12 września 2007 Redakcja Bieganie.pl Sport

Wywiad z Markiem Troniną i Konferencja Flora Maratonu Warszawskiego


A172_524.jpg

Kilka dni temu, odbyła się konferencja Fora Maratonu Warszawskiego. Zaproszono na nią przedstawicieli głównych sponsorów. Przy stole zasiedli (od lewej): Anna Solarek z The Coca Cola Services, Wojciech Tomczak z Unilever Polska, Zenon Dagiel z Biura Sportu Miasta Warszawy, Maria Cieślikowska z Carrefour Polska, Marek Tronina Dyrektor Fundacji Maraton Warszawski. Konferencję poprowadził Paweł Homa z Polskiego Radia.

Na stole konferencyjnym widać m.in postać biegacza. Jest wykonana z czekolady i częściowo pokryta 24-karatowym złotem. Przygotowała ją firma Wedel. Zaprezentowano koszulki Maratonu oraz biegu charytatywnego Herbalife Run.

Z ostatnich informacji od organizatora wynika, że do startu zgłosiło się już ponad 2500 biegaczy (w tym prawie 400 z zagranicy). Być może będzie zatem szansa na pobicie rekordu frekwencji. W najbliższych dniach redakcja bieganie.pl postara się przedstawić więcej informacji związanych ze zbliżającą się imprezą.

Dzisiaj – wywiad z Dyrektorem Maratonu Markiem Troniną.

A130_423.jpg
Adam Klein (bieganie.pl): Ponieważ nie lubię przemilczania spraw ani tematów tabu, więc na początku chciałem powiedzieć, że w 2002 roku pisałem pod adresem Marka niepochlebne teksty na naszym forum. Przyznam, że wtedy wydawało mi się, że nie powinien on być szefem organizacyjnym maratonu. Jednak kilka ostatnich lat pokazało, że się myliłem i moje oceny i opinie formułowane pod jego adresem były błędne. Swoimi działaniami, konsekwentnym podnoszeniem poprzeczki organizowanych imprez, stworzeniem Magazynu Bieganie, Akademii Maratonu, pracą nad popularyzacją biegania pokazał, że jest rzeczywiście poświęcony sprawie, wierzy w to co robi i robi to nie dla krótkoterminowych korzyści.
Więc chciałem Cię Marek publicznie przeprosić za tamte teksty.


1. Adam Klein: Czujesz się biegaczem?

MT: Pewnie. Nawet dziś rano (4 września) udało mi się wreszcie po raz pierwszy od ponad roku wyjść pobiegać o świcie.

2. AK: Kiedy zacząłeś biegać, jak do tego doszło ?
MT: To było 25 grudnia 2001 roku. W nocy z Wigilii na Boże Narodzenie spadł straszny śnieg. Taki, że nie dało się w zasadzie nigdzie ruszyć. I ponieważ w sposób niezaplanowany zostaliśmy w domu na Święta, a śniegu było mnóstwo, to wziąłem narty biegowe i poszedłem do lasu pobiegać. Następnego dnia też. Tak udało mi się wtedy wychodzić dzień po dniu. A to na narty, a to na bieganie. Potem w styczniu 2002 roku pojechaliśmy w Dolomity. Tam co roku odbywa się bieg na nartach na dystansie 70 km – Marcialonga. To tam jest wielkie święto, tłumy ludzi oglądają tych biegaczy. I wtedy jakoś tak postanowiłem zrealizować marzenia aby przebiec maraton, do którego przymierzałem się kilka razy. Biegałem oczywiście wcześniej, ale nie tak regularnie jak po tym 25 grudnia. No i właściwie w 4 miesiące później stałem na starcie maratonu w Krakowie. To był pierwszy Maraton w Krakowie i także mój pierwszy maraton w ogóle.

3. AK: Czyli od momentu odkąd zacząłeś biegać do momentu kiedy stałeś się organizatorem minęło bardzo mało czasu.

MT: Tak, pierwszy maraton organizowałem 26-go października 2002 roku, ale zanim go organizowałem to zdążyłem przebiec już trzy.

4. AK. Kiedy w takim razie teraz ostatnim razem biegłeś maraton i jaka jest Twoja maratońska życiówka?
MT: Ostatni raz niestety w sierpniu 2005 roku w Gdańsku, Maraton Solidarności. Planowałem w Pucku w tym roku, ale niestety nie udało się – kontuzja kręgosłupa. Teraz jadę do Wilna i tam pobiegnę pewnie w
półmaratonie. Natomiast życiówka to 3:45, jeszcze z 2002 roku.

