
Bieganie jest dziś wszędzie. Widzimy je w reklamach, mediach społecznościowych, na ulicach miast, w parkach i podczas weekendowych eventów. Patrzymy na uśmiechnięte twarze po treningu, zdjęcia z medalami, relacje z zawodów, modne stroje i grupy znajomych pijących kawę po wspólnym rozbieganiu. Nic dziwnego, że wielu początkujących myśli o bieganiu jak o czymś prostym, lekkim i przyjemnym. O aktywności, którą wystarczy zacząć, a reszta wydarzy się sama.
Tymczasem pierwszy kontakt z rzeczywistością bywa zupełnie inny. Wychodzisz pobiegać, a po kilku minutach łapie zadyszka. Boli kostka, kolano, łydka. Jest za gorąco, za zimno, za wietrznie. Nagle okazuje się, że to, co wyglądało jak bułka z masłem, bardziej przypomina czerstwy chleb, który trzeba spokojnie przegryźć. I bardzo dobrze.
Bo właśnie w tym tkwi siła biegania. Nie w tym, że jest łatwe, lecz w tym, że uczy cierpliwości,
systematyczności i pokory.
Za pięć dni pobiegnę swój trzeci maraton. Mimo własnych doświadczeń, przebytych kilometrów i dwóch wcześniejszych startów, mam w głowie dokładnie te same pytania, które miałem przed debiutem. Czy wszystko jest dobrze przygotowane? Czy tempo nie za szybkie? Czy nic mnie nie zaskoczy? Czy żołądek nie zrobi psikusa jak ostatnio?
Trenera męczę często o te same rzeczy. Organizacyjnie wiem sporo, ale w środku zawsze pojawia się jakieś „ale”. To chyba naturalne. Maraton budzi respekt nawet wtedy, gdy już go znasz.

Podczas ostatniego Zalando Social Run podszedł do mnie tata małego Stasia i zapytał:
„Panie Tomaszu, czy ten dystans jest trudny? Czy to boli?” To bardzo dobre pytanie. Zwłaszcza dla tych, którzy maraton mają dopiero przed sobą.
Czy maraton jest łatwy? Za nic w świecie. Czy można go lubić? To zależy. Sam bieg bywa brutalny, ale proces przygotowań potrafi dawać ogromną satysfakcję. Poranne treningi, budowanie formy, pierwsze oznaki progresu, coraz dłuższe wybiegania, poczucie sprawczości i świadomość, że robisz coś dobrego dla siebie – to wszystko potrafi wciągnąć.
Jeśli jednak ruszasz na 100 procent swoich możliwości, maraton potrafi zabrać Cię w miejsca, których wcześniej nie znałeś. Podczas biegu spotykasz się ze swoimi słabymi punktami. Bolą nogi, plecy, barki, stopy. W moim przypadku w Walencji uporczywie bolał mnie bark. Jak kiedyś mówił Henryk Szost w podcaście Bieganie.pl – podczas maratonu często odzywa się najsłabszy punkt organizmu.
I jest w tym sporo prawdy.
Maraton wyostrza emocje. Gdy organizm pracuje na granicy, cierpliwość znika szybko. W pewnym momencie zaczynają dokuczać rzeczy, które normalnie nie mają znaczenia. Nierówność asfaltu. Zakręt. Tłum. Przechodnie przecinający trasę. Biegacz, który nagle zwalnia przed Tobą.
Ale jednocześnie widzisz wokół siebie tysiące ludzi, którzy przyszli tam dokładnie po to samo co Ty. Każdy z nich ma własną historię. Ktoś wraca po kontuzji. Ktoś walczy o życiówkę. Ktoś biegnie pierwszy raz. Ktoś biegnie dla bliskiej osoby. Ktoś po ciężkim roku chce sobie udowodnić, że nadal potrafi. Wiesz, ile Ciebie kosztowało dojście do tego miejsca, więc domyślasz się, ile kosztowało to ich. I nagle rozumiesz, że choć biegniesz indywidualnie, nie jesteś sam.

