philips
 
19 września 2019 Redakcja Bieganie.pl Sport

Trudne zmiany sztafety II – Zalewski mówi nam o braku powołania


Rozmawiamy z Karolem Zalewskim, najszybszym polskim czterystumetrowcem ostatnich sezonów o jego odczuciach związanych z brakiem powołania do reprezentacji kraju na MŚ w Dosze. W czwartek 19 września sprinter podzielił się swoimi przemyśleniami na oficjalnym profilu na FB. Nam opowiada, jak z jego perspektywy zapadają decyzję o składzie sztafety narodowej.

Czytaj również: TRUDNE ZMIANY SZTAFETY.

Po świetnym sezonie halowym 2018, kiedy to polska sztafeta 4×400 m poprawiła rekord świata, znowu wszyscy byliśmy dumni z „lisowczyków". Tymczasem kolejny rok przyniósł zastój – zarówno w długich sprintach indywidualnych, jak i męskich biegach rozstawnych. Czy za taki stan rzeczy może odpowiadać blok szkoleniowy PZLA? Przypomnijmy, że w marcu w obliczu ryzykownego wystawienia przez związek na Halowe Mistrzostwa Europy tylko 4 sprinterów oraz kontuzji Karola Zalewskiego – w finale zawodów musiał pobiec nominalny płotkarz Damian Czykier. Wtedy głos w sprawie zabrał Rafał Omelko, który skrytykował sposób powoływania zawodników do składu reprezentacji oraz niefrasobliwość trenerów i działaczy. Opisaliśmy to w materiale na Bieganie.pl w marcu b.r.

Teraz, gdy został ogłoszony skład na MŚ, nieoczekiwanie zabrakło w nim najlepszego zawodnika ostatnich dwóch sezonów – czyli Zalewskiego (do sztafety mieszanej 4×400 m powołano Omelko, Łukasza Krawczuka i Wiktora Suwarę). Okazuje się, że wpływ na to miała ocena nie tylko poziomu sportowego, ale i postępowanie dyscyplinarne. Karol ma nie tylko ponosić konsekwencję spóźnienia się na Drużynowe Mistrzostwa Europy, ale również rzekomej odmowy udziału w HME.

W swoim wpisie na profilu społecznościowym Karol opisuje kulisy powołania, czy raczej jego braku na najważniejszą w tym roku imprezę lekkoatletyczną – Mistrzostwa Świata w Dosze. My pytamy go o szerszy kontekst.  zalewskipost 1Karol, opublikowałeś wpis, który pokazuje Twój punkt widzenia i
obnaża wiele mechanizmów rządzących wyborem składu w sztafecie 4×400
mężczyzn. Postaramy się zapytać o zdanie przedstawicieli
PZLA, ale zależy nam również na lepszym
poznaniu Twojego stanowiska. Jak oceniasz swoją formę w tym sezonie? Co było dla Ciebie głównym celem?

Moja forma w tym roku była różna, ze względu na to, że
sezon 2019 jest mocno rozlany w czasie. W tym roku między startami
oprócz czasu na odpoczynek musieliśmy szukać też czasu, żeby „dotrenować" – tak żeby szczyt formy wyrósł na najważniejszą imprezę
2019. Najważniejszymi dwoma imprezami lekkoatletycznym w tym roku dla
nas były sztafetowe mistrzostwa świata w Jokohamie, na których
wywalczyliśmy udział w tej drugiej – czyli mistrzostwach świata w Dosze. Mówię tu o sztafecie mieszanej 4×400 m.

W
jakiś sposób zawodnik dowiaduje się o powołaniu na MŚ? Jak było w Twoim
wypadku? Czy różniło się to od sposobu powołań na inne imprezy, na
których byłeś?

Zazwyczaj ostatniego dnia (lub w dniu następnym), w
którym można wypełniać minima na daną imprezę, pojawia się lista osób
powołanych przez Polski Związek Lekkiej Atletyki. W tym roku owa lista
pojawiła się kilka dni później. Kiedy ujrzał ją mój trener, od razu
zadzwonił, żeby poinformować mnie, że na liście nie ma mojego nazwiska.