5. AK: Mocno się do niej przygotowywałeś?
MT: No to był chyba jedyny maraton, do którego byłem rzeczywiście przygotowany tak jak należy. Gdybym miał wtedy więcej oleju w głowie, lepszą pogodę i szybszą trasę to było by z 10 minut szybciej. Ale ponieważ pierwszą połówkę biegłem po 5 min/km to się musiało skończyć tak jak się skończyło.

6. AK: Jakie są twoje sportowe korzenie, trenowałeś coś w szkole?
MT: Po prostu lubiłem sport. Jesteśmy chyba z tego samego rocznika, prawda?

7. AK: Tak
MT: No właśnie, a sport w latach naszego dzieciństwa był czymś znacznie ważniejszym niż teraz. Dla młodych ludzi była to jedna z bardzo niewielu rzeczy, które mogły ich zafascynować. Alternatywnych dróg było niewiele. Wiec sport i śledzenie tego co dzieje się w sporcie było czymś naturalnym. Ktoś kto się sportem nie interesował był dziwakiem. Mieszkałem na wsi, tam wiele możliwości uprawiania sportu w sposób zorganizowany nie było, poza zajęciami WF, SKS i klubem piłkarskim. Chodziłem do liceum sportowego ale nie do sportowej klasy. Mimo to miałem lepszy dostęp do zaplecza sportowego i poza WF-em sobie jakąś dodatkową godzinę zawsze organizowaliśmy. No i cały czas coś robiłem, ale nie uprawiałem nigdy jakiejś jednej konkretnej dyscypliny sportu. Przez jakiś czas – ale to krótko – byłem u nas na wsi bramkarzem w klubie piłkarskim.

8. AK: A jak to się stało, że stałeś się dziennikarzem sportowym ?
MT: Sport cały czas mnie interesował i trochę się na nim znałem. Kiedyś moja żona powiedziała, że jest konkurs na dziennikarzy i komentatorów sportowych w Telewizji Polskiej, bo tylko taka wtedy była. To był rok 1993. Zgłosiłem się no i zacząłem pracować w Redakcji Sportowej. I tam spędziłem cztery lata, które były całkiem fajne, pojechałem na igrzyska olimpijskie w Atlancie w 1996 roku, co było dla mnie absolutnym szokiem. Młody człowiek, właściwie bez doświadczenia jedzie na igrzyska. Po igrzyskach przestałem tam pracować, byłem tłumaczem, różnymi rzeczami się zajmowałem.

9. AK: Jakie jest właściwie Twoje wykształcenie ?
MT: Właśnie dziennikarskie. Ukończyłem Wydział Dziennikarstwa UW.

10. AK: No to przejdźmy do bardziej aktualnych tematów. Wydaje mi się, że znam tę historię, ale chciałbym usłyszeć jak wyglądała ona z twojego punktu widzenia? Jak zostałeś organizatorem Maratonu Warszawskiego w tym 2002 roku?
MT: Kiedy już przebiegłem maraton, zacząłem się interesować tym co się dzieje u nas, przeglądałem forum bieganie.pl, maratony polskie. Najpierw zainteresowało mnie dlaczego Maraton Warszawski ma taką raczej średnią opinię wśród biegaczy, no a potem jak się okazało, że ma się w ogóle nie odbyć, zacząłem się interesować dlaczego. Nawiązałem kontakt z Panem Zbigniewem Zarembą, wydawcą Joggingu, który był współorganizatorem jego pierwowzoru czyli Maratonu Pokoju, zacząłem się zastanawiać nad różnymi pomysłami organizacyjnymi, które można by było wdrożyć, jakoś tak się z nim tymi pomysłami dzieliłem. Właściwie tylko przez telefon go wtedy znałem, był jedyną osobą, z którą rozmawiałem na ten temat. Potem przyszło lato i było przesądzone, że tego maratonu już nie będzie. I jakoś na forum bieganie.pl powstała taka dyskusja, że może jednak sami zrobimy. Doszło do takiego spotkania na Służewcu przy torach wyścigów konnych, w którym brały udział cztery osoby (z tym że pamiętam tylko Pawła Zacha, nie pamiętam kim były pozostałe dwie (przyp. od redakcji: sprawdziliśmy –
byli to Nikos i Deck i tak to się jakoś zaczęło. Strasznie mnie to zafascynowało, że jest coś takiego co może być tak fajne, a panuje wobec tego kompletna bezradność, że ludziom, którzy mają to robić nie chce się albo nie potrafią, a miasto, które powinno być naturalnym partnerem też traktuje to jako piąte koło u wozu. Wydawało mi się, że jest to w sumie bardzo łatwe do zrobienia. Z perspektywy czasu patrzę na to oczywiście inaczej, bo to nie jest łatwe do zrobienia, to jest orka, ale dostrzegłem w tym jakiś potencjał, że można z tego zrobić naprawdę fajną rzecz tylko się trzeba trochę przyłożyć.

