dasilva
15 stycznia 2022 Aleksandra Konieczna Sport

Vanderlei de Lima – człowiek, który wygrał zdobywając brąz


Choć swoimi poczynaniami pozbawił sportowca najcenniejszego sukcesu w karierze, po latach nadal uważał, że to dzięki niemu ten stał się sławny. „Nie byłbyś nigdy w pobliżu gwiazd, gdyby nie ja” – tak mówił mediom Neil Horan. Oglądał ceremonię otwarcia Igrzysk Olimpijskich w Rio i obserwował, jak Vanderlei de Lima sportowiec, którego napadł, zapala olimpijski znicz.

Wraz ze zbliżającym się początkiem olimpijskiej rywalizacji dziennikarze i kibice z całego świata zawsze spekulują, kto dostąpi wielkiego zaszczytu rozpalenia olimpijskiego znicza. Podczas ostatnich letnich zmagań, które rozegrano w Japonii, dokonała tego tenisistka Naomi Osaka. Kobieta, która udowodniła, że można być gwiazdą sportu, mieć niemalże wszystko, a jednocześnie zmagać się z depresją. Jej wybór był więc, podobnie jak wiele innych elementów ceremonii otwarcia, symboliczny. Przed rozpoczęciem olimpijskich zmagań pięć lat wcześniej w Brazylii na giełdzie nazwisk, które rozpalą znicz, pojawili się legendarny piłkarz Pele oraz tenisista Gustavo Kuerten – trzykrotny zwycięzca French Open. Pierwszego z kandydatów, jeszcze przed początkiem imprezy, wyeliminowały problemy zdrowotne. Pele zmagał się z wieloma z nich: miał różne infekcje, przechodził operacje, a w czasie, gdy otwierano najważniejsze zawody świata, miał odczuwać dotkliwy ból mięśni. Znicz zapalił więc inny sportowiec – ten, którego dwanaście lat wcześniej skrzywdził Neil Horan.

To Vanderlei de Lima dostąpił zaszczytu rozpalenia olimpijskiego znicza. Brazylijczyk urodził się w 1969 roku w Cruzeiro do Oeste w stanie Parana. Był jednym z siedmiorga dzieci skromnych rolników, którzy pracowali w polu. Dzieciństwo przyszłego maratończyka opisuje autorka jego biografii – Renata Adrião D’Angelo. Chłopiec, którego narodziny ojciec José miał zgłosić dopiero miesiąc po przyjściu syna na świat, dorastał na polach w Tapira. Na stronie sportowca czytamy, że jako dziecko marzył o poznaniu miast w głębi stanu Parana, a całe dnie spędzał biegając z plantacji kawy i trzciny cukrowej do szkoły. Jego dzieciństwo nie było jednak usłane różami – już jako 7-8 letnie dziecko miał pomagać rodzicom w polu.

Mimo sytuacji, w której się znalazł i doskwierającej biedy, marzył już wtedy o sportowej karierze. Chciał być piłkarzem i grać w czołowym zespole. Jako dzieciak, po dniu pełnym obowiązków wraz z innymi chłopcami zbierał się na polu i grywał na pozycji prawego obrońcy. Piłka nożna – o czym powiedział w rozmowie z rodzimym komitetem olimpijskim, była wtedy jedynym sportem, jaki znał. Jak po latach napisze o nim jedna z gazet – mógł być miernym piłkarzem, a został wybitnym maratończykiem. Jego lekkoatletyczna kariera rozpoczęła się dzięki szkolnemu trenerowi, który pokazał dzieciom, że poza piłką nożną istnieją także inne sporty – w tym lekkoatletyka. To właśnie on miał dostrzec chłopca, który lubił biegać po polach. Oprócz pasji dzieciakowi brakowało jednak wszystkiego, nawet butów. Dlatego pierwsze tenisówki miał otrzymać od dyrektora swojej szkoły – dostał je jako reprezentant placówki w rozgrywkach międzyszkolnych. Na kolejne zawody początkowo jeździł nie po to, żeby wygrywać, ale żeby przeżyć coś nowego. Miał potrzebę poznawania świata. Podobno na niektóre ze startów podróżował nawet autostopem.

