś przewidywania, jeśli chodzi o czas Twojej rekonwalescencji?

Są widełki. Optymistycznie jest szansa, że po 2 tygodniach będę mógł chodzić i może po 6 tygodniach wrócę do aktywności sportowej, truchtania i tak dalej. Mimo że to jest operacja to na tyle mało inwazyjna, że rokowania jeśli chodzi o powrót do sportu są dość dobre.

To zacznijmy teraz historię Twojej kontuzji od początku. Kiedy pojawiły się problemy ze stopą?

Pierwsze bóle pojawiły się na przełomie marca i kwietnia 2018 roku. Wszystkie diagnozy przez ponad rok sugerowały, że jest to problem z Achillesem. Leczyłem go ponad rok, mimo że nie wymagał leczenia. Byłem u kilkunastu lekarzy, kilkudziesięciu fizjo i nikt nie był w stanie pomóc mi na dłuższą metę. Dopiero w tym roku w marcu trafiłem do Poradni Chorób Stopy w Warszawie i tam otrzymałem – mam nadzieję – trafioną diagnozę, że problemem są gangliony, a nie Achilles. Początkowo lekarz chciał uniknąć operacji i leczenie polegało na nacinaniu ganglionów oraz usuwaniu z nich płynu. Za pierwszym razem taki zabieg pomógł nawet na miesiąc, ale z każdym kolejnym nacięciem efekt był krótszy. Przyjmowałem leki przeciwzapalne, kolagen, dwa razy robiono mi PRP... Po pół roku takiej walki, we wrześniu, stwierdziliśmy, że leczenie nie ma sensu, bo nie przynosi długotrwałego efektu. Zrobiłem rezonans, który potwierdził, że faktycznie te gangliony tam są. Byłem na konsylium z trzema lekarzami i wszyscy stwierdzili, że jeśli chcę biegać, to operacja jest konieczna. Mógłbym też czekać 5 lat licząc, że torbiele się same wchłoną, ale ja chcę biegać. Istnieje ryzyko, że po operacji gangliony wrócą, bo tak naprawdę nie jest do końca znana przyczyna - dlaczego one w ogóle zaczęły się pojawiać. Mogą to być jakieś kwestie przeciążeniowe, ale to tylko moje przypuszczenia.

Zanim zacząłeś biegać trenowałeś koszykówkę, gdzie staw skokowy jest mocno obciążany. Może źródło dzisiejszych problemów leży właśnie tu?

Trenowałem koszykówkę wyczynowo przez 9 lat i faktycznie miałem kilkanaście skręceń kostki. Gdy miałem te 10-12 lat, to nie robiłem specjalnych przerw, żeby to dobrze zaleczyć - 3-5 dni maksymalnie, nie chciałem po prostu tracić czasu. Chodziłem do fizjoterapeutów, żeby mnie trochę podleczyli. Nosiłem tejpy na stawach skokowych tak sztywno obleczone, żeby tylko można było jakoś się ruszać. Przez ostatnie 4 lata gry w koszykówkę na każdym treningu musiałem mieć stabilizator na staw, żeby wytrzymał. Także na pewno, kiedy przestałem grać to stawy skokowe były bardzo słabe. Biegając mocno je wzmocniłem. Ślad pozostał - nawet na  rezonansie wyszło, że mam kilka blizn na stawach skokowych po różnych zerwaniach. Ale zawsze taki byłem, że nie robiłem sobie przerw, chociaż pewnie powinienem. Jak już zacząłem biegać, to też nie robiłem nigdy typowych roztrenowań, maksymalnie 3-5 dni wolnego.

2011_2017_Raczynski.jpg A jak z zapalonego koszykarza stałeś się nie mniej zapalonym biegaczem?