AK: Chciałem tylko przypomnieć czytelnikom, że tamten maraton odbywał się na dosyć nietypowej trasie, 11 pętli wokół Ogrodu Saskiego i Krakowskiego Przedmieścia i do dziś wiele osób wspomina jego specyfikę, partyzancki klimat. Ale następny maraton to był już maraton zorganizowany można
powiedzieć w pełni samodzielnie na normalnej trasie. Kiedy Ci przyszło do głowy, że to nie przypadek, że zorganizowałeś ten maraton partyzancki i że już się będziesz na stałe zajmował organizacją tego maratonu.
MT: Po tym pierwszym maratonie stwierdziliśmy – udało się. Jedynym celem było wtedy żeby się odbył. I odbył się. Ciągłość została zachowana. Nawet stan wojenny nie przerwał tej ciągłości, a tymczasem w takich okolicznościach miało by się to stać. No i skoro udało się zrobić ten pierwszy, a jak on się odbył to w ogóle jest temat na odrębną książkę, to stwierdziliśmy, że chcemy go robić dalej. Trzeba było stoczyć jednak pewnego rodzaju walkę z poprzednim organizatorem, który kompletnie dał ciała, ale nie uważał, że stracił moralne prawo do organizacji tej imprezy i spokojnie na kolejny rok też złożył wniosek o dotacje. Na szczęście jakiś tam mądry urzędnik się zastanowił i stwierdził, że chyba jest coś nie tak skoro ci zorganizowali nie mając nic, a tamtym mamy pomagać skoro dali ciała? No i jakoś tak wygraliśmy tą walkę. Ale rzeczywiście nie było jakoś wtedy specjalnego klimatu wokół tej imprezy, bo jedna rzecz to powiedzieć „Ok, zorganizujemy”, a druga to zebrać siły, czyli przede wszystkim siły finansowe. Jak zaczynaliśmy chodzić i  kontaktować się ze wszystkimi potencjalnymi sponsorami to wszyscy reagowali podobnie: „Maraton Warszawski? Przecież to już trup to po co się wy tym zajmujecie?” Dosłownie takie słowa. I patrząc z perspektywy czasu robiliśmy po prostu dobrą minę do złej gry. Tamten Maraton, 25-ty, jubileuszowy odbył się jak zawsze we wrześniu, a jeszcze w pierwszej połowie maja nie mieliśmy na niego żadnych pieniędzy. Co więcej, ja myślałem wtedy, że nie będzie żadnych dotacji z miasta.
Teraz już dostajemy, ale wtedy to była niewiadoma.

12. AK: Ilu ludzi pracuje teraz przy organizacji maratonu? Etatowo i woluntarystycznie?
MT: Na stałe w takim pełnowymiarowym wymiarze to jest osoba, która zajmuje się promocją i kontaktami z mediami i ma do pomocy osobę pracującą na pół etatu, mówię tylko o czasie pracy, a nie o formalnym zatrudnieniu na etat czy na pół. Jest osoba, która zajmuje się kontaktem z zawodnikami, aktualizacją listy startowej, odpisywaniem na maile, jest jedna osoba, która zajmuje się sprawami sponsoringu i kontaktów z urzędami, jest osoba, która też można powiedzieć na pół etatu zajmuje się sprawami księgowo-finansowo-biurowymi. Oprócz tego jestem ja choć oczywiście na całego swojego czasu na pewno nie poświęcam na maraton. No i to jest ta grupa, która jest tu częściej niż co drugi dzień lub codziennie. Natomiast oprócz tego są osoby, które mają powierzone zadania, ale nawet tutaj nie przychodzą, bo nie ma takiej potrzeby. Na przykład szef organizacyjny imprezy, który ma za zadanie spiąć to wszystko na miejscu, żeby to wszystko grało. I to jest tabun roboty. Tych kontrahentów i podwykonawców jest dużo.

