New Balance 1080v12
filip ostrowski
24 czerwca 2022 Krzysztof Brągiel Sport

Filip Ostrowski: Całe życie biegałem sam, teraz mam ekipę


Filip Ostrowski przez ostatnie dwa lata poprawił się o 4 sekundy na 800 metrów. W połowie czerwca w czeskim Kladnie, ustalił swoją życiówkę na 1:46.89. Postęp zbiegł się w czasie z przeprowadzką do Łodzi i dołączeniem do grupy trenera Stanisława Jaszczaka. Z 21-letnim średniodystansowcem porozmawialiśmy o blokadach, które przeszkadzały w bieganiu, łączeniu osiemsetki z półtorakiem, „dzikowaniu” w Suwałkach, sile łódzkiej grupy i pandemii, która „uratowała” pierwszy semestr studiów.

Start w Kladnie był ostatnim w tej części sezonu, czy jeszcze coś planujesz?

To był na razie koniec. Zrobiłem kilka dni wyluzowania i od nowa wchodzimy w trening. Po odwołaniu Uniwersjady głównym celem na drugą część roku będą młodzieżowe mistrzostwa Polski (30-31 lipca w Poznaniu – red.). Później jest jeszcze mecz w Győr (na Węgrzech będą rywalizować drużyny U23 Polski, Czech, Słowacji, Słowenii i gospodarzy -red.), ale żeby tam wystartować trzeba się dobrze pokazać na mistrzostwach.

W Czechach zrobiłeś życiowe 1:46.89. Wynik to dla Ciebie zaskoczenie?

Wiedziałem, że jestem na to gotowy. Wreszcie dostaliśmy bieg, którego nie musieliśmy sobie z Kubą rozprowadzać (Jakub Augustyniak również uzyskał w Czechach życiówkę 1:46.72 – red.). Zaskoczenia nie było, ale wynik bardzo cieszy.

Przy większości życiówek na 800 metrów drugie koło jest wyraźnie wolniejsze od pierwszego. Wyjątkiem jest Paweł Czapiewski, który bijąc rekord Polski drugie 400 metrów pobiegł szybciej, niż pierwsze. Jaki Ty masz patent, żeby ujarzmić osiemsetkę?

Zazwyczaj pierwsze koło mam szybsze. W tym sezonie wszystkie osiemsetki otwieraliśmy w 51-52.5 sekundy. Żeby polecieć dwa koła równo, to trzeba mieć ogromny talent. Nie jest to takie proste jak się wydaje. W Kladnie 400 miałem w 52 sekundy, więc to było jedno z wolniejszych otwarć. Ale tam na drugim kole było kogo gonić.

Pamiętasz bieg, w którym najmocniej zwolniłeś na drugim okrążeniu?

Była taka osiemsetka, że otworzyłem w 53 sekundy, a drugie okrążenie wyszło w minutę. Kolega, Miłosz Wesołowski, poprowadził mi pierwsze czterysta. Na drugim kole zostałem sam i musiałem walczyć z wiatrem.

Jeszcze w 2020 biegałeś 800 m w 1:50. Przez dwa lata udało się zdjąć aż 4 sekundy z życiówki. Skąd taki postęp?

Dużo się pozmieniało w mojej głowie. Pozbyłem się blokad, już nic mnie nie powstrzymuje. Inna sprawa, że trenuję teraz w bardzo mocnej grupie średniodystansowców. Jest u nas Mateusz Borkowski, Jakub Augustyniak, Kuba Szkudlarek… Razem możemy zrobić mocniejszy trening. Całe życie biegałem sam, teraz mam ekipę.

Jakie blokady pospadały?

Na zawodach nie radziłem sobie ze stresem. Bałem się szybko zacząć. Na start potrafiłem jechać jak na skazanie. Byłem spalony przed biegiem. Kiedyś zszedłem z półtoraka w hali i wtedy się to zaczęło.

Jak sobie z tym poradziłeś?

Współpracowałem z psychologiem, ale też sam zrozumiałem, że jak mam biegać to muszę to zrobić na poważnie. Pozmieniało mi się w życiu. Wyprowadziłem się z domu, wyjechałem na studia do Łodzi i zacząłem trenować w RKS-ie (chodzi o Rudzki Klub Sportowy, do którego przez długie lata kariery należał m.in. Adam Kszczot – red.).