Pierwsze razy

Brazylijski komitet olimpijski szeroko przedstawia postać de Limy. Opisuje również jego początki, w tym pierwszą wygraną oraz pierwszy… lot samolotem. Po raz pierwszy najlepszy w wyścigu Vanderlei okazał się 15 listopada 1985 roku. Z okazji rocznicy istnienia jednego z małych miasteczek zorganizowano w nim wyścig. Słabo przygotowany do startu chłopak z problemami pokonał dystans 20 kilometrów. Podobno kilka razy musiał się zatrzymywać i przejść kawałek. Mimo tego wywalczył pierwszą lokatę w klasyfikacji młodzieżowej. Zdobył swój pierwszy medal i jak przyznał już jako wielki mistrz – ma go nadal i nadal z dumą go nosi. Pierwsza wygrana rozbudziła jego marzenia i pokazała, że sport, który był nieobecny w życiu jego niepiśmiennych i ubogich rodziców, może być jego wielką szansą. I ta rzeczywiście nadeszła dość szybko.

Dostał propozycję, która odmieniła jego życie – wyjechał do miasta Maringa, w którym dostał ofertę pracy i treningów. Jak przyznawał – sportu nie traktował wtedy jako celu samego w sobie, ale jako narzędzie. Miał on dać mu szansę i otworzyć na nowe możliwości. Nie liczył na nagrody finansowe, walczył o kolejne trofea, by móc znaleźć pracę lub zamieszkać w większym mieście. Jego wyniki były jednak na tyle dobre, że w 1988 roku trafił do klubu sportowego. Przerażeni perspektywą wyjazdu syna rodzice, mimo strachu, nie zatrzymali go w domu. I tym sposobem, po również dość nieplanowanym, ale udanym starcie w mistrzostwach kraju juniorów, de Lima wsiadł do samolotu do USA.

American Dream

Dla młodego, wychowanego w ubogiej rodzinie chłopaka pierwsza podróż samolotem była niezwykłym wydarzeniem. Miał czuć się niczym przed lotem na księżyc. Szykował się do startu w mistrzostwach świata juniorów, które rozgrywano w Kanadzie. Lima przed podróżą do USA, gdzie zawodnicy odbywali ostatnie zgrupowanie przed zawodami, szykował się kupując ubrania. Wspominał, że chciał wyglądać dobrze. Ubrany w sztruksowe spodnie i czerwoną koszulę miał przypominać młodego artystę.

W światowym championacie nie odegrał znaczącej roli. Nie ukończył biegu na dystansie 10 000 metrów, a na 20 km zajął ósme miejsce. Mimo tego poczuł, że sport otwiera przed nim kolejne drzwi. Te rozwarły się szerzej, gdy zmienił klub. Ostatecznie na oścież otworzył je w 1992 roku. Po raz kolejny wystartował wtedy w najsłynniejszym ulicznym wyścigu w Brazylii, czyli Saint Silvester. Wypadł świetnie – wywalczył czwarte miejsce. W tym samym czasie w życiu młodego mężczyzny pojawił się odpowiedni człowiek.

Francuzki królik

Jak to zwykle bywa na drodze przyszłego mistrza musiał stanąć właściwy trener, który go poprowadził. I tak też stało się w tym przypadku, bowiem swoją opieką de Limę objął Ricardo D’Angelo – wtedy młody trener, który wcześniej pracował z kadrą młodzieżową. Po latach opowiadał, że trenowanie de Limy było dla niego przywilejem. Współpraca rozwijała ich obu – jeden dojrzewał jako trener, drugi jako zawodnik. Dwa lata po jej nawiązaniu, czyli w 1994 roku Vanderlei doprowadził do prawdziwej sensacji. Wraz z trenerem, wyznaczając sobie kolejne cele i coraz dłuższe dystanse szykowali się do olimpijskiego startu w Atlancie w 1996 roku. Pierwszy maraton zawodnik miał zgodnie z planem szkoleniowca przebiec dopiero rok przed tymi zawodami. Stało się jednak inaczej.