13. AK: Ile to jest łącznie ludzi?
MT: Wiele spraw outsorcingujemy, bo inaczej nie dało by się tego zrobić na dobrym poziomie. Wiec nawet w wielu firmach nie wiemy ile osób jest przy tym zatrudnionych. Jeśli chodzi o obsługę woluntarystyczną, czyli taką, która jest ubrana w nasze koszulki i to my nimi bezpośrednio zarządzamy, to w szczytowym momencie maratonu to jest jakieś 350-400 osób. Ale dochodzą do tego jeszcze osoby z różnych firm, które realizują pewne zadania.

14. AK: Jakie zadania mają wolontariusze oprócz podawania napojów?
MT: Jest 30 osób do obsługi samej mety, jest przecież biuro zawodów, wolontariusze do obsługi wolontariuszy. Wiec to się zbiera, to tu, to tu. Jest jedna osoba, która jest szefem wolontariatu i przez cały rok jakoś stara się ten wolontariat koordynować. Oczywiście wiadomo, że najwięcej roboty ma przy imprezie, ale mimo wszystko jakoś tam nad tym cały czas trzeba czuwać. Mamy w ogóle taki system jeśli chodzi o wolontariuszy, który się fajnie sprawdził i który możemy każdemu polecić, kto chce zorganizować jakąś imprezę. To jest system liderów, czyli osób które już się jakoś sprawdziły, mają doświadczenia u nas albo gdzieś indziej i które odpowiadają za to, żeby sobie samodzielnie dobrać swoją grupę. Każdy lider zbiera grupę 10-ciu osób, które mu podlegają i takie grupy są przypisane zazwyczaj do jakiegoś konkretnego zadania, z góry wiedzą co będą robić. Oczywiście istnieje możliwość, że zostaną gdzieś tam rzuceni, bo albo skończyli swoje zadania albo gdzieś się tam coś „zapaliło” i trzeba tam iść, ale są też takie grupy które są po prostu tylko w rezerwie. Przychodzą i mają czekać na jakieś zadania.
Taki system jest fajny, bo po pierwsze Ci wolontariusze dobierają sobie takich ludzi jakich chcą i z którymi chcą współpracować, po drugie nie trzeba koordynować naraz 350 osób tylko kontaktujemy się z liderami.
Taka hierarchizacja porządkuje wszystko.

15. AK: Z jakim wyprzedzeniem zaczynacie organizację następnego maratonu ?
MT: Nie wiem czy jest taki moment. Bo mówiąc o maratonie nie mówimy o wszystkim, bo jest jeszcze przecież półmaraton, który jest dokładnie w połowie drogi między dwoma maratonami, choć jak twierdzą niektórzy maraton jest w połowie drogi między dwoma półmaratonami. Tak naprawdę my cały czas jesteśmy przed jakąś imprezą. Sprzątamy po jednej i od razu wkraczamy w drugą. To jest pół roku. Pewnie, że jak jest koniec marca to jest trochę luźniej. No nie, nie jest luźniej, to po maratonie jest trochę luźniej, ale też nie jest, bo są w firmach budżety. Więc zależy jakie elementy bierzemy pod uwagę. Jeżeli elementy finansowe to początkiem jest październik, bo wtedy firmy zaczynają budżetowanie na następny rok, wtedy trzeba się z nimi spotykać i z nowymi, potencjalnymi sponsorami choć z wieloma mamy już umowy wieloletnie. Sprawy związane z promocją to styczeń, bo na półmaraton się to organizuje no i trzeba przygotowywać wiosenną promocję maratonu. Nie ma jednego początku.

16. AK: Jaka część organizacyjna zajmuje największą część budżetu, na co idą największe pieniądze?
MT: Dużą część stanowi budżet na nagrody, raczej na zawodników – nagrody finansowe, zaproszenie zawodników, premie indywidualne, hotele. W zaokrągleniu z półmaratonem to jest jakieś 240 tys. Ale największą część budżetu pochłania ta szeroko pojęta organizacja, wynajęcie wszystkich firm, które nam wszystko ustawiają. W tym roku to jest chyba około 450 tys., to też wyprodukowanie medali, koszulek, mnóstwo różnych rzeczy.