Gdy miałem 17 lat wszedłem do seniorskiej drużyny Astorii Bydgoszcz. Zadebiutowałem w 2 lidze, później awansowaliśmy do 1 ligi. Ale nie robiłem takich postępów, jakich ode mnie oczekiwano i nie przedłużono ze mną kontraktu. Po tej decyzji – mimo że poświęciłem koszykówce wiele lat – stwierdziłem w jeden dzień, że nie będę szukał sobie innego klubu, tylko po prostu rzucę koszykówkę. Bieganie wyszło przypadkowo. Mój tato znalazł bieg ku czci Beatlesów na 15 km, a że on nie był w stanie go przebiec, a medal był dedykowany Beatlesom i po prostu chciał go mieć, to spytał mnie, czy dam radę zrobić tę piętnastkę. Powiedział mi to raptem 10 dni przed biegiem. Przebiegłem i się wkręciłem. Jeszcze tego samego roku – to było w 2011 – pobiegłem Półmaraton Świętych Mikołajów w Toruniu i tam zrobiłem 1:59. Wtedy postanowiłem. że będę biegał. Byłem przekonany, że łatwo urwę z toruńskiego wyniku 50 minut i niedługo będę się ścigał z czołówką.

Może urwać aż tyle łatwo nie było, ale postępy zacząłeś robić bardzo szybko...

Minuty z życiówek schodziły faktycznie szybko, też dlatego, że trenowałem od początku bardzo ciężko. Jeszcze zanim przystąpiłem do klubu uniwersyteckiego – studiując w Bydgoszczy - trenowałem dwa razy dziennie. Nawet jak byłem na poziomie 36-35 minut na dychę, biegałem już po 140 kilometrów tygodniowo.

To był Twój pomysł, czy miałeś jakiegoś trenera?

Na początku trenowałem sam. Po prostu byłem przyzwyczajony do dużego treningu. Grając w koszykówkę przez wiele lat trenowałem po dwa razy dziennie, więc dla mnie to było normalne. Trenowałem przed szkołą i po szkole, więc tę umiejętność pracy i skupiania się na treningu wyniosłem z koszykówki.
Moim pierwszym trenerem był Błażej Stankiewicz i u niego trochę spadła mi objętość treningowa, bo bardziej przygotowywaliśmy się na bieżnię, na dystanse typu 800, 1500 metrów. Myślę, że zrobiłem głupotę rezygnując ze współpracy i nie poświęcając kolejnego roku na taki trening, tylko poszedłem w biegi uliczne. Zabrakło mi wtedy cierpliwości. Na bieżni często startowałem z młodszymi i krótko mówiąc – byłem słaby na ich tle. Na ulicy łatwiej było być wysoko, inaczej wygląda to, gdy w biegu masowym kończysz na 15 miejscu w stawce kilkuset osób, a inaczej jak na bieżni jesteś 20, ale na 22 zawodników...

Trenując sam, skąd czerpałeś wiedzę?

Kupowałem książki o treningu, Skarżyńskiego, Danielsa. Dużo czytałem w sieci, sięgałem po literaturę anglojęzyczną, raczej standardowa droga... Później trener Stankiewicz przekazał mi dużo wiedzy. Sporo rozmawiałem z biegaczami, z którymi trenowałem. A będąc jeszcze w Bydgoszczy biegałem w jednej grupie z Bartkiem Kotłowskim (życiówka na 10000 metrów 30:22) i Krzysiem Gosiewskim (życiówka na 10000 metrów 29:51).

Czyli towarzystwo do biegania miałeś iście wyczynowe.

Tak. I ja co tydzień biegałem z nimi cross. Teoretycznie miał być to bieg ciągły, ale dla mnie ten trening to były cotygodniowe zawody, bo chciałem się z nimi za wszelką cenę utrzymać... Treningi z lepszymi chłopakami też moim zdaniem powodowały, że robiłem naprawdę szybkie postępy. Zdawałem sobie sprawę, że skoro mam 20 lat i biegam 40 minut na dychę to to jest bardzo wolno i jeśli chcę osiągać sukcesy i doszusować do czołówki, to muszę trenować bardzo ciężko. Bo tylko to mnie zawsze interesowało. Nie interesowało mnie nigdy bieganie na jakimś fajnym amatorskim poziomie typu 33-34 minuty.

