Droga do piekła – życie Bena Johnsona po Seulu
6 grudnia 2021 Aleksandra Konieczna Sport

Droga do piekła – życie Bena Johnsona po Seulu


Z pozoru wydawało się, że Ben Johnson jest postacią skreśloną. Z Seulu wyjeżdżał w wielkiej niesławie, po tym jak został złapany na stosowaniu dopingu. Jako pierwszy mistrz olimpijski w lekkoatletyce w historii. Zhańbiony nie usunął się jednak w cień, ale nadal wzbudzał kontrowersje. Sprawdzamy, jak potoczyły się losy Kanadyjczyka po 1988 roku.

Przypomnijmy, że Ben Johnson został oficjalnie złapany na dopingu w nocy z 26 na 27 września 1988 roku. Wcześniej Kanadyjczyk, którego życie nie było usłane różami, w spektakularnym stylu wygrał bieg na dystansie 100 metrów. Ustanowił rekord świata i pokonał Carl Lewisa – swojego największego rywala oraz wroga. Z Korei wyjeżdżał z łatką oszusta, któremu prasa i kibice nie szczędzili gorzkich słów. Wydawało się, że jego historia została zakończona. Johnson postanowił jednak inaczej i spróbował powrotu do sportu.

Machina śledcza

Nim jednak to uczynił, musiał stanąć przed specjalną komisją, która miała rozliczyć jego przewinienia. Komisja śledcza, której przewodził Charles Dubin, pracowała przez ponad 90 dni. Jej obrady wzbudzały tak wielkie emocje, że transmitowano je na żywo w telewizji. Fani z Kanady oraz całego świata chcieli odpowiedzi na pytanie, które postawiła tuż po wykryciu skandalu jedna z gazet: „Ben, dlaczego?”. Śledczy podczas prac przesłuchali ponad 120 świadków, wśród których znaleźli się sportowcy, trenerzy, działacze, lekarze, a nawet członkowie administracji rządowej.

Bardzo istotne były zeznania trenera Johnsona – Charliego Francisa, który przyznał się do podawania swojemu zawodnikowi sterydów anabolicznych. Sposoby, w które dopingowali się jego podopieczni, opisał także w swojej książce, czyli „Speed Trap”. Na jej okładce widzimy finisz Johnsona z Seulu, a w pierwszym rozdziale czytamy, że chwila, w której szkoleniowiec dowiedział się o dyskwalifikacji Bena, była najgorszą w jego życiu. Opisuje także wątpliwości, które nawet dziś trudno wyjaśnić.

Siedem lat

Wyniki testów Johnsona mocno zaskoczyły Francisa. Oczywiście, nie dlatego, że nie wiedział, że jego podopieczny stosuje niedozwolone substancje. Był jednak zdziwiony tym, jaki środek wykryto we krwi zawodnika. Stwierdzono bowiem, że ten stosować miał stanozolol. Trener twierdził natomiast, że Ben nie tylko nigdy nie zażywał tej substancji, ale środki dopingujące odstawił na sześć tygodni przed olimpijskim startem. Według szkoleniowca był to wystarczający czas, by organizm zdołał się z nich oczyścić. Dodawał, że Johnson sterydy przyjmował od siedmiu lat, dlatego dokładnie wiedział, jak one działają. W związku z tym wysnuł przypuszczenie, że ktoś musiał podać Kanadyjczykowi napój zawierający stanozolol bez jego wiedzy.

Trener na łamach swojej książki przywołuje także słowa, które po przyłapaniu Johnsona miał wypowiedzieć kanadyjski minister sportu. Ogłosił, że wpadka zawodnika jest powodem do „narodowego wstydu” oraz deklarował, że Ben nie będzie startował w barwach Kraju Klonowego Liścia. Jak się okazało, były to słowa rzucone na wiatr.

Starzy znajomi

Kara Johnsona skończyła się 24 września 1990 roku. Zawodnik szybko po tym wydarzeniu ogłosił, że zamierza powrócić do rywalizacji. Zapowiadał, że chce odzyskać tytuły oraz rekordy, których go pozbawiono. Do startów szykował się pod okiem Percy’ego Duncana – ponad 70-letniego dawnego mentora Charliego Francisa. Johnson mógł z optymizmem patrzeć w przyszłość, ponieważ 28 września 1990 roku Kanadyjski Komitet Olimpijski ogłosił, że może on ponownie zostać członkiem narodowej reprezentacji, a także wziąć udział w igrzyskach w Barcelonie w 1992 roku.