17. AK: A za samą trasę i jej zamkniecie? Coś musicie płacić, czy miasto jakoś się do tego dokłada?
MT: To jest sprawa skomplikowana, chyba najbardziej skomplikowana, walczymy z tym co roku. W tym roku miasto przyznało nam pieniądze na wykonanie i wdrożenie projektu zmiany organizacji ruchu. Czyli dostaliśmy od miasta pieniądze i mamy to zrobić sami, tylko trochę mało tych pieniędzy dostaliśmy. Więc płacimy z pieniędzy miejskich, ale sami też musimy do tego dołożyć. To wykonuje spółka miejska, Zakład Remontu i Konserwacji Dróg. Pomysł na trasę musi najpierw być zaakceptowany przez inżyniera ruchu. Spotykamy się, pokazujemy mapkę. Teraz ponieważ trasa jest taka jak w zeszłym roku to nie mamy o czym dyskutować. Oczywiście zgodę musi wyrazić policja i jeszcze ktoś, ale generalnie jeśli inżynier powie, że
TAK to inni już tego nie negują. Na tej podstawie firma projektowa przygotowuje projekt zmian organizacji ruchu. Czyli rozrysowuje wszystkie znaki na wszystkich skrzyżowaniach i jak muszą być ustawione. I sam ten projekt i jego wykonanie to jest dwadzieścia parę tysięcy złotych. Jedna z lepszych fuch w tym mieście. Jak taki projekt powstanie to musi być zatwierdzony przez wszystkie komendy dzielnicowe, urzędy dzielnic, przez które ma przebiegać trasa. Pragę Północ, Południe, Śródmieście, Żoliborz, Mokotów i Wilanów. I jak wszystkie pieczątki są zebrane to to trafia do inżyniera ruchu i on wyraża zgodę na zajęcie drogi w sposób szczególny. Tak to się nazywa. I z tym papierem możemy zorganizować maraton. Wtedy firma, która posiada odpowiednią ilość znaków, zapór, itp. itd. a de facto jest tylko jedna taka firma czyli wspomniany ZRiKD, zaczyna ustawiać znaki. I to widać już na trzy dni przed maratonem: „zakaz parkowania w dniu 23 września 2007 w tych i w tych godzinach” to oznacza, że ZRiKD to zawiesił na podstawie projektu, oni nie powieszą ani jednego znaku, którego nie ma w projekcie. Wdrożenie tego projektu to jest w zależności od różnych kwestii 60-80 tys. W tym roku trudności potęgują jeszcze wszechobecne remonty na drogach.

18. AK: O policję wy musicie zadbać?
MT: Nie. Policja wykonuje swoją pracę nieodpłatnie. To nie jest tak jak w modelu amerykańskim, że policja jest miejska i miasto ją wynajmuje. Oni dostają projekt, rozpisują go pod swoje potrzeby gdzie jakie patrole mają stanąć, także straż miejska, bo policja sama nie dałaby rady. Zresztą oni się przemieszczają w trakcie biegu, kiedy biegacze już przebiegli przez jakąś część to oni jadą na drugi koniec żeby tam
poczekać.

19. AK: Są jakieś spotkania tych wszystkich służb?
MT: Są spotkania plenarne, ogólne, kiedy ustalamy sprawy koordynacyjne, globalne, ale są i liczne spotkania w mniejszych grupkach, np. tylko z policją, ale policja to jest wiele jednostek, które wprawdzie ze sobą współpracują, ale to są inne podmioty. Stanowisko Kierowania, Wydział Ruchu Drogowego to dwie różne policje. No i jest jeszcze Zakład Transportu Miejskiego, bo trzeba przecież przekierować ileś tam dziesiąt linii autobusowych. No i na to ZTM też robi swój własny, osobny projekt.

20. AK: Jeszcze jakieś instytucje?
MT: Zakład Terenów Publicznych, od nich wynajmuje się teren, np. Podzamcze, na którym jest meta maratonu. U nich trzeba zarezerwować miejsca, które są pod ich kuratelą, np. Plac Zamkowy, tam biegnie
kawałek trasy i na to też musimy mieć rezerwację, bo jeśli ktoś zarezerwował sobie Plac Zamkowy wcześniej no to – „Houston, we’ve got a problem”. Musisz się dogadać z tym kto to wynajął. Mieliśmy na Agrykoli kiedyś taką sytuację, pamiętasz, tam była meta naprzeciwko Zamku Ujazdowskiego, ale alejka i jej część od strony Zamku należy do Zarządu Terenów Publicznych, a teren po drugiej stronie alejki do klubu Agrykola. I ktoś nas ubiegł w zarezerwowaniu tego terenu alejka plus góra. I tak naprawdę nie moglibyśmy mety zrobić. Ale na szczęście dogadaliśmy się jakoś z organizatorem zresztą chyba w ogóle się impreza nie odbyła. Mnóstwo jest podmiotów, jednostek, z którymi coś trzeba ustalać.