Jaki cel sobie założyłeś zaczynając?

Cel od początku jest taki sam – chcę biegać poniżej 30 minut na 10000 metrów. Pamiętam taki sylwestrowy bieg w Brzozie. Pobiegłem dychę w 48 minut. Biegł tam wtedy Artur Kozłowski, Bartek Mazerski, Błażej Brzeziński i oni mnie tam wszyscy zdublowali, na pętli bodajże 2,5 kilometrowej. Wygrał Artur z wynikiem poniżej 30 minut i wtedy właśnie postanowiłem, że ja też chcę mieć taki czas.

Wracając do Twojego treningu. Najpierw byłeś sam, później z trenerem Stankiewiczem, potem znowu sam?

Tak, przeniosłem się do Warszawy i przez dwa lata trenowałem sam. Później poznałem Andrzeja Kupczyka, wybitnego średniodystansowca, finalistę igrzysk w Monachium na 800 metrów i on mnie ukierunkował podobnie jak trener Stankiewicz na bieżnię. Poprawiłem życiówki. Na 1500 zrobiłem 4:07. Tylko dycha mi spadła, z 32:50 cofnąłem się na 33:40.

parkrun_raczynski.jpg Jak trafiłeś na pana Kupczyka?

On był trenerem przygotowania fizycznego siatkarek w Bydgoszczy. I tak się złożyło, że chodziłem do fizjoterapeuty, który też zajmował się dziewczynami i on polecił mi pana Andrzeja. Stwierdziłem, że spróbuję, czemu nie? U niego trenowałem od początku 2015 do połowy 2016.

I jaki to był trening?

Morderczy.

Nie spadła objętość, skoro głównie trenowaliście pod średnie dystanse?

Nie za bardzo. Objętość była ogromna, bo biegałem nawet po 180 kilometrów na tydzień. Jednocześnie był to trening bardzo skupiony na tempach. Biegałem dużo dwusetek, czterysetek, czy tysiączków, a praktycznie nie robiłem ciągłych. Rozstaliśmy się w połowie 2016 roku kiedy beznadziejnie pobiegłem w Biegu Ursynowa. Nastawialiśmy na 15:15, a pobiegłem ponad 16 minut. Wtedy trener sam powiedział, że nie potrafi znaleźć dla mnie pomysłu, żeby trening pod bieżnię przełożył się na długi dystans na ulicy.

I ponownie sam sobie byłeś sterem, żeglarzem, okrętem... Patrząc na wyniki z 2017 roku, chyba wyszło Ci to na dobre.

Tak. Sezon 2017 był dla mnie życiowy.

Może to jednak pokłosie tego morderczego treningu który realizowałeś wcześniej z trenerem Kupczykiem?

Na pewno trener miał ogromną wiedzę, chciał się nią dzielić i sporo się od niego nauczyłem. Ale trudno mi powiedzieć, czy późniejsze życiówki faktycznie były skutkiem pracy wykonanej w roku 2016. Ja zupełnie odwróciłem ten trening, zacząłem biegać dużo spokojniej tempa, ale za to szybciej ciągłe. Wydaje mi się, że to ta zmiana zaprocentowała. W

Widać było, że bardzo profesjonalnie podchodziłeś do swojego trenowania. Na jednym ze zdjęć na Twoim profilu facebookowym widziałem, że korzystasz z urządzenia do pomiaru laktatu. To jest Twój sprzęt?

Tak, sam wpadłem na pomysł, żeby w coś takiego zainwestować, sam się uczyłem z tego korzystać, żeby poznać swój organizm i po prostu lepiej kontrolować obciążenia.

To jest jednak dość nietypowe – nawet dla tak ambitnego biegacza jak Ty – żeby aż tak profesjonalizować swój trening. Czy Ciebie można było nazywać jeszcze w ogóle amatorem, czy już wyczynowcem? Treningi dwa razy dziennie, pomiar laktatów, aż w końcu medal MP seniorów (drużynowe złoto w Rybniku 2017 na 10000 metrów – przyp.red.).

