Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Prywatności. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.

Zamknij
Zawsze dochodzi do zalania - rozmowa z Małgorzatą Hołub-Kowalik
Bez niej „Aniołki Matusińskiego” nie mają skrzydeł. Od wielu lat jest podporą sztafety, która tylko w tym roku zdobyła już złoto mistrzostw Europy i mistrzostw świata. Była radna z Koszalina, reprezentantka klubów z Pomorza oraz Turcji, opowiada o tym, jak sprawdza swoją formę, kiedy i jak boli dystans 400 metrów oraz czy czuje się koszalińską celebrytką.

Ten sezon zaczęłaś od kontuzji, wspomniałaś w wielu wywiadach, że to był ciężki dla ciebie czas. Jak to się stało, że finalnie oglądaliśmy Cię biegnącą z koleżankami po złoto HME w Glasgow?

Byłam przekonana, że w Glasgow nie wystartuję. Tutaj zadziałał mój mąż Jakub, no i trener Zbigniew Maksymiuk. Jeszcze na 3 dni przed wcześniejszymi mistrzostwami Polski w hali, na których miała nastąpić ostateczna selekcja do sztafety, nie byłam pewna, czy dobrze robię. Miałam już za sobą kilka startów, biegałam po 54 sekundy i byłam na skraju wytrzymałości – czułam się fatalnie, jakby kontuzja nie pozwalała mi rozwinąć skrzydeł. Wiedziałam, że przepracowałam przygotowania i chyba to mnie najbardziej bolało – w RPA, pod koniec obozu, biegałam takie wyniki, jakich nigdy w życiu nie osiągałam.

Masz jakiś swój konkretny trening, po którym jesteś pewna, że jesteś w gazie?

To taki autorski trening mojego trenera – 500 metrów interwałowym tempem. Biegnie  się mocno pierwszą setkę, później wiraż się „wyłącza” i tak na zmianę. Ten trening znakomicie na mnie działa. W tym roku w RPA trener sam był w szoku, jak mocno pobiegłam taką 500-tkę. Kontuzja pojawiła się niestety zaraz po zjeździe z obozu. Sama nie wiem, jak do niej doszło. Zapalenie nerwu kulszowego mogło pojawić się z różnych powodów…

Bieganie w polskiej sztafecie kobiet 4x400 przynosi w ostatnich latach wielkie zainteresowanie, no i konkretne tytuły. Czy łatwo jest zrezygnować ze startów, które przynoszą medale?

Moja ambicja zimą nie pozwalała mi raczej na to, żeby nie wejść do finału Mistrzostw Polski. A biegając 54 sekundy mogło się tak zdarzyć. Płakałam trenerowi, że nie chcę startować. Wysłuchał mnie cierpliwie, trenujemy razem 15 lat, więc mnie bardzo dobrze zna… i nie przejął się moim stresem. Mój mąż z kolei wspierał mnie na inny sposób – choć sam mocno denerwował się podczas eliminacji. Półfinał wypadł jednak, mimo środków przeciwbólowych, na tyle dobrze, że po finale i czwartym miejscu mistrzostw kraju wiedziałam, że jednak pojadę do Glasgow. Poleciałam na 2-tygodniowy obóz, a tam codziennie pracowałam z fizjoterapeutami, którzy postawili mnie na nogi.

Po zakończonej hali miałaś dość krótki okres na odpoczynek i trening zasadniczy przed sezonem letnim. Już teraz, w czerwcu, biegasz wyniki niedaleko swojej życiówki  - choćby 51.87 osiągnięte na Łotwie 4 czerwca.

Idę do przodu, nie rozpamiętuję tego, co było. Robotę trzeba robić dalej. Po Jokohamie  nie było czasu na reset (Hołub-Kowalik w reprezentacyjnej sztafecie zdobyła w Japonii nieoficjalne mistrzostwo świata sztafet – przyp. red.). Spędziłam całe 2 dni w domu, później byłam na obozie w Zakopanem, a prosto z Zakopanego poleciałam do Walencji na klubowe mistrzostwa Europy.

holub1.jpegJednym z pierwszych biegów w sezonie letnim był dla Małgorzaty (druga z lewej) wyścig podczas 1. Memoriału Ireny Szewińskiej w Bydgoszczy 12.06.2019

No właśnie, na co dzień biegasz dla KL Bałtyk Koszalin, ale wypożyczasz się na turecką ligę w barwach klubu Enka. To chyba dość niecodzienny kierunek dla polskiej sprinterki?

