new balance morev4
sepia752boltgatlin
3 czerwca 2020 Krzysztof Brągiel Sport

Bolt vs Gatlin


Starcie dobra ze złem – takim tytułem określano pojedynek Usaina Bolta z Justinem Gatlinem w finale 100 metrów podczas Mistrzostw Świata w Pekinie (2015). Uwielbiany przez kibiców na całym świecie, najszybszy człowiek w historii, genialny Bolt kontra Gatlin – podwójny dopingowicz, banita, renegat, odtrącony przez lekkoatletyczne środowisko. Nie dziwne więc, że pojedynek reklamowano w mediach, jako starcie sił dobra, uczciwości, talentu, ciężkiej pracy – z mocami zła, oszustwa, gry nie fair, krótko mówiąc ze sportową chuliganerią, którą Gatlin utożsamiał, jak mało kto. Specjalnie dla nas pojedynek sprinterów wspomina Karol Zalewski, halowy mistrz świata w sztafecie 4×400, który był w stolicy Chin podczas MŚ sprzed 5 lat.


„Zły” wraca do gry

W roku 2006 Justina Gatlina drugi raz w karierze przyłapano na dopingu. Za pierwszym razem niedozwoloną substancję wykryto w jego organizmie w związku ze stosowaniem leków na ADHD, co uznano, jako okoliczność łagodzącą. Za drugim razem chodziło o podwyższony poziom testosteronu, co już nie mogło być spowodowane omyłką. Dodatkowo na niekorzyść sprintera przemawiały dość kuriozalne tłumaczenia jego szkoleniowca, Trevora Grahama. Winą za pozytywne wyniki testów antydopingowych obarczył on masażystę Christophera Whetstine’a, który miał  – według zeznań trenera – specjalnie wcierać krem z wysoką zawartością testosteronu w pośladki Gatlina…

Sprinterowi groziła dożywotnia dyskwalifikacja, którą początkowo złagodzono do 8 lat. Ostatecznie były rekordzista świata powrócił do rywalizacji już w sezonie 2010 (do trenowania nie wrócił za to Trevor Graham, który w 2008 roku został ukarany dożywotnią dyskwalifikacją przez amerykańskie władze LA). Jak stwierdzili włodarze USADA (Amerykańskiej Agencji Antydopingowej): „W związku z tym, że pan Gatlin współpracował z nami i biorąc pod uwagę wątpliwe okoliczności jego pierwszego wykroczenia – kara 4 lat zawieszenia jest sprawiedliwa”. Tak więc Amerykanin wrócił w sezonie 2010, jednak anulowano jego rekord świata (9.77) z sezonu 2006 (przeprosiny Gatlina za nieczyste zachowanie, można usłyszeć na filmiku poniżej z roku 2017).

Powrót Gatlina do biegania na światowym poziomie był udany. W sezonie 2012 został halowym mistrzem świata na 60 metrów i brązowym medalistą IO w Londynie. Rok później w rywalizacji pod gołym niebem zdobył srebro MŚ w Moskwie. W sezonie 2014 zdominował rywalizację podczas Diamentowej Ligi, w finałowych zawodach w Brukseli wygrywając na 100 i 200 metrów. Wobec nieobecności na światowych arenach Usaina Bolta, który w sezonie 2014 miał problemy zdrowotne, Gatlin został nominowany do tytułu sportowca roku IAAF. Nie spodobało się to niektórym zawodnikom, którzy podważali dokonania Amerykanina, twierdząc, że wciąż czerpie zyski ze stosowania dopingu przed laty. Weto postawił chociażby niemiecki dyskobol Robert Harting, który w ramach protestu poprosił o wykreślenie swojej osoby z listy osób nominowanych do nagrody. Ostatecznie tytuł najlepszego zdobył skoczek o tyczce Renaud Lavillenie. który w mijającym sezonie poprawił epokowy rekord świata.

W roku 2015 Gatlin poszedł jednak za ciosem, co udokumentował już 15 maja w Katarze. Sprinter-weteran, mając 33 lata, pobił rekord życiowy na setkę z fenomenalnym 9.74. W czerwcu podczas Diamentowej Ligi w Rzymie, rozprawił się z kolei z rekordem mitingu Golden Gala, należącym do Usaina Bolta – jego 9.76 zamienił na 9.75. Niby tylko jedna setna sekundy, ale dawała Gatlinowi przewagę psychologiczną, przed bezpośrednim pojedynkiem z jamajską gwiazdą, który miał odbyć się podczas pekińskich mistrzostw świata na bieżni Ptasiego Gniazda (jak określano chiński stadion olimpijski).