Myślę, że te ramy – amator i wyczynowiec, są dosyć sztuczne. Na pewno jestem amatorem bo w żaden sposób nie zarabiam na bieganiu i nigdy nie zarabiałem. Nawet jak miałem sezon życia to zarobiłem może z 200 złotych, których nawiasem mówiąc mi Półmaraton w Pile nie wysłał do dzisiaj. Więc amatorem na pewno jestem, ale trenowałem wyczynowo, to na pewno. Trenowałem tak jak trenują zawodowcy – 12 treningów w tygodniu, bazowanie na pomiarze zakwaszenia, odnowa biologiczna, ale to wszystko za własne pieniądze, które zarobiłem w normalnej pracy.

rybnik_raczynski.jpg A spotkałeś się w międzyczasie z opiniami, że przesadzasz? Że za dużo trenujesz jak na człowieka, który ma przecież normalne życie i sport nie jest jego źródłem utrzymania? Albo teraz w obliczu kontuzji... Może słyszałeś, że po prostu – doigrałeś się?

Największą falę negatywnych opinii przeżyłem na przełomie 2016 i 2017 roku. Wzięło się to pewnie z faktu, że wtedy postanowiłem dzielić się z innymi treningiem, który wykonuję. Założyłem media społecznościowe, bloga na bieganie.pl i oznajmiłem wszystkim, że moim głównym celem będą kwietniowe Mistrzostwa Polski w Rybniku na 10000 metrów. Napisałem wtedy wprost na swoim Facebooku, że celem jest wynik 31:30 i chcę go nabiegać właśnie na mistrzostwach. Wtedy spotkałem się z krytyką, że trening który robię to nie jest trening do dychy. Faktycznie biegałem bardzo długie ciągłe, nawet 30-35 kilometrów co niedzielę, ale zrezygnowałem całkowicie z jakiś mocniejszych temp. Pamiętam, że te negatywne komentarze były bardzo mocne.

Przyszły wyniki i krytyka ucichła?

Wydaje mi się, że rzeczywiście jak w marcu na Maniackiej pobiegłem pierwszy raz w życiu poniżej 32 minut, to negatywne komentarze jakby się wyciszyły. Ludzie zaczęli dopuszczać myśl, że mój trening nie jest jednak taki do końca bez sensu. Potem poprawiłem życiówkę w Gnieźnie i w końcu kulminacją były mistrzostwa Polski, gdzie ustanowiłem swoją aktualną życiówkę - 31:20. Chociaż nawet po Rybniku słyszałem, że i tak za mocno trenuję nawet jak na bieganie 31 minut. Wydaje mi się, że ta krytyka wynika z pewnego niezrozumienia. Trening wydawał się ludziom ciężki, bo biegałem trzydziestki po 4:00 na kilometr, co nie jest wcale ciężkim treningiem. Działa za to magia liczb – „O zrobił 30 km po 3:55!”, a to nie jest żaden ciężki trening. Wychodzi się na dwie godziny i wraca się do domu. Nie biegałem za to jakiś mocnych temp, dwójek, trójek, o których się mówi, że są bardzo dobrymi jednostkami pod start na dychę. Moim zdaniem miałem idealnie dopasowany trening pod 10 kilometrów, mimo że dla niektórych objętość na poziomie 180 kilometrów będzie przesadna i nieadekwatna.

Na tydzień przed mistrzostwami Polski miałeś dość kryzysowy moment, mówię o 32:30 na Orlenie. Było zwątpienie, że jednak misja Rybnik spali na panewce?

Pojawiły się wtedy głosy, że nic z tego nie będzie. No, jeśli Ci sto osób mówi, że źle trenujesz, to można mieć moment słabości i w to uwierzyć. Na szczęście miałem w sobie tyle zawziętości, że te głosy krytyki chyba jeszcze bardziej mnie zmotywowały. Nie ukrywam, że w Rybniku myślałem o tych konkretnych kilku osobach, które najmocniej mnie atakowały, napędzało mnie to i motywowało, żeby nie odpuszczać.

