New Balance 1080v12
nadolska karolina
5 grudnia 2020 Krzysztof Brągiel Sport

Jestem biegowym dziwakiem


Większą część 2020 roku spędziła w Kolorado, swoim treningowym miejscu na ziemi. Do kraju zawrócił ją dopiero uraz kolana. Teraz czeka na zielone światło, żeby ponownie wylecieć w Góry Skaliste i zrobić tam formę na igrzyska. Żeby dowiedzieć się co słychać u Karoliny Nadolskiej, najlepiej do niej zadzwonić, bo nie prowadzi mediów społecznościowych. Lubi ciszę i spokojny trening, który od lat przynosi życiówki. Twierdzi, że to wyniki mają robić hałas, a nie jej zdjęcia na Instagramie. Jedna z najlepszych maratonek w polskiej historii na sportową emeryturę się na razie nie wybiera, bo wciąż wierzy w progres.


Krzysztof Brągiel (Bieganie.pl): Ostatni raz rozmawialiśmy na początku roku, chwilę po pobiciu przez Panią w Walencji rekordu Polski na dychę 32:08. Przyszłość malowała się w jasnych barwach, na horyzoncie był marcowy start podczas Mistrzostw Świata w Gdyni, następnie igrzyska. A potem wszystko się pokręciło. Złe wieści o odwoływanych imprezach zastały Panią w amerykańskiej Alamosie?

Karolina Nadolska: Właśnie niedługo po starcie w Walencji ruszyliśmy z mężem i trenerem zarazem (mowa o Zbigniewie Nadolskim – red.) do Kolorado, w góry, w nasze sprawdzone miejsce. Zrobiliśmy tam siedmiotygodniowy cykl przygotowań do półmaratonu w Gdyni. Już mieliśmy zjeżdżać do Polski, trzy dni do wylotu i wtedy okazało się, że impreza jest przełożona. Byłam w dyspozycji, czułam, że zbliża się czas, żeby wystartować, a miałam zakontraktowane trzy stary w Ameryce, dlatego podjęliśmy decyzję, że jednak zostajemy w Stanach. Łudziłam się, że zanim pandemia dotrze do Ameryki i zanim na dobre się przestraszą, to jeszcze w kwietniu uda się wystartować. No, ale koniec końców odwołano wszystko. Ciągle nie było natomiast wiadomo, co z Tokio. Dlatego zdecydowaliśmy, że zostajemy w Stanach, aż do igrzysk. Wiedzieliśmy, że w Europie robi się strasznie, społeczeństwo zostało pozamykane w domach, a my sobie tam trenowaliśmy w spokoju. Alamosa to mała mieścinka, tam życie toczyło się zupełnie normalnie, bez żadnych ograniczeń, stadion mieliśmy do dyspozycji. Dlatego stwierdziliśmy, że w tym chaosie, który zaczął panować w Polsce, lepiej będzie jeśli nie wrócimy, tylko zostaniemy przez wakacje i zjedziemy przed igrzyskami. No, a potem okazało się, że igrzyska są przełożone…

KB: Jak przyjęła Pani tę decyzję? W mediach społecznościowych wielu sportowców wysyłało dość pozytywny sygnał, że co prawda igrzyska przeniesione, trochę smutno, ale z drugiej strony będzie więcej czasu na przygotowania. 

KN: W zasadzie po przeniesieniu igrzysk wszystko się posypało. Nie ukrywam, że dla mnie to był jeden z trudniejszych momentów w karierze. Zaznaczając, że już kilka lat biegowej przygody mam na karku (śmiech). Trudno było mi się zmobilizować. Dopóki był cel w postaci igrzysk olimpijskich, to była motywacja. Miałam bardzo kryzysowy moment na początku czerwca. Mówiłam sobie, że jeśli na horyzoncie nie pojawi się zaraz jakiś start, to ja nie będę w stanie dłużej funkcjonować w reżimie treningowym. Mój mąż zauważył te problemy motywacyjne i zrobiliśmy sobie reset od treningu. Wyjechaliśmy z naszej mieściny na dwutygodniowe wakacje… Bo trzeba pamiętać, że siedzieliśmy tam już dobre pół roku. Obóz 6-7 tygodni to jeszcze fajnie, ale sześć miesięcy w Alamosie i to jeszcze bez celu – to już było za dużo.

KB: W końcu pojawił się jednak cel na ten rok w postaci Gdyni i jesiennych mistrzostw świata. Tym razem już jednak nie pandemia, ale kontuzja pokrzyżowała plany. Jak wyglądały przygotowania?