„Dobry” wpada w poślizg

W momencie, gdy drugi szczyt życiowej formy przeżywał Gatlin, na sportowym zakręcie znalazł się Usain Bolt. Jamajczyk zwyciężał nieprzerwanie na najważniejszych imprezach od igrzysk w Pekinie (2008). Sześć lat triumfów miało oczywiście swoje gorsze momenty. Jak choćby falstart i dyskwalifikację podczas MŚ w Deagu (2011), jak wypadek samochodowy w roku 2009. Jednak kontuzja kolana, której nabawił się w marcu 2014, okazała się wyjątkowo paskudna.

Król stu metrów na 9 tygodni zupełnie wypadł z treningów, a kiedy wrócił do zdrowia, na zawodach pojawiał się okazjonalnie. Wystartował w sierpniu podczas zawodów Commonwealth w Glasgow i pod koniec miesiąca na Memoriale Kamili Skolimowskiej w Warszawie, gdzie przebiegł 100 metrów w 9.98. Ponieważ dach na Stadionie Narodowym był wówczas zasunięty, wynik funkcjonuje jako halowy rekord świata. Rekord ustanowiony równo na rok przed opisywanym tu pojedynkiem wszech czasów…

101506629 253982602494323 5702129265139515392 n

 To, że poważna kontuzja Bolta przypadła akurat na rok 2014, można uznać za szczęście w nieszczęściu. Był to bowiem sezon bez mistrzostw świata i bez igrzysk olimpijskich, Jamajczykowi nie przeszły więc koło nosa żadne ważniejsze tytuły. Pojawiały się głosy, że takiego wolnego przebiegu Bolt i jego udręczone ciało potrzebowali, a kontuzja była tylko zasłoną dymną. Na obronę mistrza świata miał za to szansę rok później w Pekinie. Pozostawały tylko dwa pytania – czy po roku absencji wróci na dawny poziom i w jakiej formie będzie rozpędzający się Justin Gatlin? O tym, jak inni sportowcy odbierali fenomenalnego Jamajczyka, opowiedział nam Karol Zalewski, najbardziej wszechstronny polski sprinter ostatnich lat, który w Pekinie reprezentował nasz kraj na 200 metrów:

– Pojedynki Bolta w latach jego świetności były zawsze obserwowane z podziwem. My lekkoatleci, którzy świat lekkoatletyczny widzimy od środka, mogliśmy podziwiać najszybszego człowieka świata z innej perspektywy, niż sprzed telewizora. W Pekinie na boisku rozgrzewkowym, z którego widok rozciągał się na Ptasie Gniazdo i na którym rozgrzewały się takie nazwiska jak van Niekerk, Allyson Felix, Fraser-Pryce czy właśnie Gatlin i tak wszystkie oczy były skierowane na Usaina. Wszyscy – trenerzy czy zawodnicy, chcieli podłapać, co innego niż reszta robi Bolt, że jest zawsze najlepszy, że rekordy świata w sprincie należą właśnie do niego.

Wkurzony Justin, spięty Usain

Nerwy. Pojedynek o tytuł mistrza świata na 100 metrów sezonu 2015, jaki miał się rozegrać między Usainem Boltem a Justinem Gatlinem, poprzedziła próba nerwów. Rekordzista świata miał prawo być zdeprymowany, ponieważ przyjechał do Pekinu z zaledwie 7-tym wynikiem na światowych listach (9.87 ex aequo z Tysonem Gayem – przyp.red.). Po problemach ze zdrowiem, po zaledwie trzech startach w sezonie, pierwszy raz od lat Bolt nie pojawił się na mistrzowskiej imprezie w roli faworyta.

Faworytem był lider światowych list – Justin Gatlin. Amerykanin przyleciał do Chin z rewelacyjnym SB 9.74, podczas gdy jego rywal pobiegł na miesiąc przed mistrzostwami 0.13 sekundy wolniej. Pretendent do tytułu mistrza świata, delikatnie mówiąc, nie był ulubieńcem opinii publicznej, co miało prawo go irytować i drażnić. Oliwy do ognia dolewali dziennikarze, wypominający Gatlinowi dopingową recydywę. Szczególnie dotkliwa okazała się dla byłego mistrza świata jedna rozmowa.