31:20, złoto mistrzostw Polski – całkiem nieźle jak na amatora. Jak to wspominasz?

Ten sukces drużynówki to przede wszystkim zasługa Krzysia i Bartka (chodzi o Krzysztofa Gosiewskiego i Bartosza Kotłowskiego – przyp. red.). Tylko wiadomo, był jeszcze potrzebny ten trzeci. Ale faktycznie mój wynik był dużym zaskoczeniem dla wszystkich. Pamiętam dobrze, jak przed moim biegiem – a startowałem w drugiej serii - trener Korytkowski z Łomży już rozdał złote medale swojej ekipie. Trener Stankiewicz podszedł do mnie przed startem i powiedział, żebym zaczął na 32 minuty... Ale ja oczywiście nie miałem wcale zamiaru biec na ten wynik, bo w głowie od wielu miesięcy był zupełnie inny plan.
Od pierwszego koła trener krzyczał mi, że biegnę za szybko, że to jest na 3:08 na kilometr, że na 3:07, że to jest za szybko, że nie będę w stanie tego wytrzymać. Pierwsza piątka wyszła w 15:41. Trener uwierzył we mnie na 8 kilometrze i wtedy dopiero krzyknął, że teraz to już trzeba iść na całość.
Ten bieg to było najważniejsze wydarzenie nie tylko mojego biegowego życia, ale też w ogóle sportowego. Medal mistrzostw Polski był realizacją moich marzeń. Była wielka satysfakcja, nawet pojawiły się łzy, sam wynik był spełnieniem, ale medal czymś, o czym jeszcze kilka tygodni wcześniej w ogóle nie myślałem.

Sukces zaostrzył apetyt na więcej... znaczy się – szybciej?

Kiedy przyjechałem do Warszawy i poszedłem na trening na Agrykolę, to wszyscy mi gratulowali żartując, że to niemożliwe, że chyba źle policzyli okrążenia i przebiegłem o jedno mniej. Mówili, że z takiego wyniku to już powinienem złamać 15 minut na piątkę... I tak faktycznie wtedy apetyt mi się mocno zaostrzył na jeszcze szybsze bieganie i przesadziłem z treningiem. To był mój błąd. O ile do kwietnia trenowałem bardzo mądrze, o tyle od maja znowu postawiłem na mocne tempa w stylu trenera Kupczyka. Wkręciłem sobie, że muszę biegać takie mocne jednostki, żeby złamać 15 minut na 5 kilometrów. Złamać się nie udało, ale na mitingu we Wrocławiu wykręciłem 15:12, więc w sumie nie najgorzej. Potem jesienią pobiegłem Półmaraton w Pile – to była ta edycja ze źle zmierzonym dystansem, gdzie trasa była dłuższa o 250 metrów - i nabiegałem 1:11, czyli pewnie wyszłoby 1:10:40 gdyby nie ten błąd pomiaru. Jeszcze w Szamotułach niedługo później zrobiłem podobny wynik. Ale potem już te starty nie szły najlepiej...

monte_gordo_raczu.jpg I jak to się stało, że trafiłeś na Pawła Ochala?