Dlaczego postawiłeś właśnie na RKS i trenera Stanisława Jaszczaka?

Postawiłem na człowieka, którego znam z obozów kadrowych. Na jednym ze zgrupowań zapytałem, czy mogę dołączyć do jego grupy. Zgodził się i powiedział, że jego marzeniem jest stworzenie w Łodzi mocnej grupy średniodystansowców. Wiedziałem, że szykuje się super ekipa, więc głupio byłoby nie skorzystać. Zwłaszcza, że i tak wybierałem się gdzieś na studia. Można powiedzieć, że szukałem studiów pod kątem klubu.

Jeśli chodzi o studia, na co wypadło?

Na początku trafiłem na biotechnologię, ale szybko mi uświadomili, jaki kierunek sobie wybrałem (śmiech). Miałem chyba pięć poprawek… Aktualnie jestem na fizjoterapii.

Fatalnie trafiłeś z początkiem studiów, bo na rok 2020 kiedy zaczęły się obostrzenia covidowe…

Dzięki temu zdałem pierwszy semestr (śmiech). Ale tak serio to faktycznie… Na uczelni byłem dwa razy. Później weszło nauczanie online, co na obozach miało swoje plusy, bo nie traciło się zajęć.

Wracając do treningu w grupie. Ma dwie strony medalu. Z jednej strony napędza i pozwala zmusić się do większego wysiłku. Z drugiej strony, może pojawić się nadmierna rywalizacja i ściganie na rozbieganiach… Jak to u Was wygląda?

Na rozbieganiach się nie ścigamy. Wiemy, że nie ma to żadnego sensu. Na zakresach też się nie ścigamy. My już jesteśmy starymi zawodnikami, nie musimy sobie niczego udowadniać. Ale jak dochodzi do treningu tempowego, to bez chłopaków często nie dałbym rady.

Jakie tempo lubi Wam zafundować trener Jaszczak w bezpośrednich przygotowaniach startowych?

Mamy taki słynny trening 4×400 metrów. Każdy wie, że to będzie bolało. Kończymy praktycznie na maksa. Przykładowo: 53, 52, 51 i ostatnia poniżej 51 sekund. Przerwa jest ruchoma i zależy od tego jak wyglądamy, jak się czujemy.

Warunki na RKS-ie macie chyba jedne z lepszych w kraju. Ostatnio wybudowali Wam stadion, więc już nie trzeba dojeżdżać na AZS…

Mamy stadion, halę, są niedaleko leśne ścieżki, więc jest wszystko, żeby trenować. Dla mnie stadion na miejscu to duże ułatwienie, bo mieszkam blisko RKS-u i na AZS bywało, że przebijałem się przez łódzkie korki od 40 minut do godziny.

Głównie startujesz na 800 metrów, ale w Suwałkach na mistrzostwach Polski pobiegłeś 1500 metrów. Skąd taka decyzja?

Plan był taki, żeby pobiec oba dystanse. Wiadomo co się jednak wydarzyło w związku z pogodą. Program zawodów został ułożony od nowa i ciężko było to połączyć. Na 1500 była spora szansa medalowa, więc stwierdziliśmy z trenerem, że zaryzykujemy.

Czego zabrakło do medalu? Przy wyjściu na ostatnią prostą wyglądałeś bardzo dobrze, miałeś miejsce do ataku po zewnętrznej, a jednak skończyło się na 4 pozycji.

To chyba była moja zachłanność (śmiech). Przydzikowałem na końcu. Szybko skontrował Michał Rozmys i jak uciekł, to mnie postawiło. Gdybym wyczekał, może jakiś krążek bym zdobył.

W przyszłości widzisz się bardziej na 800 czy 1500?

Tak naprawdę wywodzę się z 1500 m, więc zostawiam ten rozdział otwarty.

Na 1500 jest trochę mniejsza konkurencja. Adam Kszczot i Marcin Lewandowski zakończyli kariery, a nadal na 800 metrów mamy aż 4 chłopaków z minimami na mistrzostwa świata…

Druga Anglia.

No właśnie, tam aż 10 biegaczy ma wskaźnik. Generalnie na 800 trudno się przebić. Nawet jak zrobisz minimum, to jeszcze musisz wygrać wewnętrzną rywalizację o jedno z trzech miejsc na dużą imprezę. Jak do tego podchodzisz?