Z tureckimi klubami współpracuję już 3 rok. Ostrzegano mnie, że blondynka w Turcji może mieć ciężko, mimo to przyjęto mnie tam bardzo miło i w żaden sposób nie czułam się gorzej traktowana.

Jeździsz po świecie, ale też masz spore doświadczenie w lokalnej polityce. Byłaś w Koszalinie radną. Jak się w tej roli czułaś?

Gdy byłam radną nie uczestniczyłam we wszystkich sesjach, chociaż starałam się być na bieżąco. Pierwsze materiały, jakie otrzymałam na sesję, miały 300 stron, dotyczyły wszystkich projektów uchwał, tematów, w których wcześniej się nie obracałam. Byłam trochę załamana. Jednak biorąc udział w głosowaniu – musiałam wiedzieć, w jakim temacie głosuję. Korzystałam z pomocy i rad innych osób, ale można powiedzieć, że pierwszy rok się uczyłam.
Mój mąż zaczął być radnym dwa miesiące po mnie - wskoczył na miejsce innego radnego, który zrezygnował z mandatu.
W trakcie kadencji wzięliśmy ślub, w 2017 roku. Reprezentowaliśmy jedno ugrupowanie. Dwa czy trzy razy głosowaliśmy inaczej w danym temacie. Największa dyskusja między nami dotyczyłam tematu in vitro, ale nie tego, czy je stosować, ale z jakiej puli może być finansowane.

Pytałem o to, jak czułaś się w Turcji, ale też o Twoją rolę jako radnej w Polsce. Wyglądasz na osobę nieprzejmującą się „tradycyjną” rolą kobiety. Przedstawicielka twojej konkurencji Allyson Felix podniosła niedawno kwestię traktowania sportsmenek przez sponsorów. Czy obserwujesz, że w lekkiej atletyce kobiety są gorzej traktowane niż mężczyźni?

Nie spotkała mnie sytuacja gorszego traktowania w lekkiej atletyce. Jasne jednak, że mężczyznom w sporcie jest łatwiej. Jeśli mężczyzna chce założyć rodzinę, to tę rodzinę zakłada i trenuje dalej. U kobiet ciąża wiąże się z wykluczenia ze sportu na jakiś czas. Myślę, że przypadek Allyson Felix nie jest jedynym. Ona jako gwiazda miała odwagę poruszyć trudny temat. Prywatnie uważam, że Nike zyskałaby więcej, gdyby od razu wsparła ją w trakcie ciąży. W moich oczach wiele stracili obcinając radykalnie wynagrodzenie swojej gwiazdy.holub4.jpeg

Ok, wróćmy jeszcze do Twojej podwójnej roli – lokalnego polityka i sportowca. Czy czujesz się jak celebrytka koszalińska?

(śmiech)… Wiele osób w Koszalinie mnie kojarzy, w kolejce w sklepie, na ulicy. To małe miasto, tam się wychowałam, każdy etap mojej kariery wiąże się z Koszalinem. Często spotykają mnie miłe chwile – osoby proszą mnie o autografy, wspólne zdjęcia. Ale nie czuję się celebrytką. Chociaż niestety nie potrafię odmawiać – chodzę wszędzie gdzie mnie zaproszą, do szkół i przedszkoli… (śmiech)

Nasz portal odwiedzają przeważnie amatorzy długich dystansów. Spróbuj wytłumaczyć, jak należy biec 400 metrów?