Pawła znałem osobiście, wielokrotnie go spotykałem na treningach, też był z Bydgoszczy i mieszkał niedaleko moich rodziców. Stwierdziłem, że potrzebuję pomocy kogoś doświadczonego, kto zapanuje nad moim treningiem. Zaczęliśmy współpracę w listopadzie 2017. Trening był fajny, ale na pewno nie był lekki. Objętość delikatnie spadła, ciągłe biegałem też raczej wolno, znowu pojawiło się sporo treningu tempowego, ale bieganego wolniej niż u trenera Kupczyka. Wszystko robiło wrażenie fajnie zrównoważonego. Początki były obiecujące, bo na Biegu Chomiczówki zrobiłem życiówkę na 15 kilometrów (8 miejsce i wynik 49:26 – przyp. red.). Potem pojechałem najpierw na 3 tygodnie do Monte Gordo i jak wróciłem to wystartowałem w Maniackiej. Trening w Monte Gordo szedł fenomenalnie i jak zjechałem do Polski to w Poznaniu pierwszą piątkę otworzyłem w 15:25, co jest w ogóle moją życiówką na 5 kilometrów na ulicy. Potem mnie odcięło i dobiegłem w 32:30, ale stwierdziłem, że mimo wszystko jest okej, że jestem w mocnym treningu i że prawdziwe efekty dopiero przyjdą. Pojechałem na 4 tygodnie do Szklarskiej Poręby...

3 tygodnie w Portugalii, 4 tygodnie w Szklarskiej. Dużo jak na osobę, nie żyjącą z biegania...

Wykorzystałem cały urlop w pracy i nadgodziny, które wcześniej sobie wyrobiłem w tym luźniejszym treningowo okresie. Pracowałem po 10-11 godzin, właśnie po to, żeby móc potem wykorzystać wolne na obozy.

Jak było w Szklarskiej?

Trening też szedł fenomenalnie. Pamiętam, że jednym z ostatnich treningów który tam wykonałem było 10 x 1 kilometr na przerwie 90 sekund i robiłem te odcinki po 3:03, czyli na prędkości startowej, którą planowałem potem osiągnąć podczas mistrzostw Polski. Kilka dni po tych tysiączkach poczułem jednak pierwszy raz ból w okolicach Achillesa. Paweł polecił mi wtedy znajomego lekarza w Kowarach, pojechałem, stwierdził, że jest zapalenie ścięgna, wstrzyknął mi steryd i zaordynował miesiąc przerwy od biegania. Na tym skończyły się moje przygotowania. Zaczęły się za to przygody z Achillesem.

Kwiecień 2018, tak? Wyglądało, że będziesz miał sezon życia.

Na pewno byłem w formie życia. Byłem przekonany, że 31 minut jest do złamania. Podczas mistrzostw Polski był nawet plan, żebym startował z Pawłem Ochalem w serii, który miał mnie prowadzić na 30:40. Wystarczyło kleić jego pleców.

Wróciła fala oceniających opinii, że przesadziłeś z treningiem?

Nie do końca. Jednak to, że trenowałem z Pawłem i jego autorytet sprawiały, że ludzie byli bardziej powściągliwi w ocenianiu. W ogóle wydaje mi się, że po Rybniku i moim 31:20 zyskałem troszeczkę szacunku w środowisku, bo jednak takiego wyniku nie robi się często, zwłaszcza jeśli nie masz przeszłości biegowej i zaczynałeś swoją przygodę od 1:59 w półmaratonie. Inna sprawa, że trenując z Pawłem nie publikowałem tego, co robię. Mieliśmy taką umowę.

Ból pojawił się wiosną 2018 roku, ale mimo tego już w wakacje trenowałeś do debiutu w maratonie, jak to wyglądało?

W lipcu ruszyliśmy z przygotowaniami do maratonu w Walencji, który miał być na początku grudnia. Na początku wszystko szło dobrze, nic mnie nie bolało. Pobiegłem w międzyczasie dychę w 33:15, półmaraton w 1:12, ale w listopadzie ból w okolicach Achillesa wrócił. Do Walencji pojechałem, ale na wycieczkę, nie byłem w stanie wystartować. Wtedy stwierdziliśmy z Pawłem, że to nie ma sensu, że trenuję, a potem wszystko niweczy ból niewiadomego pochodzenia. Sam wtedy nie wiedziałem, czy w ogóle chcę dalej biegać, czy nie.

Jak ocenisz trening u Pawła, był zbieżny z Twoim podejściem?