Kanadyjczyk do startów powrócił już w lutym 1991 roku w sezonie halowym. Jego zwieńczeniem były mistrzostwa globu rozegrane w Sevilli. Ben wystartował na dystansie 60 metrów. Po biegu mógł czuć rozczarowanie, bo z czasem 6,61 wywalczył czwartą lokatę. Brązowy Chidi Imoh z Nigerii pobiegł 6,60. Obok niego na drugim stopniu podium stanął stary znajomy Johnsona. Srebro wywalczył Brytyjczyk Linford Christie – pierwotnie trzeci na mecie biegu na 100 metrów w Seulu.

Benie, znów?

W sezonie letnim Johnson startował niewiele. 5 lipca w Austrii 100 metrów pokonał w czasie 10,31 – przy dawnych wyczynach tego zawodnika był to nie sprint, a trucht. Mimo tego zakwalifikował się do udziału w biegu sztafetowym 4×100 m, który rozegrano podczas mistrzostw świata w Tokio. W stolicy Japonii wystąpił na pierwszej zmianie finałowego wyścigu. Kanadyjczycy zmagania zakończyli na ostatniej pozycji. Wygrali Amerykanie, w których składzie wystąpił Carl Lewis. Pobili rekord świata. Zapowiedzi Johnsona o powrocie do dawnej formy coraz silniej brzmiały więc jak mrzonki.

Kiepską formę potwierdził występ Johnsona w Barcelonie. Powrót do olimpijskiej rywalizacji był dla Kanadyjczyka wyjątkowo nieudany. W swojej serii półfinałowej zajął ostatnią lokatę. Czas, który uzyskał był o niemal sekundę gorszy od tego, z którym zwyciężył cztery lata wcześniej. Musiał więc obejść się medalowym smakiem. Być może to właśnie tak słaby występ, po raz kolejny pchnął Bena w stronę dopingu. W 1993 roku dziennikarze i kibice znów mogli bowiem zapytać „dlaczego?” – zawodnik krótko po świetnym starcie w biegu na 50 metrów został zdyskwalifikowany. Okazało się, że zażywał testosteron.

Last dance

Tym razem Johnson otrzymał zasłużoną i bolesną karę – spadła na niego dożywotnia dyskwalifikacja oraz słowa ministra sportu, który w ironiczny sposób miał zaproponować, by wrócił na Jamajkę, gdzie się urodził. Sześć lat później, czyli w 1999 roku, uznano jednak, że przy dyskwalifikacji zawodnika doszło do proceduralnych błędów i pozwolono mu wnieść apelację. Oznaczało to, że mógł startować w Kanadzie, o ile nie będzie podejmował rywalizacji. Dlatego też, co opisuje Mike Rowbottom, w czerwcu Johnson wystartował w Kitchener. W samotnym biegu dystans 100 metrów pokonał w 11 sekund. Pod koniec roku wpadł po raz trzeci – tym razem w nadzwyczaj dziwny sposób. W związku z tym, że nie brał udziału w rywalizacji, to test wykonał na własną prośbę. Wykryto, że w jego ciele znajduje się hydrochlorotiazyd – środek moczopędny, który mógł służyć do usuwania z organizmu innych substancji.

Gdy wydawało się, że Ben na zawsze zniknie z pierwszych stron gazet, on znów zdecydował się zaskoczyć świat. W 1999 roku podjął pracę jako trener piłkarza, a zarazem syna pułkownika Muammara al-Kaddafiego – ówczesnego przywódcy Libii. Co ciekawe, Johnson przyjmując ofertę miał już doświadczenie w pracy z piłkarzami. W 1997 roku, o czym wspomina portal CBS News, współpracował z Diego Maradoną na Uniwersytecie w York. I to właśnie legendarny piłkarz miał polecić go Libijczykom. Rok później Johnson wziął także udział w nietypowym wyścigu charytatywnym – w pojedynku z koniem oraz samochodem zajął trzecią pozycję.

Libijski koszmar

W 2013 roku Johnson udzielił bardzo osobistego wywiadu gazecie „Daily Mail”. Swoje życie od czasu dyskwalifikacji w Seulu do chwili spotkania z dziennikarzami określił w trzech słowach: „Droga do piekła”. Jednym z jej etapów niewątpliwie była praca w roli szkoleniowca Al-Saadi Kaddafiego, za którą Johnson, według nieoficjalnych informacji, miał otrzymać kwotę nawet 400 tysięcy dolarów. Jego celem, gdy przyjmował ofertę, o czym mówił „Toronto Globe and Mail”, było uczynienie z podopiecznego „maszyny do piłki nożnej”.