21. AK: Brzmi to najbardziej poważnie ze wszystkich problemów organizacyjnych.
MT: Tak, nadal po kilku latach działania jesteśmy na etapie przebijania się przez urzędników. I tak wielu nas już chyba polubiło.

22. AK: Czy uważasz, że miasto widzi już potrzebę istnienia takiej imprezy czy nadal na tym poziomie jest jakiś problem i traktują was jak natrętów?
MT: Nie, natrętów już nie. Ale nadal nie widzą potencjału jaki w tym jest. Niestety często się ludzie w „mieście” zmieniają, co przychodzi nowy człowiek to ma swoje własne wizje i zawsze mija kilka do kilkunastu miesięcy zanim się zorientuje, że ten maraton to jest fajna rzecz. Jak się trafi na człowieka, który rozumie, że dla miasta coś na tym można wygrać to jest super, jak nie – to gorzej. Mieliśmy szczęście, bo jak w Urzędzie Miasta pracował płk. Polko to sam do nas zadzwonił. I sprawy wtedy ruszyły innym tempem, nie powiem, że z kopyta, ale zdecydowanie lepiej. Wtedy Wiceprezydent Stasiak też biegał, dzisiejszy minister. Oni potem odeszli ale następca Stasiaka Pan Chodkiewicz dostał telefon od Polki „-Tam przyjdą do Ciebie takie chłopaki, pomóż im” i do Chodkiewicza mieliśmy wejście w każdej chwili. Przy nas wydzwaniał do różnych ludzi. Ale teraz nie ma na przykład takiego człowieka. I nie mam takiego poczucia, że jest ktoś taki kto powie: „Kurcze, fajną rzecz robicie” . Wiem, że to jakoś tam nieuczciwe, że takimi relacjami się sprawy załatwia, ale w mieście powinna być jakaś ciągłość. U nas tej ciągłości nie ma. Zaczynasz znowu od zera.

23. AK: Zdarza się że polityka utrudnia działania? Ci ludzie są przecież z różnych politycznych nadań.
MT: Ja myślę, że to nawet nie polityka, że ktoś myśli: „A, wy ten maraton robiliście jak Kaczor był prezydentem, to ja wam teraz pokażę”. Nie. Tak nie ma. Ale polityka wpływa w tym sensie, że jest spora rotacja ludzi. Warszawa jest przecież najbardziej upolityczniona. Przychodzą różni ludzie, każdego trzeba się nauczyć, każdy lubi co innego. Czasami jest tak, że jest szef i jego zastępca i jeden i drugi oczekują od nas czegoś innego. I w którą stronę pójść? Jeden mówi: „Eee, poziom sportowy jest nieważny, ważna frekwencja, 10 tys. ludzi na start”. A zastępca mówi: „Wiem, że w Polsce jeszcze nie dużo ludzi biega, ale
trzeba zrobić, żeby tu był wysoki poziom sportowy.” No i ręce Ci opadają. No my byśmy chcieli mieć i jedno i drugie. Ale jest takie powiedzenie: „kasa, misiu, kasa”. No, nie jesteśmy jednak w stanie, z
czego zdałem sobie jednak sprawę, rozruszać wszystkich Polaków. Jesteśmy jednak małą organizacją. Tu by się przydał jakiś narodowy program popularyzacji sportu, ale to jest inna para kaloszy.

24. AK: W ciągu tych kilku lat kiedy dowodzisz maratonem, jakie były według Ciebie największe wpadki organizacyjne? Czy wszystko było idealne i wpadek w ogóle nie było?

