philips
 
15 maja 2008 Redakcja Bieganie.pl Sport

Piekło, niebo, piekło, niebo, czyli przypadek Moniki Drybulskiej


Czy Monika Drybulska, tegoroczna Mistrzyni Polski w maratonie pojedzie na Igrzyska? Tak. Nie. Tak! Nie! To znaczy tak. Jednak NIE! A jednak TAK!! Nie, i po trzykroć NIE !! Znacie tę zabawę? To przecież znane z dzieciństwa "Piekło Niebo", tyle że zmodyfikowane. Wygląda na to, że w ten sposób wybiera się skład reprezentacji kobiet w maratonie.

681_423x.jpg

foto: ENTRE.PL

W skrócie: w grudniu 2007 na stronach PZLA pokazują się zasady kwalifikacji dla maratończyków, które w jednym punkcie są ze sobą sprzeczne – chodzi o minimum kwalifikacyjnego do maratonu. Część zawodniczek, żyje w przeświadczeniu, że Mistrzyni Polski z Dębna wystarczy czas 2:37 a inne, że 2:32. Nadchodzi start w Dębnie. Przedstawiciele PZLA oznajmiają, że chyba jednak 2:37. To "chyba" było powiedziane bardzo po cichu, bo Grzegorz Gajdus, trener Moniki Drybulskiej nakazuje jej przed startem: "Monika, biegnij tyle, żeby wygrać i pobiec poniżej 2:37. Monika biegnie w 2:33. Zaraz na stronie PZLA ukazuje się informacja, że nie uzyskała minimum. Ta informacja jednak zaraz znika. Trener Gajdus i jego zawodniczka są utwierdzani w przeświadczeniu, że Monika jednak jedzie. Zaczynają się jednak pojawiać głosy (skąd? czyje?), że Monika jednak nie jedzie. Bieganie.pl przeprowadza wywiad z Bogusławem Mamińskim, w którym potwierdza on, że w kwietniu zebrał się Zarząd PZLA i ustalił, że wysyła Monikę na Igrzyska. Po kilku dniach znowu pojawiają się głosy, że nie jedzie. Podobno zebrać się musi Prezydium PZLA. Zbiera się Prezydium, które obraduje w składzie całkiem nieprezydialnym i decyduje, że… Monika nie jedzie. Ale Bogusław Mamiński przekazuje Gajdusowi informację, że w czerwcu zbiera się kolejny Zarząd i że pewnie pojedzie… itd. itd.

To był skrót, teraz wersja dłuższa.

Wydawać by się mogło, że
wyznaczenie reprezentantów Polski na Igrzyska Olimpijskie na
dystansie maratońskim to prosta sprawa. IAAF podaje minimum, jest
termin, każdy kibic z grubsza wie, kto jest w kraju najlepszy.
Polska dysponuje trzema miejscami, co jeszcze bardziej ułatwia
decyzję. Ale nie. W naszym wywiadzie, który
w całości zaprezentujemy już w niedzielę, Bogusław Mamiński,
kierownik konkurencji wytrzymałościowych PZLA mówi wprawdzie: "-
Reguły
moim zdaniem są bardzo przejrzyste i proste w interpretacji. Uważam,
że sztuczne dyskusje wywołują sami zainteresowani, którzy
mają nieczyste intencję i to chciałbym tu powiedzieć, starają
się naciągnąć PZLA na opłacenie ich przygotowań, a następnie
sprzedać swą formę w komercyjnych startach.
" – ale reguły regułami, a PZLA swoje wie…

Dla jasności: minimum "A" IAAF to dla
kobiet 2:37:00. PZLA twierdzi, że są one
zaniżone, dlatego ustaliło własne minimum – 2:30:00. Z jednym wyjątkiem
– aby utrzymać rangę Mistrzostw Polski, zdecydowano, jak mówi Mamiński: "– Minimum
IAAF jest 2:18 i 2:37, zostawiliśmy je tylko
dla mistrzów Polski w
Dębnie
, jeśli nigdzie indziej minimum PZLA (2:12 i 2:30) nie zrobią
inni zawodnicy
"


Dla pewności spytaliśmy dalej:


"Jaka
jest sytuacja Moniki Drybulskiej? Jedzie na Igrzyska czy nie
jedzie?

Jedzie.
Zgodnie z tym, co ustaliliśmy na Zarządzie 17 kwietnia, trzy osoby
są już zatwierdzone, bo spełniły wymagania.


Czyli
można powiedzieć, że w tym momencie już wiemy, że jest trójka
maratończyków: dwóch chłopaków i jedna
dziewczyna?


Tak.
I to jest zatwierdzone przez zarz
ąd
17 kwietnia tego roku."

Najwyraźniej reguły są jasne tylko dla Bogusława Mamińskiego. 15 maja w siedzibie związku odbyło się zebranie, anonsowane wcześniej jako zebranie Prezydium PZLA. Jednak z naszych informacji wynika, że nie było na nim zasiadającego w Prezydium Sebastiana Chmary (biegł w sztafecie Polska Biega), Jerzego Sudoła przebywającego w Poznaniu oraz Tomasza Lipca przebywającego w więzieniu. Na zebraniu obecni byli na pewno Bogusław Mamiński i Henryk Olszewski. Zebranie ustaliło, że Monika Drybulska nie zrobiła jednak minimum i na Igrzyska nie jedzie. Odrzucono również podanie Doroty Grucy, od lat najszybszej polskiej maratonki, której do podwyższonego minimum PZLA zabrakło 10 sekund !