– Czemu w wieku 33 lat jesteś nadal na szczycie? – zapytał jeden z korespondentów na konferencji prasowej.
– Ponieważ trenuję z Isiahem Youngiem, jest młodą, wschodzącą gwiazdą – sprinter odpowiedział na tę zaczepkę, zachowując nerwy na wodzy. Spokój Amerykanina zachwiało dopiero drugie pytanie.
– Niektórzy mówią o długotrwałym działaniu sterydów. Możesz powiedzieć, że dziś jesteś naprawdę czysty czy jednak czerpiesz jakieś korzyści z przeszłości? – nie dawał za wygraną dziennikarz.
 To jest niedorzeczne – oburzył się Gatlin. – Dlaczego zadajesz mi takie pytanie? To było 10 lat temu. Jesteś historykiem? Jeśli jesteś, to może idź popracować do muzeum.

O rozchwianej psychice swojego rywala wspomina też Bolt:

– Kiedy wszedłem na stadion rozgrzewkowy, widziałem, że Justin jest zdenerwowany. Dużo ze mną rozmawiał i co chwila zbijał żółwika. A ja się zastanawiałem – dlaczego my w ogóle rozmawiamy? Teraz jest czas na rywalizację, nie ma powodów, żebyśmy ze sobą rozmawiali. Przecież jesteśmy tą dwójką gości, którzy już za chwilę będą się ze sobą ścigać. Ale to jego dziwne zachowanie, przekonało mnie, że nie jest wcale taki pewny siebie – mówił w filmie dokumentalnym „I’m Bolt”.

O ile nerwówka u Gatlina, który nigdy nie był oazą spokoju, nie dziwiła, o tyle mogło dziwić, że swój luz stracił w Pekinie Bolt. Jamajczyk przez półfinał przedarł się w dramatycznych okolicznościach. Słabo wyszedł z bloków, chwilę później się potknął i w okolicach 30-40 metra znajdował się na jednej z ostatnich pozycji. W drugiej części dystansu odrobił stratę i wygrał swoją serię z czasem 9.96, ale na pewno nie był to bieg, którym przekonałby kogokolwiek, że w finale będzie faworytem.

 Szczególnie, że Gatlin swój półfinał wygrał, z wynikiem prawie 0.2 lepszym (9.77). Trener rekordzisty świata Glen Mills postanowił wziąć swojego podopiecznego po tym nieprzekonującym występie na pogawędkę, choć ponoć nie należał do osób, które dużo mówią.

– Co tam do cholery się dzieje? Za bardzo się starasz, za bardzo się spinasz. Zrelaksuj się, uspokój, musisz przejąć kontrolę nad sytuacją. Jesteś mistrzem. Wyścigu nie wygrywa się na 30 metrze, ani 40 metrze. Chodzi o to, żeby wyjść na stadion, jako mistrz i dać mistrzowski pokaz  – miał powiedzieć Boltowi trener.

Między półfinałami a finałem były 2 godziny przerwy. W tym czasie dziennikarze i kibice mieli chwilę, żeby spekulować. Czy dobro dziś zwycięży? Czy jednak mistrzem świata okaże się człowiek wyklęty przez środowisko? Za rekordzistę świata szczególnie trzymała kciuki korespondentka BBC Denise Lewis Obe.

– Usain Bolt niemal spowodował masowy atak serca (swoim półfinałowym występem – przyp.red.). Ale musi wziąć się w garść, bo Gatlin wypadł bardzo dobrze. Usain chyba nigdy wcześniej nie miał tak równego sobie przeciwnika, jak dzisiaj na tym stadionie. Gatlin biega lekko 9.7. Robi to łatwo, jakby wyszedł na spacerek. Po tych wszystkich przejściach i kontuzjach, to było dla Bolta duże wyzwanie. Połowa kibiców na stadionie bierze pod uwagę, że on może tu dziś przegrać. Nie chcę o tym mówić… Nie chcę nawet o tym myśleć, bo jeśliby do tego doszło, to cały świat sportu będzie w żałobie – komentowała na gorąco z Ptasiego Gniazda dziennikarka, niegdyś mistrzyni olimpijska w siedmioboju.