Jeśli znajdę na to złoty środek dam ci znać… Ja próbowałam już każdej taktyki: pierwsze 200 – biegałam „w trupa”, następne 100 m - niech się dzieje co chce, a ostatnie 100 metrów - umierałam. W innych wypadkach ruszałam 150 metrów wolno i później się rozpędzałam, ale to też nie zawsze przynosi oczekiwany efekt. W każdym sezonie mam taki biegi, że albo zaczynam za wolno, albo zaczynam za szybko. Wiesz, biegam ten dystans już ponad 10 lat – i każdego roku robię te same błędy. Myślę po prostu, że należy dopasować intensywność do swoich chwilowych możliwości i dopiero pod koniec sezonu, kiedy robi się najlepsze wyniki, czterystumetrowcy mogą naprawdę powiedzieć, że umieją dobrać odpowiednie tempo.

Ból na ostatniej setce „kwasomlekowego” dystansu jest nieunikniony?

Wydaje mi się, że każda osoba, która kiedyś biegła na maksa 400 metrów, wie że jest to dystans trudny. Zawsze dochodzi do „zalania”. My przygotowując się do 400 metrów trenujemy po to, żeby do niego jak najpóźniej doszło. Muszę tu zaznaczyć, że należę do zawodniczek, które nie zakwaszają się na treningach zbyt mocno, maksymalnie zdaje się 21 milimoli.

W biegu rozstawnym 4x400 m podczas ostatnich HME Hołub-Kowalik pobiegła na 3 zmianie

Sztafeta reprezentacji Polski na 400 m składa się z zawodniczek, które zazwyczaj ścigają się ze sobą na bieżni. Musicie się przełączać z trybu rywalizacji na tryb współpracy?

W ogóle pod takim kątem o tym nie myślałam. Z dziewczynami znamy się już wiele lat i rywalizujemy ze sobą bardzo często. Jesteśmy mimo to na każdej rozgrzewce razem, razem trenujemy i pomagamy sobie na treningach.
To jasne, że każda z nas walczy o jak najlepszy wyniki i na bieżni robi swoje. Może jest nam potem łatwiej się dogadać, bo walka nie jest kontaktowa - biegamy te 400 metrów na oddzielnych torach… Znamy się w każdym razie bardzo dobrze. Myślę, że późniejszy start w sztafecie to kwestia wypracowanego zaufania. Czekając na odbiór pałeczki rozpoznaję, czy koleżanka, która mi ją podaje jest mocno zmęczona. To widać. Ja też mam swój styl - gdy mam dość na ostatniej prostej, podobno zamykam oczy…
(śmiech).

A z którąś dziewczyn trzymasz się szczególnie blisko?

Na obozach zawsze jestem w pokoju z Justyną (Święty-Ersetic – przyp. red.), znamy się już 10 lat, jesteśmy trochę jak siostry. Ja byłam świadkową na ślubie Justyny, Justyna na moim. Przed ślubem śmiałyśmy się zresztą, że skoro nie mamy kiedy ćwiczyć pierwszego tańca z naszymi przyszłymi mężami, to zatańczymy razem.

Niedawno odbył się 1. Memoriał Ireny Szewińskiej, od 43 już lat rekordzistki Polski na Twoim koronnym dystansie. Co trzeba zrobić, by dziś biegać w okolicach 49 sekund? Czy to jest kwestia talentu Szewińskiej? Czy może ten rezultat jest w waszym zasięgu?

Irena Szewińska miała ogromne predyspozycję do biegania 400 metrów i ogromny talent. Dochodziła do tego dystansu przez lata, miała znakomite rekordy w krótszych sprintach. Co do tego, ile nam do niego brakuje - Justyna w zeszłym roku pobiegła już 50.4 sekundy. Myślę, że jest to kwestia ciężkiego treningu i cierpliwości. Ja dwa lata stałam w miejscu, bo biegałam po 51.7, a jednak po dwóch sezonach pobiegłam 51.17. Uważam, że również mnie stać na łamanie 51 sekund. Na taki wynik musi się oczywiście złożyć wiele czynników, przed wszystkim zdrowie oraz to, żeby głowa zagrała z organizmem. Ale jedno jest pewne – bieg Justyny z mistrzostw Europy pokazał nam wszystkim, że każdą dziewczynę ze sztafety stać na szybkie bieganie.

Fot. Marta Gorczyńska