NB 1080v12
 
19 sierpnia 2014 Redakcja Bieganie.pl Sport

Maratończycy w Zurychu – co się wydarzyło? [KOMENTARZ]


Wszyscy mieli wobec naszej męskiej maratońskiej drużyny wielkie oczekiwania, nasi zawodnicy jechali tam jako faworyci, a medal w drużynie wydawał się niemal pewny (oto analiza). A jednak nie wyszło. Oto komentarz i opis tego, co wydarzyło się z każdym z naszych czterech zawodników.

Yared Shegumo – tu bezdyskusyjnie należą się brawa. Srebrny medal, pierwszy medal na imprezie klasy mistrzowskiej wywalczony przez polskiego maratończyka. Lekki „positive split” – pierwsza połowa 1:05:34, druga 1:06:26, pewnie pogoda miała też jakieś znaczenie. Dyskusje wokół tego czy Yared (czy Jarek) jest, czy nie jest Polakiem są nie poważne. Czeczeniec byłby ok czy nie ok? Dla fanów MMA Mammed Khalidow jest ok, ale dla fanów lekkiej atletyki Yared Shegumo nie jest? Mam nadzieję, że takich fanów jest mniejszość.

Henryk Szost – Henryk dosyć szybko zaczął słabnąć. Już około 10 km nie był w stanie utrzymać tempa prowadzącej grupy (grupy za Marcinem Chabowskim), mimo, że to tempo powinno być dla niego w pełni komfortowe. Widać było, że coś musiało być nie w porządku. Po nieudanym starcie w Barcelonie cztery lata temu, Henryk zrehabilitował się w na Igrzyskach w Londynie w 2012 roku gdzie był najlepszym Europejczykiem, do Zurichu nie przyjechał wozić się z tyłu, wiosną tego roku pobiegł w Warszawie 2:08:55. Wszyscy rozumiejący zatem tę konkurencję musieli widzieć, że coś musiało się stać. Pytanie co? Otóż jak mówi Henryk nic konkretnego, nic drastycznego. Ale okazuje się jednak, że tych niedrastycznych spraw zebrało się trochę i trudno znaleźć inne wytłumaczenie dla takiego występu Henryka. Te sprawy to: angina na obozie w Szklarskiej przed wyjazdem na zgrupowanie do Sankt Moritz i kuracja antybiotykowa, angina po powrocie z Sankt Moritz i kuracja antybiotykowa, kuracja lekami przeciwbólowymi spowodowana stłuczeniem golenia i krwiakiem we wtorek przed maratonem. Prawdopodobnie ciężki trening tak osłabił układ odpornościowy Henryka że nie był w stanie się normalnie bronić. Preparaty farmakologiczne sprawiły, że ból okolic wątroby uniemożliwiał utrzymywanie normalnego dla Henryka tempa już na pierwszych kilometrach, Henryk biegł do jakiegoś 31 km gdzie osunął się przy jakimś stole z odżywkami gdzie udzielono mu pierwszej pomocy lekarskiej.

Błażej Brzeziński – nie czuł się dobrze już przed startem, sprawił to pewnie mocny cykl przygotowawczy, był przemęczony i od pierwszych kilometrów nie było mowy o utrzymaniu tempa jakie sobie założył. Trudno mu nie wierzyć. Bieg ukończył, ze słabym jak na niego czasem ale ukończył. Liczył na to, że gdyby dwóch Polaków pobiegło bardzo dobrze ale trzeci by nie ukończył, to jego wynik mógł przydać się jednak drużynie do finałowej punktacji drużynowej. Więc biegł z myślą o punktach dla drużyny.

Marcin Chabowski – zostawiłem na koniec bo to przypadek najbardziej skrajny i podejrzewam, że budzący najbardziej skrajne emocje. Trzeba przyznać, że był tego dnia w bardzo dobrej formie. Pokazują to międzyczasy w samotnym biegu. Od 5 do 25 km biegł ze średnim tempem 3:02 min/km, po trudnej, pofalowanej i krętej trasie, w niezbyt optymalnych warunkach pogodowych. Jechał tam z nastawieniem na medal, i patrząc na konkurencję z dużymi medalowymi szansami. Niestety, Marcin Chabowski pisząc, że “zaryzykował” pokazuje, że zupełnie nie rozumie na czym polega maraton. Zresztą to nie jest przypadek tylko Marcina Chabowskiego, ale wielu zawodników wyczynowych tego nie rozumie, włączając Kenijczyków, czy Japończyków którzy potrafią bardzo mocno pobiec od początku a potem padają. Takich przypadków często anonimowych zawodników jest na świecie wiele. Skąd się to bierze? Zawodnik wierzy w to, że wymyślone tempo potrafi wytrzymać. Jeśli nie za pierwszym razem, to za drugim lub trzecim. Takie legendy są kultywowane, bo ten zawodnik trenuje regularnie i staje się lepszy więc w końcu to tempo rzeczywiście wytrzymuje. Ale dla młodszego kolegi to jest wskazówka, że tak właśnie trzeba. Otóż nie trzeba. To jest najkrótsza droga do frustracji i wiecznego poczucia niespełniania. Jeśli zawodnik wie, że jest przygotowany bardzo dobrze, to nie może ryzykować na pierwszych dziesięciu kilometrach ale na ostatnich. Cytując Alberto Salazara: “Maraton to taka konkurencja, gdzie przez pierwsze 32 km to jest zwykły bieg a przez ostatnie 10 wyścig”. Odwrotnie być nie może, bo fizjologia nam na to nie pozwala. Nasze ciało jest w stanie wytrzymać około 90 minut intensywnego wysiłku, bo tylko na tyle wystarczy nam zmagazynowanych węglowodanów. Dlatego musi to być ostatnie 90 minut a nie pierwsze 90 minut. Po to mamy mózg, żeby sterował naszymi poczynaniami w sposób świadomy, kiedy wybieramy strategię biegu i podświadomy, kiedy odcina nam zasilanie na skutek zbyt niskich zasobów glikogenu. Nie wymyślajmy zatem nowych tworów, że Marcin Chabowski przegrał z kolką wątrobową. U niego objawia się to jako kolka wątrobowa, u innego jako skurcze, u innego słabość w kolanach a u innego drgawki. Brak zrozumienia dla zagadnienia którym się zajmujemy zawsze kosztuje ale jeśli ktoś chce to chwalić za “bohaterskie ryzyko” to już nic na to nie poradzę. Mogę tylko powiedzieć, że z powodu prowadzenia portalu mam zawodowy kontakt ze znacznie większą liczbą osób z branży niż większość kibiców LA. I nikt z kim rozmawiałem nie uznał, że to ryzyko miało sens. Ktoś powiedział, że to było jak skakanie na główkę do basenu, w którym nie ma wody. Czy tak obrazowe opisanie zachowania Marcina Chabowskiego jest zrozumiałe? Pewnie wprost nikt z branży Marcinowi Chabowskiemu tego publicznie nie powie czy nie napisze, utwierdzając go być może w przekonaniu, że słusznie zrobił (tylko Jurek Skarżyński na swoim profilu na Facebooku napisał) bo wszyscy Ci ludzie razem żyją, razem jeżdżą na zgrupowania, na zawody, więc muszą się hamować. Ja nie muszę.

Redakcja Bieganie.pl