Bolt się „zakopał”, Gatlin poszedł jak burza

23 sierpnia 2015 roku w finałowym biegu najwięksi rywali rozstawieni na torach 5 (Bolt) i 7 (Gatlin) zostali przedzieleni Tysonem Gayem, stojącym na  torze szóstym. Amerykanin stanowił naturalną ścianę i bufor bezpieczeństwa, pomiędzy rozgrzanymi do granic przeciwnikami. „Czy król stu metrów, który panowanie zaczął właśnie w Pekinie, zdobywając swoje pierwsze olimpijskie złoto w roku 2008, również w Pekinie zostanie zdetronizowany?” – zastanawiali się dziennikarze.

Tym razem Bolt wyszedł z bloków dużo lepiej niż w półfinale. Nie stracił rytmu, nie stracił równowagi, biegł dobrze, pewnie, mocno. Ale Gatlin, wcale nie ustępował mu kroku. Choć skos pod jakim ustawiona została kamera, mógł trochę fałszować obraz, wydawało się, że na półmetku to właśnie czarny charakter tej opowieści, prowadzi.

Im bliżej było do krat, tym jednak Gatlinowi bardziej drżały nogi. Bolt natomiast szedł jak przecinak, jak po swoje i nie zachwiał się, aż do końca, podczas gdy jego rywal na ostatnich krokach, praktycznie ratował się przed upadkiem.

O tym, że dobro zwyciężyło zadecydowała 1 setna sekundy. Wygrał Bolt z rekordem sezonu 9.79, Gatlin musiał zadowolić się srebrem i wynikiem 9.80.

– Obronił tytuł! Obronił reputację! A może nawet obronił sport! – z dziką radością krzyczał rozemocjonowany komentator BBC.

Karol Zalewski, obecny w tych dniach w Pekinie, przewidywał, że bieg będzie miał właśnie taki, zacięty przebieg:

– Jeżeli chodzi o sam bieg finałowy to jego scenariusz był do przewidzenia. Po przedbiegach, było widać że Bolt, nie ma tak agresywnego wyjście z bloku jak w poprzednich latach i że Gatlin przygotował ten element idealnie. I tak właśnie się stało. Bolt „zakopał” się na starcie, a Gatlin poszedł jak burza. Dzięki temu pojedynek z 2015 roku podziwiamy w emocjach do samej linii mety. Do końca nie było pewne – Czy Bolt znowu pokaże klasę na ostatnich metrach i nie da wyrwać sobie zwycięstwa? Czy może Gatlin koronuje się królem sprintu po tylu latach dominacji Jamajczyka? – wspomina niepewność towarzyszącą kibicom Zalewski.

Odpowiedź na te wątpliwości brzmiała – król sprintu zachował koronę. Gatlin miał szansę odegrać się 4 dni później w finale 200 metrów. Znowu był dużo lepszy w półfinale i ponownie przegrał w finale. Tym razem jednak Bolt nie pozostawił żadnych złudzeń, wygrywając z najlepszym wynikiem na światowych listach 19.55, podczas gdy Gatlin stracił 19 setnych.

Gatlin miał również szansę odegrać się rok później, podczas IO w Rio. Również i ta sztuka mu się nie udała – przegrał na 100 metrów o 8 setnych. Ale Amerykanin był cierpliwy i dopadł Jamajczyka w sezonie 2017, zdobywając w Londynie tytuł mistrza świata. Drugi był wówczas Coleman, a trzeci Bolt, który po tych zawodach zdecydował się zakończyć karierę, zachowując się po dżentelmeńsku, gdy uciszył buczący na Gatlina stadion pojednawczym gestem.

Do Amerykanina można mieć wiele zastrzeżeń ale trzeba oddać sprinterowi, co sprinterskie. Pomimo 37 lat na karku, potrafił podczas zeszłorocznych mistrzostw świata w Dosze, wywalczyć srebrny medal na setkę z wynikiem 9.89. Talent? Wpływ dopingu? Najpewniej jedno i drugie. Gdy Gatlin pojawiał już się na bieżni, zawsze ogniskował uwagę i prowokował. Przez parę minionych sezonów powtarzał za metą udanych wyścigów gest wychodzenia z zamknięcia czy też rozrywania niewidocznych łańcuchów, które miałyby krępować jego życie w latach banicji.

Krzysztof Brągiel
Krzysztof Brągiel

Biega od 1999 roku i nadal niczego nie wygrał. Absolwent II LO im. Mikołaja Kopernika w Kędzierzynie-Koźlu. Mieszka na Warmii. Najbardziej lubi startować na 800 metrów i leżeć na mecie.