To jedna z najpiękniejszych rzeczy w maratonie. Ludzie wychodzą z domu, stoją godzinami przy trasie, klaszczą, krzyczą, trzymają transparenty, przebierają się, robią hałas, wspierają obcych ludzi. Widzą Cię może przez kilka sekund. Ty mijasz ich w biegu zmęczony, spięty, zamknięty w swoim świecie. A mimo to oddają Ci energię, której nie da się przeliczyć.
Gdy mijasz transparenty z imionami: „Dawaj Ala!”, „Bartek jesteś mocny!”, „Zamówić Ci Taxi?” myślisz sobie: kim są Ci ludzie? Dlaczego im się chciało to przygotować? Odpowiedź jest prosta. Bo chcą docenić wysiłek swoich bliskich. Chcą być częścią ich historii. A przy okazji pomagają tysiącom innych zawodników, których nawet nie znają. Za to zawsze warto podziękować.
Co czuje człowiek w dniu startu? Dumę. Nie znam wielu biegaczy, którzy na starcie albo mecie
maratonu nie przeżyli wzruszenia. To dystans, który nie daje się oszukać. Nie da się go przejść
przypadkiem, wygrać gadką ani kupić na skróty. Trzeba na niego zapracować. Dlatego meta maratonu smakuje inaczej niż wiele innych sukcesów.
Za kilka dni pobiegnę trzeci maraton w ciągu sześciu miesięcy. Jeszcze niedawno trudno byłoby mi to sobie wyobrazić. Do debiutu przygotowywałem się regularnie przez trzy lata. Taką drogę wybrałem spokojną, rozsądną, bez pośpiechu. Potem przyszedł drugi maraton. A teraz trzeci. Czy coś się u mnie zmieniło? Nie. Nadal trenuję regularnie. Chodzę do fizjoterapeuty co jakiś czas. Badam krew. Sprawdzam serce. Pilnuję regeneracji. Łączę to z pracą naczelnego, z byciem mężem i tatą dwóch chłopców.
Nie mam więcej czasu niż inni. Staram się po prostu lepiej nim zarządzać. Jeszcze cztery lata temu ten sam czas oddałbym pewnie na przypadkowe rozpraszacze. Dziś to średnio 60 minut, cztery razy w tygodniu, które oddaję sobie. Głowie. Ciału. Zdrowiu. Wewnętrznemu resetowi.
Nie wiem. Być może część ludzi nazwie to kryzysem, potrzebą zmiany albo szukaniem nowych bodźców. Jeśli tak, to wolę taki kryzys niż bezruch i życie na autopilocie. Bo bieganie nie odbiera. Ono bardzo często porządkuje codzienność.
Nie mówiłbym: „chodź, będzie fajnie”. Powiedziałbym prawdę. Po trzech miesiącach zobaczysz, jak zmienia się Twoje ciało. Po sześciu miesiącach zauważysz, że myślisz spokojniej, kreatywniej i masz więcej energii. Po roku zrozumiesz, czym jest regeneracja i dlaczego nie chcesz marnować nocy bez sensu. Po dwóch latach spojrzysz wstecz i zobaczysz drogę, którą przeszedłeś. I nie będziesz chciał tego stracić.
Bieganie nie jest modą. Nie polega wyłącznie na zdjęciach z parku, nowych butach i kawie po treningu. To sympatyczna otoczka, ale nie sedno sprawy. Bieganie jest drogą. Drogą dla głowy, serca, kości i mięśni. Dla lepszego snu, pewności siebie i ogólnie zdrowia.
Za pięć dni przede mną TCS London Marathon, na który zaprosiła mnie marka New Balance. Do tego startu przygotowuję się po pełnym cyklu półmaratońskim. Mam w nogach setki kilometrów. Moje serce jest już w Londynie. Głowa jeszcze czeka. Jeśli debiutujesz, pamiętaj jedno: nie jesteś sam. Każdy kiedyś zaczynał. Każdy się bał. Każdy miał wątpliwości.
Zachęcam: podziel się swoją historią. Właśnie tak rodzi się inspiracja, która popycha do ruchu
kolejnych ludzi.