W 1994 roku we Francji de Lima dostał propozycję wystartowania w maratonie w Reims w roli tzw. „zająca”. Wyścig miał poprowadzić do 21 kilometra, a następnie zejść z trasy. Swoje zadanie wykonał jednak tylko w połowie. Czuł się bowiem tak dobrze, że postanowił biec dalej. I dobiegł do mety jako pierwszy. Uzyskał czas 2:11:06. Gdy skontaktował się z trenerem, to ten miał być na niego zły. Tego dnia miał bowiem jedynie odbyć trening, a nie przebiegać cały maratoński dystans. Złość szkoleniowca nieco zelżała, gdy okazało się, że wygrał zawody. Vanderlei zarobił wtedy również pierwsze poważne pieniądze. Podobno czuł się jak burżuj.

Sukcesy i porażki

Kolejne sezony to wynikowa sinusoida w wykonaniu Brazylijczyka. Przeplatał bowiem wielkie sukcesy olimpijskimi porażkami. W 1995 roku wystartował dwa razy – w Rotterdamie oraz w Berlinie. W stolicy Niemiec w trakcie wyścigu miał zderzyć się z innym zawodnikiem. Ukończył bieg, choć miał odczuwać straszny ból, a na mecie powiedzieć trenerowi, że nigdy więcej nie pokona tego dystansu. Oczywiście słowa nie dotrzymał i w olimpijskim sezonie wystartował w Tokio. Choć nie był faworytem, to odniósł fantastyczny triumf. Z czasem 2:08:38 ustanowił nowy rekord Ameryki Południowej. Na drodze do Atlanty stał się więc jednym z najlepszych na świecie. Celował w pierwszą dziesiątkę olimpijskich zmagań. Los chciał jednak inaczej – po problemach z butami dobiegł dopiero na 47 miejscu.

Rok później zaliczył nieudany start w Atenach. W mieście, w którym miały odbyć się olimpijskie zmagania w 2004 roku, zajął 23 miejsce w mistrzostwach świata. W kolejnym sezonie było jednak lepiej – był drugi w Tokio oraz piąty w maratonie w Nowym Jorku. Przełom przyszedł w 1999 roku, gdy po pierwszy raz w karierze wygrał Igrzyska Panamerykańskie. Znów więc szykował się do startu w imprezie czterolecia. I znów odnosił sukcesy. Do złota dołożył trzecie miejsca w maratonach w Japonii w 1999 roku oraz w olimpijskim sezonie w Rotterdamie.

Australijski dramat

W Sydney Brazylijczyk zaliczył fatalny występ. Do mety dotarł z ogromnymi problemami. Po drodze zatrzymywał się i szedł. Zajął 75 miejsce. Startował bowiem z kontuzją, którą odniósł w Meksyku, gdzie szykował się do startu. Po raz drugi poniósł więc olimpijską porażkę. Cierpienie, którego doświadczył, nie zniechęciło go jednak do rywalizacji. Dwa lata później w świetnym stylu zwyciężył w São Paulo. Rok później znów wygrał w Igrzyskach Panamerykańskich. Te odbyły się w koszmarnych dla startujących warunkach. Ekstremalny upał i wilgoć, które panowały w Santo Domingo, miały sprawić, że zawodnicy mieli ogromny problem z ukończeniem wyścigu. De Lima nazwał każdego, kto dobiegł do mety, bohaterem. Przyznał również, że nigdy nie startował w trudniejszych warunkach. Triumf i bieg miał zadedykować swojemu zmarłemu ojcu.

