Niezły numer – Angelika Cichocka
1 maja 2020 Kuba Wiśniewski Sport

Niezły numer – Angelika Cichocka


Imprezy międzynarodowe i krajowe, biegi dobre, ale i z jakichś powodów ciężkie, wyścigi z podtekstem, niewidocznym dla najbardziej zagorzałych kibiców. Cykl artykułów „Niezły numer” gromadzi wspomnienia czołowych biegaczek i biegaczy startujących na różnych dystansach. Sprawdzamy, co kryje się za suchymi wynikami, jakie było okoliczności towarzyszące zawodom i jak konkretne biegi wyglądały od środka.

Czołowa biegaczka w historii Polski na średnich dystansach. Wrażenie robią szczególnie jej życiówki na 800 (PB 1:58.41) i 1500 m – w których się od kilku sezonów specjalizuje (PB 4:01.61). Jest również rekordzistą kraju na milę z rezultatem 4:19.58. Tyle wyniki… Pochodząca z Kaszub lekkoatletka ma na koncie kilkadziesiąt medali mistrzostw Polski, nie tylko na bieżni – również w przełajach. Najważniejsze zdobycze to jednak miejsca na podium Halowych Mistrzostw Świata oraz Mistrzostw Europy. Choć zaczynała od żeglarstwa, choć zaczynała trenować bieganie dość późno, choć na jej drodze w ostatnim sezonie wyrosły nowe przeszkody, w tym zamieszanie na linii trener-PZLA i ciężka kontuzja – „Angie” nadal pozostaje w grze o najcenniejsze międzynarodowe laury.

Jeden z najlepszych numerów w swojej karierze odkurzyła dla nas Angelika Cichocka.


TEN START ODBYŁ SIĘ..
podczas Mistrzostw Europy Seniorów w Amsterdamie, 10 lipca 2016 roku.

BYŁAM WTEDY…
w Amsterdamie na dzień przed eliminacjami 1500 m, przyleciałam prosto ze zgrupowania w Sankt Moritz. Czułam, że jestem przygotowana na każdy wariant biegu, ale nie spodziewałam się, że będzie aż taka „czajówa” i…że aż tak odjadę na końcówce samej Sifan Hassan. Fakt, podobno przed Mistrzostwami Holenderka zmagała się z kontuzją, ale moje przygotowania to też swoista sinusoida. (Sifan Hassan to aktualna podwójna mistrzyni świata, która jest od lipca 2019 roku również rekordzistką świata na milę – przyp. red.)

PRZED BIEGIEM…
bardzo się stresowałam, ponieważ na parę dni przed startem złapałam przeziębienie. Pamiętam jak w Sankt Moritz na 4 dni przed biegiem chodziłam od apteki do apteki i szukałam czegoś na zatoki, koniecznie bez pseudoefedryny (Substancja ta widnieje na liście środków zakazanych w sporcie – przyp. red.). Eliminacje miały się odbyć w piątek. We wtorek gorączka i ból zatok. W środę ledwie skończyłam trening w kolcach, a były to 200-tki w tempie powyżej 30 sekund. Dosłownie „zdychałam”, osłabiona wymęczyłam ten trening.
W czwartek cały dzień w podróży i oto jestem Amsterdamie.
Moja pewność siebie spadła niemalże do zera, ale co tam, kto nie ryzykuje…no właśnie.

W TRAKCIE ZAWODÓW…
Eliminacje przeszłam na luzie i awansowałam do finału. Pomyślałam, etap pierwszy zakończony sukcesem, jest finał, a tam już nie ma kalkulacji. Dzień przerwy i czas na grande finale…
Po ponad godzinnej rozgrzewce, przejściu przez call roomy w końcu stanęłam na starcie, serce waliło mi jak młotem, ale byłam niezwykle skupiona. Wystrzał z pistoletu startowego i ruszyłyśmy.
 

Parę szybkich metrów i nagle cała grupa dramatycznie zwalnia, tempo było bardzo wolne. Myślałam sobie, o nie! Muszę być w czołówce, kiedy bieg przyspieszy, muszę być blisko i co…? Zaplątałam się przy bandzie, zamknięta przez dziewczyny, bez możliwości manewru. Nie panikowałam, czułam, że mam pod nogą kawał ciężkiej roboty i przyspieszenie, jak nigdy wcześniej. Biegłam i czekałam na moment w którym „pociąg ruszy”.
500 m do mety byłam ostatnia, Sifan wyszła na prowadzenie a ja starałam się przejść jak najbliżej i się „przykleić” do jej pleców. Na 400 m byłam już w środku stawki, rozkręcałam się po łuku i mocno ruszyłam, żeby na ostatnią prostą wbiec i mieć idealną pozycję do ataku. Z wirażu wybiegłam jak natchniona, minęłam Sifan, ale nie widziałam co się dzieje za moimi placami. Przekroczyłam metę obejrzałam się za siebie i mimo wszystko, nie wierzyłam, nie byłam pewna, czy naprawdę to zrobiłam.

PO BIEGU…
uczucie ogromnej wewnętrznej radości, ulgi i wzruszenia! To są chwile, na które pracuje się wiele, wiele lat, poświęcając wszystko, po to, aby poczuć ciężar medalu na szyi. Każda sekunda po przekroczeniu mety była jak sen. Łzy, szczęście i moja ukochana biało-czerwona flaga, z którą mogłam przebiec parę metrów. Od początku kariery marzyłam o takich chwilach, pomimo tego, że strach i brak pewności bywały silniejsze, ale trenując ciągle z tyłu głowy miałam małą iskierkę, która powodowała, że przełamywałam własne słabości i strach. Aż w końcu udało mi się w 100 % wykonać zadanie – nigdy tego nie zapomnę. Zdobyłam dużo więcej niż tytuł Mistrzyni Europy. Zyskałam wiarę we własne możliwości i wiarę w to, że dopóki walczę, wiem że mogę.
Nie pojechałam świętować, dzień po finale, z samego rana spakowałam walizki i wróciłam na obóz do Sankt Moritz

Kuba Wiśniewski

Pisząc coś o sobie zwykle popada w przesadę. Medalista mistrzostw Polski w biegach długich, specjalizujący się przez lata w biegu na 3000 m z przeszkodami, obecnie próbuje swoich sił w biegach ulicznych i ultra. Absolwent MISH oraz WDiNP UW, dziennikarz piszący, spiker, trener biegaczy i współtwórca Tatra Running.