KN: Przede wszystkim, mąż i córka musieli wrócić do Europy, bo mieli półroczną wizę turystyczną. Ja byłam na wizie sportowej, więc nie miałam problemów z przedłużeniem pobytu. Podjęliśmy decyzję, że zostanę w Stanach do października i będę się przygotowywać sama do mistrzostw świata. Potrenowałam trzy tygodnie i niestety przytrafił mi się uraz kolana. Z perspektywy czasu myślę, że ta kontuzja była pokłosiem niepewności i chaosu, które wdarły się do mojej codzienności w związku z pandemią.

KB: Jak długo przed Gdynią kolano odmówiło posłuszeństwa?

KN: To była końcówka sierpnia. W trybie natychmiastowym przyleciałam do Polski, bo wiedziałam, że jest to uraz, którego nie da się – brzydko powiem – zabiegać, tylko tu trzeba interwencji lekarskiej. Okazało się, że to uraz chrząstki stawowej, była potrzebna artroskopia. Doktor wyciągnął odłamek i po dwóch tygodniach weszłam w trening. Pojechałam za własne pieniądze do Sankt Moritz, z myślą, że jeszcze uda mi się przygotować do mistrzostw świata. Spędziłam tam niecałe cztery tygodnie i widziałam, że to nie jest forma, której oczekuję. Chciałam przygotować się do Gdyni na rekord życiowy, ale okazało się to niemożliwe. Nie chciałam startować w formie takiej sobie. Może to byłaby przyzwoitość, ale nie o przyzwoitość tu chodziło, tu chodziło o coś więcej.

KB: A jak kolano sprawuje się dzisiaj? 

KN: Po mocniejszych jednostkach pojawia się obrzęk, ale jestem pod kontrolą swojego ortopedy i wszystko co się dzieje z kolanem, to ponoć reakcja, która ma prawo wystąpić. Na razie na treningach nie przyśpieszamy. Gdyby pojawiły się na horyzoncie jakieś starty, trenowalibyśmy intensywniej, ale póki co nie ma takiej potrzeby. Mamy czas, możemy trenować spokojnie i nie przeginać.

KB: Nie kusiło, żeby wystartować podczas jednych z jesiennych mistrzostw Polski? W maratonie minimum Pani ma, ale może na 10 km w Poznaniu? W końcu ostatni start był wiele miesięcy temu, nie fajnie byłoby poczuć znowu atmosferę rywalizacji?

KN: Mamy z mężem taką filozofię, że albo start z poważną formą na poważny wynik, albo wcale. Zerojedynkowo. Nie uznajemy czegoś takiego, jak start treningowy, czy kontrolny. Nabieganie w Poznaniu 33 minut nas nie interesowało, a nie byłam w formie na 32:20, ani tym bardziej na rekord Polski. Dlatego w ogóle nie braliśmy pod uwagę tych zawodów.

KB: Jak teraz będzie wyglądało wsparcie finansowe z Polskiego Związku Lekkiej Atletyki? Z tego co wiem, w tym roku mogła Pani liczyć na dofinansowanie obozów w związku z osiągniętym minimum olimpijskim. Ale skoro igrzyska przełożono, to co dalej? 

KN: Tak, miałam w tym roku wsparcie z ministerstwa i Polskiego Związku Lekkiej Atletyki. Natomiast jak to będzie wyglądało w przyszłym roku, trudno powiedzieć. Przede wszystkim aktualnie związek nie realizuje zagranicznych wyjazdów. Być może coś się zmieni po nowym roku. Samo szefostwo bloku wytrzymałości nie wie, jak to będzie wyglądało. I nie ma co tutaj zrzucać winy na PZLA, bo taką mamy aktualnie sytuację na świecie, że po prostu nikt nic nie wie. Wracając jednak do sedna pytania – osoby, które mają kwalifikację olimpijską, są traktowane przez związek tak samo, jak w zeszłym roku. Są dni obozowe do wykorzystania, tylko jeszcze nie wiadomo, czy będą to obozy w Polsce, czy za granicą. Poza tym, granice Stanów Zjednoczonych co najmniej do 29 grudnia są zamknięte dla obywateli ze Strefy Schengen, więc można powiedzieć, że mam dwa ograniczenia.

karolina nadolska zima

KB: No, to już mniej więcej wiadomo, co u Pani słychać. Nie ma Pani w mediach społecznościowych, więc żeby dowiedzieć się co ciekawego u Karoliny Nadolskiej, trzeba po prostu do niej zadzwonić. Skąd takie oldschoolowe podejście i niechęć do social mediów?