Znów na ścieżce sukcesów Brazylijczyk wkroczył w rok olimpijski. Tym razem szykował się do startu w Atenach. Droga do Grecji miała wieźć przez Niemcy, gdzie musiał wystartować, by zakwalifikować się do olimpijskie kadry. Do Hamburga mógł jednak nie pojechać. Szukając rozrywki lub też ze zwykłej głupoty de Lima wsiadł na motocykl. Zaliczył upadek i złamał rękę. Zadzwonił do trenera, który najpierw zbeształ go, a następnie kazał po raz kolejny sobie zaufać. Tak właśnie budował latami ich relację – na wzajemnym oddaniu i zaufaniu. Kazał zawodnikowi przyjechać do siebie i zapewniał, że w Hamburgu będzie biegał szybko.

List od trenera

Z ręką na temblaku mężczyzna wykonywał trening zastępczy. Jak się okazało – ten był nad wyraz skuteczny. W Hamburgu okazał się najlepszy. Zwyciężył w dobrym stylu. Światu wysłał więc sygnał, że de Lima gotów jest w Atenach wygrać z całym światem. Przygotowania do najważniejszego wyścigu w życiu Brazylijczyk odbywał w Kolumbii. Przez niemal 60 dni obsesyjnie trenował i analizował każdy element olimpijskiego startu. W głowie miał tylko Ateny. Po doświadczeniach sprzed lat wiedział, jaka trasa i klimat czekają na niego w Grecji. Z dokładnym planem ruszył na podbój świata.

Niestety w decydującym momencie przy zawodniku nie było jego ukochanego trenera – ten nie będąc częścią oficjalnej delegacji, nie mógł zbliżyć się do podopiecznego. Innemu szkoleniowcowi przekazał jednak list, który Vanderlei otrzymał w drodze na start. Trener wyliczał w nim rady dla swojego zawodnika. Kazał mu m.in. pamiętać o odpowiednim tempie, nawodnieniu w trakcie wyścigu, a także tym, by nie tracił nadziei, nawet gdy będzie dość daleko. Dodawał także: „Pamiętaj o trudnym podbiegu na 30 km. Jeśli dobrze się czujesz, podejmij ryzyko, bo jeśli nie ryzykujesz, nigdy nie wygrasz. Moje zaufanie do Ciebie jest ogromne, więc walczmy o cel, o którym marzyliśmy od dawna. Bez względu na to, co się w końcu wydarzy, pamiętaj, że zawsze będziesz miał moje zaufanie i przyjaźń, a także pamiętaj, że podziwiam Cię za to jak wspaniałą osobą jesteś. A więc powodzenia i napijmy się razem piwa po wyścigu”.

Olimpijska inspiracja

Nim opowiemy o tym, co wydarzyło się na trasie ateńskiego maratonu, cofnijmy się do czasów, gdy de Lima był małym chłopcem. Swojemu komitetowi olimpijskiemu opowiadał bowiem o wydarzeniu, które w dzieciństwie wzbudziło w nim marzenia o starcie w imprezie czterolecia. W 1985 roku chłopak miał z oddali spoglądać na ekran czarno-białego telewizora sąsiada. On w domu nie miał takiego, nie miał nawet prądu. Zobaczył wtedy fragment programu sportowego, w którym wspominano olimpijski sukces Joaquima Cruza. W 1984 roku podczas igrzysk w Los Angeles mężczyzna wygrał bieg na dystansie 800 metrów. W programie pokazywano, jak na ramionach z brazylijską flagą wykonywał okrążenie honorowe.

De Lima miał spoglądać na ten obraz jak zaczarowany, choć nie pojmował, czym są igrzyska olimpijskie. Nie potrafił również nawet wyobrazić sobie, że ze swojego ubogiego domu może się na nie udać, ale i tak chciał być jak Cruz. Zapamiętał ten obraz, a kilka lat później zaprzyjaźnił się ze sportowcem, którego podziwiał. Joaquim także w serdecznych słowach, w rozmowach z mediami, wypowiadał się o przyjacielu – wspominał nie tylko ich rozmowy o sporcie i życiu, ale także zaznaczał, że cieszył się, że jego wysiłek nie poszedł na marne, ale zainspirował ubogiego chłopca do walki o marzenia. I to te marzenia miał w głowie de Lima na trasie w Atenach.