Po raz kolejny dochodzi do skandalu i absolutnego lekceważenia zawodników. Na stronie PZLA można znaleźć informację pochodzącą z 5-go grudnia, w której Związek informuje, jakie są zasady kwalifikacji Olimpijskich dla maratończyków. Czytamy: "Do maratonu na Igrzyska Olimpijskie zakwalifikowani będą zawodnicy, którzy:

– w terminie 1.09.2007- 30.04.2008r. uzyskają wskaźnik PZLA.
– w 2008 roku, w Mistrzostwach Polski w Maratonie /Dębno, kwiecień 2008/ uzyskają wyniki: mężczyźni – 2:15:00, kobiety – 2:32:00 (tylko Mistrz Polski, w przypadku gdy mniej niż trzech zawodników uzyska wskaźnik PZLA) "

(od Redakcji: w Maratonie wskaźnik PZLA dla kobiet to 2:30:00).

Co jest w tym skandalicznego? To, że ten komunikat jeszcze prawdopodobnie do dzisiejszego dnia wyglądał inaczej. Zmieniono jego brzmienie, możemy się domyślać, że właśnie w efekcie dzisiejszego spotkania. Jak wyglądał ten komunikat w okresie od 5-go grudnia do dziś?

Cyt: "Do maratonu na Igrzyska Olimpijskie zakwalifikowani będą zawodnicy, którzy:

– w terminie 1.09.2007- 30.04.2008r. uzyskają wskaźnik PZLA.


w 2008 roku, w Mistrzostwach Polski w Maratonie /Dębno, kwiecień 2008/
uzyskają wskaźnik IAAF „A” (tylko Mistrz
Polski, w przypadku gdy mniej niż trzech zawodników uzyska wskaźnik
PZLA) "

Jasno – do Pekinu pojadą te zawodniczki, które pobiegną poniżej 2 godzin 30 minut oraz Mistrzyni Polski z minimum IAAF A (czyli 2:37). Potwierdził to kilkukrotnie w rozmowie z nami Bogusław Mamiński. Trener Moniki, Grzegorz Gajdus, przed maratonem w Dębnie uzyskał też informację od Członka Prezydium i Zarządu, Jerzego Sudoła, potwierdzającą, że jest to 2:37:00. Grzegorz Gajdus przykazał więc Monice Drybulskiej, aby biegła spokojnie, tak, żeby wygrać w wymaganym czasie, nie ryzykując samotnego biegu na 2:30. Mimo wszystko Drybulska pobiegła 2:33:42 i do dzisiaj przygotowywała się spokojnie do olimpijskiego startu. Tymczasem po środowym spotkaniu kilku członków Zarządu na stronie PZLA pojawiło się dziwne ogłoszenie: "PZLA informuje, że obowiązują zatwierdzone 12 grudnia 2006 przez Zarząd PZLA zasady kwalifikacji (…) Do Igrzysk zakwalifikowani będą zawodnicy (…) kobiety – 2:32:00 (tylko Mistrz Polski)".


Bogusław Mamiński powiedział dziś bieganiu.pl– "Ja nie zajmowałem żadnego stanowiska, przysłuchiwałem się tylko, proszę pytać Szefa wyszkolenia Henryka Olszewskiego". Henryk Olszewski na to – "Żadna z kobiet nie zrobiła minimum i żadna nie jedzie. W tabelach na dole komunikatu była informacja o minimum 2:32, a nie Minimum IAAF".


681_l.jpgI rzeczywiście, w tabelach znajdziemy informację, że:

"w maratonie mistrz Polski wskaźnik PZLA kobiety 2;32,00, mężczyźni 2;15,00", ale kilka wierszy powyżej jest to minimum IAAF A – 2:37:00, a nie 2:32:00. W dodatku minimum IAAF "A" było zawodnikom zakomunikowane, a potwierdzone w rozmowie z nami przez kierownika dyscyplin wytrzymałościowych PZLA, Bogusława Mamińskiego.


Gdyby nie to, że ta historia w sposób bardzo drastyczny dotyka czyjegoś życia i planów zawodowych, sportowych można by było uznać, że jest wprost komiczna.

Grzegorz Gajdus nie chciał jej komentować, póki nie otrzyma oficjalnego stanowiska od PZLA. Jednak zaniepokojony informacjami od nas skontaktował się z Bogusławem Mamińskim, który powiedział mu, że w czerwcu odbędzie się kolejne posiedzenie Zarządu i… żeby Monika Drybulska jednak trenowała.


O co tutaj chodzi?! Jaki jest klucz? Co to za kalambur?