O tym jak ważnym dla Libijczyków sportem była piłka nożna, w 2000 roku pisał na swoich łamach „The Guardian”. Powołując się na fragmenty książki Justina Marozzi wskazywano, że to właśnie ten sport jest głównym tematem życia towarzyskiego w Libii. Mieszkańcy tego afrykańskiego państwa w szczególności mieli upodobać sobie klub Manchester United. Według przytoczonych przez Marozziego danych, mecze, które rozgrywano w Trypolisie (stolicy państwa), miały przyciągać ponad 100-tysięczną publikę. Ponieważ zawodowym piłkarzem zdecydował się zostać syn pułkownika Kaddafiego, to właśnie w ten sport zaczęto jeszcze silniej inwestować środki pozyskiwane z wydobycia ropy naftowej. W powietrze wystrzeliwały kolejne stadiony, a do kraju oprócz Johnsona ściągnięto innych fachowców – jak Carlos Bilardo, który w 1986 roku poprowadził Argentyńczyków do złota mistrzostw świata.

Uprowadzony samolot

Praca w Libii pozwoliła Johnsonowi od środka zobaczyć, jak wyglądały działania reżimu, który upadł w 2011 roku. W rozmowie z „Daily Mail” Kanadyjczyk opowiedział o kilku dramatycznych sytuacjach, których był świadkiem. Wspominał, że gdy wraz z podopiecznym jechał przez miasto w kordonie samochodów, to w dach auta Al-Saadiego dłonią uderzył niezadowolony z funkcjonowania państwa człowiek. Mężczyzna natychmiast został aresztowany i brutalnie pobity. Johnson wspomina, że musiał błagać o łaskę dla pojmanego, ponieważ obawiał się, że ten zostanie pobity na śmierć.

Kanadyjczyk miał być również świadkiem sytuacji, w której libijscy ochroniarze próbowali przemycić dwie torby broni na Maltę. Innym razem Kaddafi miał zarekwirować samolot specjalnie dla Johnsona. Sprinter przebywał w Rzymie, ale jego pracodawca uznał, że chce go zobaczyć szybciej, niż to planowali. Kazał mu pojechać na lotnisko. Jak się okazało – Ben i managerka sportowa, z którą mężczyzna podróżował, zostali jedynymi pasażerami 500-osobowego samolotu. Johnson w rozmowie z dziennikarzami wspominał także o bardziej prozaicznych kwestiach życia w Libii. Nudzie, która mu doskwierała. Całych dniach spędzanych w hotelu na oglądaniu telewizji oraz serwowanych potrawach, w tym mięsie z wielbłąda, które miało smakować jak wołowina.

Reklamowy skandal

Przyglądając się historii Bena Johnsona, warto zauważyć jeszcze jedną kwestię – o ile w Kanadzie był on postrzegany negatywnie, o tyle w Japonii miał być traktowany niczym postać z kreskówki. W Kraju Kwitnącej Wiśni brał udział w wielu projektach – startował z żółwiami, gonił po boisku aktorów telenowel lub próbował biegać po dnie basenu z przypiętym ciężkim pasem. W 2006 roku doszło do kolejnego skandalu z udziałem Johnsona. Wystąpił w reklamie napoju dla sportowców o kontrowersyjnej nazwie – „Cheetah Power”. Łatwo powiązać ją ze słowem „cheat”, czyli „oszukiwać”. W reklamie opowiadał, że gdy biega to „Cheetah all the time”. Johnson udział w kampanii traktował jako nowy rozdział w swojej historii – dla Associated Press mówił: „Ludzie popełniają błędy w życiu, ale podobnie jak wiele innych współczesnych gwiazd sportu, potrafią odwrócić swoje życie i robią to. Zrobiłem to”.