Szalony ksiądz

Największym faworytem olimpijskich zmagań miał być Paul Tergat. To nie był jednak dzień Kenijczyka, ale właśnie Brazylijczyka. Czuł się na tyle dobrze, że całkowicie porzucił wszystkie plany i wiedziony swoją intuicją zaatakował już po pokonaniu 20 kilometrów. Prowadził w walce o olimpijskie złoto. Gdy do mety pozostawało ledwie 7 kilometrów, stało się jednak coś, czego nikt nie mógł przewidzieć. Ubrany w pomarańczowy kilt, zielone podkolanówki oraz beret Cornelius „Neil” Horan rzucił się na de Limę. Wepchnął go w tłum i skutecznie zatrzymał. Skoncentrowanego maratończyka, który miał nawet dobrze nie pamiętać ataku, uratował bohaterski mieszkaniec Grecji – Polyvios Kossivas. Odciągnął szaleńca. Brazylijczyk stracił jednak rytm, cenne sekundy, a także doznał skurczy. To wszystko spowodowało, że pod koniec wyścigu został minięty przez dwóch rywali. Dobiegł trzeci i co zaskakujące na mecie nie skarżył się z powodu ataku, ale radował się z medalu.

Wyjaśniał, że tego dnia spełnił swoje marzenie i kolor krążka nie miał dla niego aż takiego znaczenia. Sukces był dla niego cenniejszy niż rozczarowanie. Kim był jednak człowiek, który odebrał Brazylijczykowi ogromne szanse na złoto? To irlandzki, były ksiądz Neil Horan, który rok wcześniej w podobny sposób próbował zakłócić wyścig Formuły 1 podczas Grand Prix Wielkiej Brytanii. Swój kolejny atak miał także planować w 2006 roku podczas piłkarskiego mundialu – ten został jednak udaremniony. Horan miał nietypowe motywy swoich działań. Uważał je bowiem za formę ewangelizacji. Wierzył w nadchodzący koniec świata. Jak wspomina portal sport.tvp.pl miał zwariować do tego stopnia, że głosił hasła jak: „Hitler był dobrym przywódcą” lub chciał zapalać świece w siedzibie gestapo.

Nie chciał łaski

Z powodu dramatycznych wydarzeń de Lima stał się narodowym bohaterem. Mimo problemów nie poddał się i zdobył medal. Rodzimy komitet olimpijski niemal od razu złożył wniosek o przyznanie dwóch złotych krążków. Ten jednak odrzucono. Wynagrodzić krzywdy koledze z reprezentacji chciał także siatkarz plażowy Emanuel Rego. Ponieważ jego duet w Atenach wygrała, to swój krążek chciał oddać maratończykowi. De Lima nie przyjął go tłumacząc, że ma już swój medal. Za swoją postawę otrzymał również wyróżnienie od Międzynarodowego Komitetu Olimpijskiego. Przyznano mu medal Pierre de Coubertina. To wyróżnienie cenniejsze nawet od olimpijskiego złota. Przed Brazylijczykiem otrzymało go niewielu. W tym żeglarz, który w Seulu gotów był poświęcić sukces dla ratowania życia zawodników, którzy wypadli za burtę oraz rugbista, który ocalił życie zawodnika przeciwnej drużyny.