Wiesz, jeśli czujesz, że trening „oddaje” to nie jest ważne, czy się podoba czy nie, czy jest zgodny z twoją filozofią czy nie. Ja czułem się znakomicie, ale przez kontuzję nie mogłem tego potwierdzić w zawodach. Były rzeczy, które mi nie pasowały, chociażby siła biegowa w postaci skipów i wieloskoków, której było sporo. Nie podobały mi się też biegane cały rok tempa, gdzie zimą musiałem specjalnie szukać odśnieżonego stadionu, żeby zrobić trening. Ale to generalnie nie miało znaczenia, czy trening mi się podobał czy nie – oddawał. Ja w żaden sposób w niego nie ingerowałem, w pełni zaufałem trenerowi, bo na takim zaufaniu powinna polegać współpraca.

Z każdym trenerem tak było, że wykonywałeś trening kropka w kropkę?

Tak to powinno wyglądać. Owszem, można się uczyć, dopytywać trenera... Ja każdą rozmowę mam wynotowaną, dlaczego robię taki a nie inny trening i tak dalej, ale ostatecznie zawsze słuchałem trenera i realizowałem to, co zadał. Od każdego wiele się nauczyłem. Każdy z nich - Błażej Stankiewicz, Andrzej Kupczyk i Paweł Ochal są świetnymi fachowcami i doskonale znają się na tym, co robią. Chociaż w tym momencie uważam, że to ja najlepiej wiem, czego potrzebuję. 

Wracając do Twojego maratonu... Ty się jednak zawziąłeś i pomimo problemów ze zdrowiem zadebiutowałeś na dystansie 42 kilometrów.

W połowie grudnia 2018 roku ból ustąpił, więc w styczniu 2019 ruszyłem z przygotowaniami do maratonu w Rotterdamie. Historia miała podobny przebieg, jak przy poprzednich próbach. Noga nie bolała, więc trenowałem. Poleciałem w lutym do Irlandii, gdzie w Armagh pobiegłem 15:45 na 5 kilometrów, także dość solidny wynik, miałem potwierdzenie, że trening idzie w dobrą stronę, ale... Na początku marca ból wrócił i to ze zdwojoną siłą. Wtedy - nakierowany przez Mateusza Barana znajomego fizjoterapeutę - poszedłem do Poradni Chorób Stopy w Warszawie, gdzie odkryto, że problemem nie jest Achilles ale torbiele. Usunięto mi płyn, następnego dnia byłem biegać, a trzy dni później nabiegałem w Poznaniu 32:43 na 10 kilometrów. Trenowałem dwa tygodnie, po czym torbiele się odnowiły i znowu nie byłem w stanie biegać. Znowu odciągnęli mi płyn... Ale już ostatni miesiąc do maratonu byłem w stanie trenować tylko po 2-3 razy w tygodniu, gdzie wszystkie te jednostki były akcentami.

maraton_raczu.jpg I ostatecznie stanąłeś na starcie maratonu w Rotterdamie. Z bólem?

Ból był o tyle uśmierzony, że wcześniej przyjąłem siedem tabletek przeciwbólowych. Stwierdziłem, że skoro już tam jestem to nie będę biegł asekuracyjnie na 2:40, czy 2:50, ale tak jak sobie wymarzyłem, czyli na 2:24. Tylko, że ból pojawił się już na trzecim kilometrze... Dychę miałem jeszcze w 34 minuty, ale z każdym kolejnym krokiem było coraz gorzej. Od 15 kilometra każde stąpnięcie odczuwałem jakby ktoś mi chwytał za stopę obcęgami. Połówkę zrobiłem jeszcze w 1:14 a dobiegłem w 2:39. Nie miałem momentu, kiedy myślałem o zejściu z trasy. Chciałem wreszcie ukończyć jakiś docelowy start. Chociaż tyle chciałem mieć z tego biegania i całych przygotowań.

Był kwiecień, a decyzja o operacji zapadła dopiero we wrześniu. W międzyczasie wiem, że startowałeś w Parkrunach, skąd pomysł na właśnie taką aktywność?