Wspomniałeś o sytuacji podczas sierpniowych Drużynowych Mistrzostw Europy – miałeś podobno popełnić jakieś wykroczenie przeciwko regulaminowi?
Czy ktoś powiedział Ci o konsekwencjach spóźnienia na zgrupowanie?

Tak, z przyczyn losowych dotarłem na DME do Bydgoszczy
spóźniony. Ale nie miałem pojęcia o jakichkolwiek konsekwencjach, tym
bardziej że trener sztafety zachowywał się na rozgrzewce przed biegiem
jak gdyby nigdy nic… Dopiero po biegu chłopaków, w którym niewiele
zabrakło do minimum na MŚ, pojawiły się jakieś pogłoski, że zostanę
wezwany na komisję dyscyplinarną.

W Glasgow symulowałeś kontuzję? Odmówiłeś faktycznie udziału – czy trener Lisowski według Ciebie systemowo promuje swoich zawodników? 

Zawsze, kiedy jestem gotowy do biegu głośno o tym mówię,
kiedy coś mnie boli lub wiem, że nie jestem w formie, również. Co do drugiego pytania – przykładów jest pewnie mnóstwo… ale przytoczę ten, od którego zaczęła się
moja znajomość z trenerem Lisowskim. Było to w roku olimpijskim 2016, kiedy
trenowałem jeszcze sprint, ale od czasu do czasu biegałem 400 m. Jako że
miałem indywidualne minimum na IO w Rio na 200 m, trener Lisowski uznał,
że w razie potrzeby mógłbym wspomóc sztafetę 4×400 na igrzyskach.
Zaprosił mnie do Jeleniej Góry na start, gdzie zrobiłem fajny rekord
życiowy 45.84 i wygrałem ten bieg. Jednocześnie osiągnąłem drugi czas w Polsce, zaraz za
Rafałem Omelko.
Potem poleciałem na zgrupowanie przed IO do Brazylii, już w grupie 400
metrów. Tam trenowaliśmy wszyscy razem. Na samych igrzyskach nie
przeszedłem przez eliminacje na 200 m, biegając 20.54.
Chłopaki w sztafecie stanęli na wysokości zadania i w pięknym stylu
dostali się do finału. W dzień finału trener Lisowski powiedział
„wygranego składu się nie zmienia" i mimo zmęczenia chłopaków, którzy
brali udział już w kilku innych biegach, mimo bólu Achillesa jednego z
zawodników, trener składu nie zmienił, a chłopaki pobiegli w finale
sekundę gorzej niż w eliminacjach… Może już wtedy młoda krew pomogłaby
przeskoczyć oczko wyżej? Przypomnę, że udział w tej sztafecie wiązał się z
finansowaniem dalszego szkolenia i stypendium dla zawodnika.

Jakie są według Ciebie perspektywy rozwoju polskich 400 metrów? 

Perspektywy rozwoju polskich 400 m? Po ostatnim biegu w
Chorzowie nabrałem dużo wiedzy i doświadczenia, a przede wszystkim
odwagi – biegnąc za Stevenem Gardinerem
(Gardiner wygrał Memoriał Skolimowskiej z 3. wynikiem na listach światowych: 44.14 – przyp. red.). Dotarło do mnie że bieganie
poniżej 45 sekund jest realne i tak bliskie. Żeby polskie 400 metrów liczyło się,
tak jak kiedyś, na świecie – musimy mieć kilku chłopaków biegających na
poziomie 45.0


Komunikacja na linii związek zawodnicy zawodzi nie pierwszy raz. Niejako w odpowiedzi na post Zalewskiego wypowiedział się w wywiadzie dla sport.pl Krzysztof Kęcki, dyrektor sportowy PZLA – LINKzalewskiwpis.jpeg

Fot. Marta Gorczyńska