MT: Zacznę z innej strony. Imprezą, która nam wyszła w zasadzie perfekcyjnie z naszego punktu widzenia, że nic się nie waliło i siedzieliśmy z rękami w kieszeniach i patrzyliśmy jak ładnie wszystko idzie to był ostatni Półmaraton. Ale to jest jednak dosyć prosta sprawa. Mieliśmy budżet, podwykonawców i czas żeby
dopieścić szczegóły. Natomiast jeśli chodzi o wpadki to oczywiście było ich mnóstwo. Przez dwie pierwsze imprezy to pod koniec stwierdzałem, że „no nie, dzięki, ale ja już tego więcej nie robię, to nie ma sensu”. A
te najbardziej spektakularne wpadki? No myślę, że w 2003 roku, podczas jubileuszowego maratonu, są takie, które mogą przejść do kronik. Na przykład, że na punktach odżywiania nie było stołów. Ja wiem, że zawsze winny jest organizator, ale wszystko było domówione. Miała być jednostka wojskowa i stoły załadowane na samochody. No i nasz człowiek pojechał tam o siódmej czy w pół do siódmej rano, a tam nic nie wiedzą. Są samochody, ale jest w nich zupełnie coś innego, a stoły też są ale stoją gdzie indziej. No i w końcu znalazł się dowódca, który wiedział o co chodzi: „Aa, to myśmy nie załadowali”. No i trzeba było rozładować samochody, załadować stoły, ale w międzyczasie maraton się zaczął no i wtedy trasa była nieprzejezdna. To pociągnęło za sobą konsekwencje. Samochody, które przed biegiem miały rozwieźć napoje na trasę miały polecenie, że jadą do stołów i zostawiają tam gdzie są stoły, ale ponieważ nie było
stołów, to nie mieli gdzie zostawić. Były punkty gdzie niczego nie zostawili. Tam gdzie byli ludzie to ich zatrzymali. No, można sobie wyobrazić jak to wyglądało. A upał był wtedy taki, że strach. Teraz już
wiemy, że pewnych rzeczy nie należy robić, na kim możemy polegać, a z kim raczej ostrożnie.

25. AK: A 'propos masowości biegania. Jakie widzisz perspektywy dla Maratonu Warszawskiego? Nie jesteśmy Berlinem żeby mieć od razu 30 tysięcy ludzi, ale na Run Warsaw chyba udało im się zgromadzić kilkanaście tysięcy. Wiadomo, że to inny dystans, łatwiej jest pobiec, ale to pokazuje jakiś potencjał, że gdzieś ci ludzie są. Jakie widzisz szanse, żeby Maraton Warszawski przebił granice pięć tysięcy w ciągu najbliższych lat.
MT: Ja już przestałem operować w kategoriach liczb i ścigać się z tym elementem jakim jest frekwencja. Nie znaczy, że ona nie jest ważna. Jest. Ale przestaliśmy poddawać się magii liczb, wyimaginowanemu wyścigowi z Poznaniem. Bo przez pewien czas naprawdę się na tym koncentrowaliśmy i pochłaniało nam to strasznie dużo energii. Naszym celem powinno być przede wszystkim organizowanie fajnej imprezy. Żeby była medialna, na wysokim poziomie sportowym, żeby ludziom to dawało uczucie, że wzięli
udział w czymś na co warto było przyjechać. A dopiero z tego będzie taki efekt, że następnym razem przyjedzie więcej ludzi. Staramy się tak pozycjonować tą imprezę, aby maraton był takim wyzwaniem, ale
jednocześnie czymś w zasięgu ręki. No, ale z drugiej strony pewnych barier nie przeskoczymy. Ale jak widzę, jak lawinowo rośnie liczba cudzoziemców, którzy się do nas zapisują to świadczy jednak o tym, że
ta impreza jest dobrze oceniana. Jak w tej chwili policzymy na liście startowej tych, którzy już zapłacili, to cudzoziemcy stanowią 25% liczby zapisanych. Wiec to chyba jest jednak potwierdzenie tego, że
robimy fajną imprezę, która spełnia pewne standardy. Natomiast sprawienie żeby to było nie 2 a 3 tys., nie 3 a 5 jest jednak trochę poza nami.

26. AK: Jesteś w stanie powiedzieć ilu będzie zawodników w tym roku?
MT: Co roku mnie pytają, a ja daję się wciągać w taką zabawę. No nie wiem, pewnie więcej niż w ubiegłym.