KN: W życiu sportowym i prywatnym jestem osobą prostolinijną. Ja zawsze uważałam, że rozliczają mnie wyniki sportowe, a nie to, czy umieszczę zdjęcie w internecie. Często słyszałam: „Karolina, bo Ciebie nie ma w sieci, nie wiadomo co robisz”. Odpowiadałam, że – wynik sportowy pozwoli zauważyć moją osobę. I tak się działo. Mi to odpowiada, że nie było mnie, nie było, a nagle się pojawiłam w Walencji i pobiłam rekord Polski. Gra to z moją osobowością, czyli robić swoje, w spokoju, w ciszy, patrzeć na siebie, a nie na innych.

KB: Przygotowując się do naszej rozmowy, ku mojemu zaskoczeniu, znalazłem Pani profil na Instagramie. Zdołała Pani wytrzymać w social mediach 10 postów (śmiech). Potem ślad się urywa. Skąd pomysł, żeby założyć Insta?

KN: To był pomysł osób, które profesjonalnie zajmują się prowadzeniem takich kont. Namawiano mnie chyba przez kilkanaście miesięcy, więc w końcu się zgodziłam. Ale powiedziałam, żeby prowadzili ten profil za mnie. I potem dzwoniono: „Hej Karolina, przyślij nam zdjęcie z treningu i napisz, że właśnie przebiegłaś 20 kilometrów i się zmęczyłaś”. Dla mnie to było strasznie bezsensowne i słabe. No, po co komuś takie zdjęcie, albo po co komuś zdjęcie, że jem obiad? Tłumaczono mi, że ludzie tego oczekują. Nie, ja uważam, że oczekuje się ode mnie tego, że nabiegam wynik. Nie jestem przecież gwiazdą, jestem przeciętnym człowiekiem. Jak zrobię wynik sportowy, to wtedy – jeśli dziennikarze mają ochotę – mogą coś o tym napisać.

KB: Chyba jednak ludzie chcą czytać, co Pani je na obiad, bo udało się zgromadzić ponad 300 followersów, pomimo bardzo krótkiej obecności na Instagramie…

KN: Ja jestem za mało przebojowa. W tym okresie, gdy namawiano mnie do założenia profilu, mówiłam: „Wiecie co, jak złamię w maratonie 2:25 to może wtedy moje poczucie własnej wartości na tyle się podniesie, że coś zrobimy”. Uważam, że moje wyniki nie są na tyle duże, żeby ludzi interesowało, w jaki sposób do nich dochodzę.

KB: Co do braku przebojowości… Niedawno rozmawiałem z trenerem Jackiem Wośkiem i wspominał, że mocno protestowała Pani przed debiutem w półmaratonie. Trochę w tej sytuacji widać charakterku i zadziorności. 

KN: Jeśli jestem zadziorna, to na treningach. Każdy biegacz powinien się tym charakteryzować. Pokora, etos pracy, te rzeczy wyniosłam z domu. Po prostu, zawsze jak mam jakiś trening zrobić, to go robię. Wynika to z samozaparcia i zadziorności, ale zadziorności do treningu. I nie chodzi wcale o podkręcanie prędkości, ale o zrobienie treningu, nawet jeśli na dworze są minus 22 stopnie. Taka zadziorność zawsze we mnie była.

KB: A jak to się stało,  że osoba, która tak opierała się przed przebiegnięciem półmaratonu, ostatecznie została czołową maratonką w polskiej historii? 

KN: Ja do dzisiaj uważam, że nie nadaję się do maratonu. Mam charakterystyczny styl biegania, można powiedzieć, że biegnę wieloskokiem. Gdybym miała krok bardziej posuwisty, byłoby to bardziej ekonomiczne i sprzyjające maratonowi. Mnie to skakanie dużo kosztuje. Dlatego uważam, że do maratonu się nie nadaję. Ale mam serce, silnik, to mi pozwoliło przebiec maraton w 2:26:31 (jest to 5 polski wynik ALL-TIME – red.) i uważam, że byłam w swojej karierze gotowa na rekord Polski. Styl biegania preferował mnie do bieżni. Zresztą rekord Polski na 10000 m 31:43 to według mnie jedna z moich wartościowszych życiówek. Dla mnie maraton jest nudny, ja nie lubię maratońskiego treningu, tych nudnych trzydziestek. Dlatego nie jestem w stanie odpowiedzieć na pytanie, dlaczego biegam blisko rekordu Polski w maratonie, do którego się nie nadaję.