Po marzenia

Gdy de Lima wbiegał na ateński stadion, był dopingowany przez niemalże wszystkich kibiców. Dla wielu z nich tego dnia wygrał. On jednak, jak się zdaje, zaczął wygrywać dużo wcześniej. W chwili, gdy jako mały chłopiec uwierzył, że swój los ma tylko w swoich rękach. Gdy pojął, że z domu bez prądu, jako dziecko niepiśmiennych rodziców pracujących w polu, może zostać legendą. Stał się nią i wiedział, że chce pomagać innym. Karierę zakończył w 2009 roku. Nie zniknął jednak z życia publicznego. W 2008 roku stworzył Instytut Vanderlei Cordeiro de Limy. Organizacja za cel obrała sobie pomoc dzieciom z ubogich rodzin. Sport znów miał być tu tylko narzędziem. Jej przedstawiciele nie szukają jedynie wielkich talentów, ale chcą pomóc każdemu, kto tego potrzebuje. Warunkiem udziału w projekcie jest bowiem odpowiednia frekwencja w szkole i dobre oceny. Na stronie organizacji czytamy: „Ponadto chcemy zachęcić te dzieci do integracji i awansu społecznego, odciągając je od niebezpieczeństw i pokus świata marginalnego”.

Kolejne marzenie de Lima spełnił w 2016 roku. Najpierw otrzymał zaproszenie do udziału w ceremonii otwarcia igrzysk w Rio. Miał bardzo się ucieszyć, ponieważ nigdy nie brał udziału w takim wydarzeniu. Jako maratończyk docierał na imprezy zbyt późno. Tym razem los jednak sprawił, że podobnie jak niespodziewanie opuścił rodzinny dom, niespodziewanie przebiegł pierwszy maraton w życiu, tak samo niespodziewanie zapalił olimpijski znicz. Zaszczytu miał dostąpić Pele. Gdy jednak wyeliminowały go problemy zdrowotne, to de Lima otrzymał telefon z informacją, że ma otworzyć najważniejszą, sportową imprezę świata.

Słowa i słowa

I to właśnie moment, w którym znicz zapalił brązowy medalista z Aten komentował w mediach Horan. Zwariowany ksiądz przemówił po raz kolejny. Manifestował swoje oburzenie, że mimo iż wyraził skruchę, to de Lima nie przyjął jego przeprosin oraz nie chciał się z nim spotkać. Dodawał także, że niejako sportowiec powinien być mu wdzięczny, bo mało kto pamięta mistrzów olimpijskich z poprzednich imprez, a co dopiero brązowych medalistów. Twierdził, że to on uczynił mężczyznę sławnym. Ten jednak dużo ważniejsze słowa od tych Horana usłyszeć miał w szatni, gdy szykował się do wyjścia na stadion.

W pomieszczeniu mieli zgromadzić się artyści oraz wybitni brazylijscy sportowcy. Wśród tych był siatkarz plażowy Tande Ramos – złoty medalista olimpijski z 1992 roku. To on miał zawołać de Limę i wyprowadzić go na środek kręgu, w którym zebrali się zawodnicy. W imieniu wszystkich sportowców powiedział maratończykowi, że jest zasłużonym człowiekiem i wszyscy zgromadzeni są bardzo zadowoleni, że to on został wybrany. Mówił, że były maratończyk ma cieszyć się chwilą, w której będzie reprezentował wszystkich brazylijskich sportowców. Tego dnia de Lima kolejny raz wygrał. Bez wątpienia można napisać, że tego dnia nie zapalił tylko olimpijskiego znicza, ale rozpalił także marzenia tysięcy, a może i milionów kolejnych dzieci. Takich jak on, którym sport otworzył drzwi do zmiany swojego życia. Wystarczyło, że miał marzenia.

Zdjęcie: André Banyai / flickr.com

Aleksandra Konieczna
Aleksandra Konieczna

Pasjonatka sportu, którą bardziej niż listy wyników i cyferki interesują ludzkie historie. Szuka odpowiedzi na pytanie: „jak do tego doszło?”. Zwolenniczka długich dziennikarskich form i opowiadania barwnych historii. W szczególności zajmuje się sportami zimowymi, żużlem oraz lekkoatletyką