27. AK: Z tego co słyszałem jesteś jednym z inicjatorów decyzji o nieprzyjmowaniu przez kilka maratonów w Polsce przed biegiem własnych odżywek od biegaczy. Powiedz, co stało za tym pomysłem. I czy to prawda, że Ty byłeś jednym z inicjatorów?
MT: No tak, jednym z czterech. Grupa jest wąska. Dlaczego? Bo rokrocznie te odżywki były powodem zbierania przez nas w sposób zupełnie niezasłużony rozlicznych „ustnych” razów na różnych forach. Że albo zginęła komuś odżywka albo, że zostawił, a była na innym punkcie, albo że były źle ustawione i ktoś
się musiał zatrzymać. Ja wiem, że takie rzeczy się przydają. Ale bardziej psychicznie niż fizycznie. Sam wiem, jak na którymś z maratonów buchnąłem komuś nie swoją odżywkę, bo wyglądała zupełnie jak
moja. Dopiero po iluś tam metrach się zorientowałem, że to miał być jakiś napój izotoniczny, a była woda, ale ją wziąłem i wypiłem. Wiec to nie była wina organizatora. Druga sprawa jest taka, że pracując z elitą
wiem, że mimo, że mają możliwość zostawienia jakichś swoich odżywek to żaden z nich nie zostawił jeszcze nigdy swojej odżywki poza wodą, co też jest zbędne bo wody jest zawsze mnóstwo. Więc na tej podstawie myślę sobie, że skoro zawodnicy z czołówki nie potrzebują swoich odżywek to tym bardziej zawodnicy biegnący w środku stawki, a w każdym razie gdzieś dalej też ich nie potrzebują. Tym bardziej, że zaopatrzenie u nas na trasie jest naprawdę dobre. Na mało którym biegu punkty odświeżania są co 2,5 km więc odwodnić się nie można. Po drugie trasa jest tak zorganizowana, że można mieć osobę, która poda odżywkę na trasie. Wiem, że nie każdy przyjeżdża na maraton z osobą towarzyszącą, ale część osób jednak przyjeżdża. No i mam nadzieję, że w tego powodu wyników gorszych nie będzie.

28. AK: Skomentuję to tylko tak, że zastanawiałem się nad tym i z tą elitą to może być złudne. Jak by
nie było oni na trasie są trochę ponad dwie godziny, a inni czasem cztery, czasem pięć. Więc dla tych, którzy biegną dłużej własne odżywki mogą mieć znaczenie. Choć moje osobiste zdanie jest takie, że przydało by się dobre nawadnianie. Nie myśleliście o tym, żeby wprowadzić zamiast kubków małe butelki ? Picie w biegu z kubka to nie takie proste.
MT: Myśleliśmy o tym. I pomysł padł, ale nie na poziomie ekonomicznym. Przeciwstawili się temu sponsorzy. Bali się widoku miasta zarzuconego butelkami. Pijąc z kubka wyrzucasz go zaraz za punktem odżywania, a z butelką możesz biec nawet kilka kilometrów. To byłyby 42 kilometry butelek. I sprzątnięcie tego było tak naprawdę niemożliwe. To zupełnie inna logistyka niż sprzątanie terenu 300 metrów wokół punktu. I ten argument zadecydował. Wiem, że pewnie można to jakoś rozwiązać, ale na
razie są kubki.

29. AK: Jak przewidujesz medialną oprawę w tym roku?
MT: Partnerem w tym roku jest telewizja nSport i ona będzie robiła relację na żywo z biegu, 8:30 jest początek i potrwa do godziny 12:00. Pewnie z jakimiś przerwami, ale te 3,5 godziny będzie poświęcone na bieg – czyli pokazanie tego co przed startem, start, trasa do momentu w którym ukończą zwycięzcy i będą szybkie dekoracje. Na Podzamczu będzie stał telebim, na którym będzie można na bieżąco śledzić to co się dzieje na trasie. Przy czym on będzie pracował nawet po zakończeniu transmisji w nSporcie ponieważ będą dodatkowe dwie kamery niezależne od telewizji, które będą pokazywać zawodników wbiegających na metę również po zakończeniu transmisji. Tak naprawdę każdy, kto będzie wbiegał na metę
może się zobaczyć na telebimie.

30. AK: Te kamery nSportu będą w jakimś samochodzie który będzie jechał przed czołówką?
MT: Część kamer będzie stacjonarnych, część z motocykla, wóz transmisyjny będzie na Podzamczu. Oprócz tego będzie samochód dla mediów, który będzie jechał przed czołówka. Jeśli chodzi o transmisję telewizyjną to nSport ma wyłączność na transmisję na żywo. I radio WaWa ma też robić wejścia na żywo.

AK: Dziękuję za rozmowę