KB: Ale tak w ogóle lubi Pani biegać? Henryk Szost przyznaje, że za bieganiem nie przepada, że jest to dla niego przede wszystkim praca. 

KN: Nie jest to forma aktywności ruchowej, którą uwielbiam. Czasami czytam, że ktoś nie może żyć bez biegania, że jak ma roztrenowanie, to go nosi, że już by wyszedł i pobiegał… Ja nie. Jak miałam kontuzję, przerwę 6-7 tygodni i sobie szłam nad Rusałką w Poznaniu to nie miałam poczucia, że: „O Jezu wszyscy biegają, a ja nie mogę”. Ja bym się nie podpisała pod stwierdzeniem, że kocham biegać, że nie mogę bez tego żyć. Jest dużo momentów, kiedy myślę – nienawidzę tego, jest mi źle, jest mi ciężko, po co ja się tak męczę? Więc trochę jednoczę się z Heniem w tym stwierdzeniu (śmiech).

karolina nadolska maraton

KB: W naszej rozmowie przewinął się już temat Pani wieku. Ale słychać i czuć, że na sportową emeryturę to się Pani nie wybiera. Jednak kiedyś nadejdzie ten moment „kiedy powiem sobie dość” – cytując Agnieszkę Chylińską. Kiedy to będzie? 

KN: Mimo mojego wieku, a nie ukrywajmy, pesel nie kłamie, to uważam, że cały czas mam duże pokłady, żeby szybko biegać. Zakończę swoją karierę, gdy uznam, że już nie jestem w stanie poprawiać życiówek. Walencja w tym roku pokazała, że nadal jestem w stanie bić życiówki, które przy okazji są rekordami Polski. Interesuje mnie tylko bycie coraz lepszą. Ja sobie zdaję sprawę, gdzie jestem. Choćby patrząc na wyniki, które padły w Gdyni (wygrała Peres Jepchirchir z rekordem świata 1:05:16 – red.), to wiem jaki jest mój poziom. Nie uważam się za jakąś super dobrą biegaczkę. Nie ukrywam, że chciałabym biegać dużo szybciej, ale wiem, że za wiele czasu już mi nie zostało, więc staram się robić wszystko, żeby biegać chociaż troszkę szybciej.

KB: A są jakieś skonkretyzowane plany na to, co po karierze sportowej?

KN: Chyba łatwiej jest mi powiedzieć, gdzie się nie widzę. Nie widzę się na przykład w roli trenera. Obserwując polskich zawodników, wiem, że oni się w to bawią, rozpisują plany, mają grupy biegowe. Ja takiego doświadczenia nie mam, bo zawsze wychodziłam z założenia, że jeśli uważam się za profesjonalistkę, to nie mogę mieć takich rozpraszaczy. Mam papiery trenera drugiej klasy, skończyłam akademię wychowania fizycznego, ale nigdy nie praktykowałam na innych zawodnikach. Znam natomiast swój trening i uważam, że mam dużą wiedzę, jeśli chodzi o trening wysokogórski. Mogłabym się nią podzielić. Pytanie, czy ktoś chciałby tego wysłuchać, bo mój trening jest dziwny. Większość ludzi w niego nie wierzy, bo trzeba trenować długo i spokojnie.

KB: To może książka?

KN: Miałam takie propozycje. Ale znowu wychodzi moja mała przebojowość. Myślę sobie: „No niby coś tam wiem, ale przecież biegam tylko 2:26”. O czym można pisać biegając 2:26? Gdybym nabiegała 2:16… Po prostu uważam, że moje wyniki nie są na tyle dobre, żeby pisać o tym książkę. No chyba, że jakąś obyczajowo-przygodową (śmiech).

KB: Jakie jest Pani zdanie w temacie dopingu technologicznego, jaki wedle niektórych mają gwarantować buty z karbonem? Wspomniała już Pani o rewelacyjnych wynikach w Gdyni, gdzie zdecydowana większość zawodników miała na nogach obuwie z płytką karbonową. 

KN: Uważam, że te nowe buty pomagają. Chyba zaszło to za daleko. Znaleźliśmy się w takiej sytuacji, że jeśli ktoś ma sponsora X, to automatycznie zyskuje przewagę nad innymi zawodnikami. W Gdyni trzy pierwsze kobiety pobiegły lepiej, niż stary rekord świata. A przecież mamy ponoć trudny sezon, gdzie ciężko było sensownie ułożyć trening. Coś tu jest nie tak.