Przypomnijmy – w zeszłym roku podoba sytuacja miała miejsce w przypadku Pawła Ochala, który zwodzony przez kilka miesięcy od kwietnia do lipca, krótko przed Igrzyskami zorientował się, że… nie ma go na liście jadących na Mistrzostwa Świata, mimo że wcześniej uzyskał potwierdzenie wyjazdu i przez kilka miesięcy szykował się do maratonu w Osace.


Komentarz:

Ktoś powie: 2:30, 2:32 czy 2:37 – co za różnica? Do rekordu Pauli Radcliffe w najlepszym razie brakuje ponad kwadrans, po co w ogóle jechać?

Też się zastanawiamy. Po co zawodnikom ta cała walka, o kwalifikację? To całe poniżanie się przed działaczami, ta ciągła niepewność "jadę czy nie jadę", na jaki termin się szykować i czy w ogóle się szykować, ta zależność od widzimisię nawet niewiadomokogo. Szefa wyszkolenia? Szefa konkurencji wytrzymałościowych? A może od samej Pani Prezes? Czy zawodnik jest w stanie skutecznie trenować w takiej atmosferze? Czy nie lepiej byłoby odpuścić całe te Igrzyska i startować w maratonach komercyjncych? Zapytaliśmy o to kilku zawodników i odpowiedź za każdym razem była taka sama, że jednak reprezentowanie kraju na Igrzyskach Olimpijskich to niezwykły prestiż, honor i warto jest o to walczyć nawet za cenę niezarobienia pieniędzy w komercyjnym maratonie. Władze PZLA zdając chyba sobie z tego sprawę, traktują zawodników jak zło konieczne. W dodatku uważają, że sama kwalifikacja jest dobrem najwyższym i czy, kiedy i jak zawodnik ma zacząć przygotowania do startu docelowego, to już naprawdę mało ważne. Najwyraźniej ustalanie dziwnych zasad daje PZLA władzę nad zawodnikami – na zasadzie, że najpierw ustala się minima, których i tak nikt nie zrobi, a potem decyduje, kogo jednak "puścić". Przecież zdarzają się przypadki, żę zawodnik bez minimów jedzie na międzynarodowe imprezy rangi Mistrzowskiej. Jako przykład, można podać, że podczas poprzednich Mistrzostw Świata, w Helsinkach oraz podczas Mistrzostw Europy w Goeteborgu w maratonie reprezentował nas Rafał Wójcik, który nie miał minimum PZLA.

Jak zapewnia Bogusław Mamiński, reguły są jasne i sprawiedliwe. Kto ma jechać, na pewno pojedzie. I rzeczywiście, zarówno Bogusław Mamiński, jak i Henryk Olszewski, na Igrzyska pojadą, aby zasiąść w loży honorowej. Polskim kibicom pozostanie oglądanie ich na ekranach telewizorów, bo na pewno nie będą mogli kibicować Polce podczas biegu maratońskiego, królewskiej konkurencji Igrzysk. Czasami ze sceptycyzmem słuchaliśmy zawodników żalących się, że inne reguły obowiązują jednych, inne drugich oraz że ustne ustalenia z PZLA wygasają tuż przed wyjazdem na docelową imprezę, bo po prostu okazuje się, że co innego działacze mówią w marcu, co innego w maju. Tym razem mamy potwierdzenie – nagraną dwugodzinną rozmowę z Bogusławem Mamińskim. Już w niedzielę można przeczytać ją w całości na bieganie.pl i ocenić, na ile wiarygodne są deklaracje PZLA.

PZLA tłumaczy się, że nie puszcza zawodników na imprezy, bo nie wypełniają minimów. Ale sami działacze te minima wymyślają. Co gorsza, sami nie do końca wiedzą, jakie i dlaczego. Jak wynika z budżetu PZLA, Ministerstwo Sportu daje na lekką atletykę 12 milionów złotych, do tego kilka milionów dokłada IAAF, kilkaset tysięcy sponsor. Wystarcza na 15-tysięczna pensję Ireny Szewińskiej, na kilkudziesięcioosobową olimpijską ekipę działaczy oraz trenerów, ale najwyraźniej to za mało, aby wysłać do Pekinu najlepsze polskie maratonki.W związku z tym mamy kilka publicznych pytań do PZLA:

– Dlaczego Związek w nieuzasadniony sposób podwyższa minima na imprezy mistrzowskie, we wszystkich kategoriach wiekowych (np. wszystkie minima na ostatnie Mistrzostwa Europy Seniorów lub tegoroczne Mistrzostwa Świata Juniorów, odbywające się… w Bydgoszczy?)

– Kto ustala te minima?

– Czym zajmuje się trener Kadry Maratończyków Tomasz Kozłowski, skoro nie zadbał o tak podstawową sprawę, aby kryteria kwalifikacyjne dla maratończyków były przejrzyste?

– Dlaczego jedni jadą na imprezę z minimum PZLA, inni – z minimum IAAF lub EAA (przykłady – w niedzielnym wywiadzie), a jeszcze inni z minimum IAAF nie jadą w ogóle?

– I w związku z poprzednimi pytaniami oraz świeżą aferą finansową w PZLA: po co w ogóle istnieje Polski Związek Lekkiej Atletyki?