Na pewno nie patrzę w ten sposób, że skoro na 800 jest konkurencja, to się wydłużę. To byłoby całkowicie bez sensu. To jest sport i wszystko się może wydarzyć. Nie zdziwiłbym się, jakby ktoś nagle wystrzelił 1:45-1:44. Tak było rok temu z Krzysiem Różnickim i Kacprem Lewalskim. Trafili na dobre biegi i trochę z zaskoczenia polecieli super wyniki. Dzisiaj są w ścisłej czołówce. Wychodzę z założenia, że też mogę tak zrobić. Może być też odwrotnie. Ktoś trafi na gorszy sezon i może się zrobić wielka roszada. Trzeba robić sumiennie swoje i powinno oddać.

Powiedziałeś, że zostawiasz sobie furtkę na 1500 metrów. A coś dłuższego? W Polsce jest pustka na 5000 metrów…

Ale w Europie poziom na 5000 metrów jest wysoki. Wydłużać się tylko po to, żeby ewentualnie zaistnieć na krajowej arenie, to nie jest dla mnie cel. Jeśli chcę zaistnieć na arenie międzynarodowej, to moje miejsce jest na 800-1500.

Łącznie 800 i 1500 wcale nie jest takie oczywiste. Niewielu jest takich zawodników jak Marcin Lewandowski. Rozumiem, że Ty się półtoraka nie boisz?

Już nie. Był czas, po tej sytuacji, gdy zszedłem w hali, że zacząłem się go bać. Otwierałem 300 metrów spokojnie, w 45 sekund, a ja już dętka i trzy koła na zgonie. Ale tak jak powiedziałem, przestawiłem sobie głowę i dziś jestem w stanie to normalnie biegać. Jestem zawodnikiem wytrzymałościowym. Świetnie reaguję na drugie zakresy, mało się zakwaszam. 1500 metrów to jest sprawdzian charakteru i pewnie kiedyś trzeba będzie pójść drogą Marcina Lewandowskiego. Najpierw chcę jednak dokończyć sprawy na 800 metrów, a tutaj jest jeszcze dużo do zrobienia.

Powiedz o swoich początkach. Jak trafiłeś do biegania?

Nie nadawałem się do sportów zespołowych. Porażkę drużyny przeżywałem jak własną. Moi rodzice znali trenera Margulewicza z Rodła Kwidzyn, więc poprosili, żeby na mnie zerknął. Pokazałem się przy okazji biegów ulicznych i tak się zaczęło. Już wtedy miałem problemy z nastawieniem. Strach mnie paraliżował, bałem się mocnego tempa. Pamiętam, że przed jednym z biegów trener wziął mnie na rozmowę i opierdzielił z góry na dół. Za pierwszego roku młodzika połamałem 1:30 na 600 i byłem 5 na mistrzostwach Polski. Po biegu powiedziałem trenerowi, że za rok wygrywamy. Wygraliśmy. Dwóch setnych sekundy zabrakło do rekordu Polski.

Od razu złapałeś bakcyla do biegania, czy trochę to trwało, zanim oswoiłeś się z regularnym trenowaniem?

Szybko się wciągnąłem. Ja jestem zapaleniec. Nadgorliwy jestem strasznie. Jak idziemy, to idziemy.

Powiedz na koniec o planach na przyszły rok. W kalendarzu chociażby młodzieżowe mistrzostwa Europy w Finlandii. To będzie Twój główny cel na sezon 2023?

Prawdopodobnie to będzie główna impreza. Wszystko się okaże.

Wyjechać na tegoroczne mistrzostwa świata do Eugene już się nie uda, ale za rok kolejne mistrzostwa, tym razem w Budapeszcie. Może zamiast młodzieżówki uda się wyjechać na Węgry i pościgać z seniorami?

Oczywiście, że będę walczył o minimum. Po to się trenuje.

Krzysztof Brągiel
Krzysztof Brągiel

Biega od 1999 roku i nadal niczego nie wygrał. Absolwent II LO im. Mikołaja Kopernika w Kędzierzynie-Koźlu. Mieszka na Warmii. Najbardziej lubi startować na 800 metrów i leżeć na mecie.