W 2017 roku kolejna z firm zatrudniła go do promowania swojego produktu, czym poruszenie wywołała nawet wśród australijskich władz. W reklamie nowej aplikacji mobilnej przygotowanej przez Sportsbet – australijskiego bukmachera – Johnson został ukazany jako mistrz olimpijski (na dole ekranu pojawił się dopisek, że był nim przez 48 godzin). W spocie informował, że aplikacja jest „nieuczciwie szybka”. Obok Kanadyjczyka w materiale pojawili się także: mężczyzna stylizowany na Lance’a Armstronga, chińska pływaczka i ciężarowiec. Wymowa produkcji była więc dość jednoznaczna. Zareagował na nią australijski minister sportu, który nazwał ją „niepoprawną”. Ostrzej wypowiedział się jeden z senatorów, który złożył także wniosek o zbadanie spotu przez organizację nadzorującą media. Mówił: „Ta reklama jest zła na wielu płaszczyznach. Usprawiedliwia stosowanie dopingu, zachęca do hazardu i kierowana jest głównie do nastolatków”.

Odmieniony faraon

O zwycięzcy „najbrudniejszego wyścigu w historii” głośno zrobiło się także w 2010 roku, gdy ogłosił, że wyda swoją autobiografię. W jej spokojniejszej części opisywał wydarzenia z pamiętnych igrzysk, swoją dyskwalifikację oraz znów twierdził, że ktoś podał mu napój ze środkiem dopingujący. Argumentował, że jego dawka była wręcz zabójcza, więc nie przyjął jej dobrowolnie. Druga część książki „Seoul to Soul” jest znacznie bardziej kontrowersyjna. Współautorem opowieści o życiu Kanadyjczyka był Bryan Farnum, który określał siebie jako osobę umiejącą czytać w „ludzkich duszach” oraz potrafiącą komunikować się z duchami. I to właśnie on wyjaśnił Johnsonowi, skąd wzięły się jego problemy. Te, co opisuje portal macleans.ca, miały według „medium” rozpocząć się… w starożytnym Egipcie. Farnum uznał bowiem, że Johnson jest jednym z wcieleń faraona Cheopsa. Carl Lewis miał być natomiast jego odwiecznym rywalem.

Trzy lata później zawodnik zajął się kolejną aktywnością – tym razem został twarzą globalnej kampanii antydopingowej. Trasa akcji „Choose the Right Track” trwała aż trzy tygodnie i obejmowała cztery kontynenty. Jej organizator Jaimie Fuller (biznesmen, producent odzieży sportowej) wraz z Johnsonem odwiedził Wielką Brytanię, USA, Australię oraz Japonię. Ostatnim przestankiem całej trasy był stadion w Seulu, na którym Ben pojawił się dokładnie 25 lat po pamiętnym biegu. Znów ustawił się w blogach i znów pobiegł po szóstym torze.

Medialne ukrzyżowanie

Za swój udział w kampanii antydopingowej Johnson nie otrzymał wynagrodzenia. Mediom tłumaczył, że chciał wysłać młodym sportowcom przesłanie, by ci nie stosowali środków dopingujących. Udział w projekcie miał być również drugą szansą dla niego samego. W rozmowie z Reutersem wyjaśniał, że żaden rodzic nie powinien przeżyć tego, co spotkało jego matkę, gdy został wyrzucony z Seulu. Zauważał, że ludzie, którzy popełniają ciężkie przestępstwa, po prostu trafiają do więzienia i z czasem je opuszczają, tymczasem on został przez media „ukrzyżowany”. Dodawał także, że w 1988 roku był tak szybki, że i bez dopingu zdobyłby olimpijskie złoto.

Rok później Ben Johnson wsparł podczas kampanii wyborczej Roba Forda – byłego burmistrza Toronto, który w 2014 roku walczył o reelekcję. Polityk wzbudzał ogromne kontrowersje, ponieważ w przeszłości uzależniony był zarówno od alkoholu, jak i narkotyków. Spotykając się z Johnsonem, portalowi „National Post” wyjaśniał, że wspiera byłego zawodnika oraz uważa, że każdy popełnia w życiu błędy. Trudno jednak nie zauważyć, że Ben Johnson błędy popełniał wielokrotnie, a medialny lincz zgotował sobie niejako na własne życzenie. Dziś Kanadyjczyk zniknął z życia publicznego. Pozostaje wierzyć, że przypadki dopingu w sporcie także będą coraz rzadsze, a kolejnych sportowców nie będzie czekała droga do piekła, którą sami sobie zgotują.

Aleksandra Konieczna

Pasjonatka sportu, którą bardziej niż listy wyników i cyferki interesują ludzkie historie. Szuka odpowiedzi na pytanie: „jak do tego doszło?”. Zwolenniczka długich dziennikarskich form i opowiadania barwnych historii. W szczególności zajmuje się sportami zimowymi, żużlem oraz lekkoatletyką