Parkruny mnie motywowały i cały czas motywują. Od dłuższego czasu na bieganie wychodzę tylko raz w tygodniu i właśnie w sobotę na Parkrun. Trochę utrzymywało mnie to na powierzchni biegania. Jeżdżę po różnych lokalizacjach, na początku rywalizowałem o rekordy trasy, ale jak już byłem coraz słabszy, to bardziej walczyłem z samym sobą.

Kiedy dokładnie będziesz operowany?

Początkowo wyznaczono mi zabieg na 29 listopada, ale udało się przesunąć termin na szybszy i będę operowany 22 listopada w piątek.

A jak z kosztami takiego zabiegu?

Leczę się prywatnie, operację finansuję za własne pieniądze. Prawdę mówiąc od dłuższego czasu zarabiam tylko po to, żeby się leczyć.

Żałujesz czegoś, jeśli chodzi o swoje ostatnie lata treningu? Chodzi mi o to, czy można było uniknąć tych problemów ze stopą?

Błędy treningowe się zdarzają każdemu i mi też się zdarzały. Ale jeśli chodzi o obciążenia treningowe, to jakbym miał możliwość przetrenować ostatnie kilka lat jeszcze raz, to nie zmniejszyłbym obciążeń ani o jeden procent. Chciałem biegać jak najlepsi, a żeby to zrobić, trzeba było ciężko trenować. Błędem było to, że na operację nie zdecydowałem się wcześniej, że wcześniej nie zrobiłem rezonansu, że zamiast po raz kolejny przygotowywać się do startu nie postanowiłem z większą determinacją poszukać przyczyny bólu. Cały czas liczyłem, że to samo przejdzie. Że skoro ból pojawił się nagle, to też nagle zniknie. Brzmi to idiotycznie, ale jeśli ktoś ma cel do którego dąży całe życie, to jest w stanie w takie rzeczy uwierzyć.

Skąd u Ciebie taka determinacja w dążeniu do celu? Bierzesz 7 przeciwbólowych, żeby z kontuzją przebiec maraton. To nie jest - jakby to ładnie ubrać w słowa – do końca rozsądne...

Zgadzam się, to nie było rozsądne. Ale jestem wychowany przez sport. Tato był wielkim fanem NBA, wstawaliśmy w środku nocy, żeby oglądać mecze zza oceanu na DSF-ie. Ale też nie było tak, żeby mnie specjalnie naciskał, żebym szedł w tym kierunku. To był mój wybór. Zawsze byłem tym najmniej utalentowanym, mającym najmniej predyspozycji ze wszystkich. Jak grałem w koszykówkę, to byłem najniższy, zacząłem trenować najpóźniej ale właśnie tą ciężką katorżniczą pracą dochodziłem do tego, że z najsłabszego na boisku stawałem się jednym z najlepszych. Właśnie w taki sposób, chłopak który nie umiał zrobić dwutaktu, w ciągu czterech lat zadebiutował w 2 lidze, potem 1 lidze. Byłem zawsze bardzo skupiony na celu i chciałem go osiągnąć za wszelką cenę. Kiedy przygotowywałem się do mistrzostw w Rybniku, miałem nad łóżkiem kartkę z napisem 31:30. Codziennie rano widziałem ten wynik. Skoro wstawałem o 4:30 rano, żeby zrobić trening przed pracą, to nie było szans, żebym tego nie zrobił.

Co czujesz na kilka dni przed operacją? Strach, nadzieję?

Tylko nadzieję. Ciągle marzę o tym, żeby szybko biegać i bardzo mocno wyczekuję momentu, kiedy będę już po zabiegu i rozpocznę rehabilitację. Jestem przekonany, że mogę biegać poniżej 30 minut na dychę, wiem jak to zrobić, potrzebuję tylko zdrowia – wszystko inne będę w stanie sobie załatwić. 

 

fot. tytułowe autorstwa Tomasza Bruderka