KB: Niektórzy sugerują, że Krystian Zalewski rekord Polski zawdzięcza właśnie butom. 

KN: Jeśli ktoś tak uważa, to niech założy jego buty i też pobiegnie 61:32. Ja zawsze mówię, że jak jest człowiek mocny, to nic mu nie przeszkadza, a jak nie ma formy, to przeszkadza mu wszystko. Sama to przerabiałam. Jak nie byłam w dyspozycji, to wydawało mi się, że trasa jest pofałdowana, a była płaska, że wieje, a wcale nie wiało. Ale jak byłam w formie, to czy był wiatr, czy góry, to nic mi nie przeszkadzało. Gdyby Krystian nie był w odpowiedniej dyspozycji, to nawet te buty by mu nie pomogły.

KB: W jakich butach Pani biega? 

KN: Do roku 2014, czyli do ciąży miałam kontrakt z firmą Adidas. Biegałam w ich butach, wcale nie twierdząc, że są to najlepsze buty na świecie. To jest kolejny temat do rozmowy. Czasami widzę, jak zawodnik X ma podpisany kontrakt z jakąś firmą i pisze na portalach, że to najlepsze buty, najlepsza koszulka i w ogóle. Potem mijają dwa lata, zmienia się sponsor i okazuje się, że jednak ta nowa firma jest najwspanialsza. Według mnie to jest słabe, a nagminne. Mogę powiedzieć, że były modele adidasa, które mi pasowały i takie, w których się nie dało biegać.

KB: Pomimo zakończenia kontraktu nadal wybiera pani Adidasa? 32:08 w Walencji padło w jakim modelu?

KN: W Nike Fly, są takie? (śmiech)

KB: Generalnie to one w dużej części są „Fly” – Vaporfly, Alphafly, ale same „Fly” z tego co wiem też. 

KN: Tak, same „Fly”. Kupiłam sobie te buty w Stanach Zjednoczonych na wyprzedaży za 55 dolarów. Miały dużą amortyzację, więc stwierdziliśmy z mężem, że przy moim skaczącym stylu biegania taki model się sprawdzi. W Hanowerze, gdzie zrobiłam minimum (Nadolska wynikiem 2:27:43 wypełniła wskaźnik na IO w Tokio już w kwietniu 2019 – red.), też biegłam w tych „Fly”. Pamiętam, że w roku 2019 na Orlenie pobiegłam w nich dyszkę i Jacek Wosiek zapytał: „Karolina, to są te 4 procent?”, a ja, że nie, że one są tylko 2,5 (śmiech).

KB: Podsumowując naszą rozmowę – sytuacja jest taka, że czekacie wraz z trenerem na zielone światło, żeby móc wylecieć do ukochanej Alamosy. A co, gdyby się okazało, że jednak wylot do Ameryki w przyszłym roku nadal będzie niemożliwy? Nie można skutecznie przygotować się do igrzysk w Polsce?

KN: Jak się zaczęło jeździć w wysokie góry, to nie ma odwrotu. Trzeba jeździć dalej. Dobrym przykładem jest Marcin Lewandowski, on ciągle tych gór szuka. Jego organizm jest przyzwyczajony do treningu wysokogórskiego. Teraz jest trochę zblokowany ograniczeniami, jeśli chodzi o przemieszczanie się i musi wywoływać hipoksję w sposób sztuczny. Nawet chyba u Państwa w AirZone szuka takich warunków. Widać, jak bardzo mu na tym zależy. To jest jeden powód dla którego muszę polecieć do Alamosy. Drugi, to sprawa mentalna. Latam tam od lat i zawsze wracałam z formą. Ja bardzo wierzę w te góry, a nie oszukujmy się, wiara jest bardzo ważna. Trzeba znaleźć swoje miejsce do treningu na ziemi. Ja znalazłam w Kolorado. Lubię tutejsze trudne warunki – śnieg, mróz, wiatr. Chociaż pewnie dla normalnego zawodnika, są dyskwalifikujące. Pan powiedział, że jestem oldschoolowa, a ja powiem, że ze mnie taki trochę dziwak biegowy (śmiech). 

Krzysztof Brągiel
Krzysztof Brągiel

Biega od 1999 roku i nadal niczego nie wygrał. Absolwent II LO im. Mikołaja Kopernika w Kędzierzynie-Koźlu. Mieszka na Warmii. Najbardziej lubi startować na 800 metrów i leżeć na mecie.