New Balance 1080v12
kowalczyk2
8 czerwca 2022 Krzysztof Brągiel Sport

Andrzej Kowalczyk: Rewolucji nie było


Jeśli na 1500 metrów poprawiasz się o 10 sekund, to wiedz, że coś się dzieje. Andrzej Kowalczyk z dobrej strony pokazał się podczas Memoriału Ireny Szewińskiej, finiszując w Bydgoszczy z nowym rekordem życiowym 3:37.76. To 13 wynik na krajowej liście wszech czasów. Do minimum na mistrzostwa Europy zabrakło niespełna 2 sekund. Podopieczny Grzegorza Sobczyka nie składa jednak broni i po mistrzostwach Polski chce zawalczyć o przepustkę do Monachium. Zapraszamy na rozmowę z biegaczem z Małopolski, który jest jednym z większych objawień tego sezonu.

Parę dni minęło od rekordowego biegu w Bydgoszczy. Nadal masz ten start w głowie i analizujesz?

Jest to dla mnie przełomowy wynik i wracam do tego biegu myślami. Staram się jednak patrzeć w przyszłość i mam nadzieję, że do dopiero początek.

Wynik Was zaskoczył, czy właśnie w takie widełki celowaliście z trenerem Grzegorzem Sobczykiem?

Bardzo nas nie zaskoczył. Wiedziałem, że jestem gotowy na bieg poniżej 3:40. Trener też mówił, że spodziewa się wyniku między 3:38-3:40. Pobiegłem trochę szybciej.

Tysiąc metrów musiałeś minąć w okolicach 2:25, niewiele wolniej od życiówki. Jak wyglądał bieg z Twojej perspektywy?

Pierwsze koło było szybkie, później nastąpiło zwolnienie. Początkowo byłem z tyłu stawki. Zebrałem się z siedemsetki, bo grupa zaczęła się rwać. Tysiąca minąłem w okolicach 2:26. Tak naprawdę dopiero od tego momentu zaczął się prawdziwy bieg.

Trzecia pięćsetka musiała być dość szybka…

1:11-1:12. Na ostatnim kole doszło do małej kolizji. Michał Rozmys się potknął i w tym momencie znalazłem się zaraz za prowadzącą grupą. Skleiłem to i finiszowałem za czołówką.

3:37 wygląda okazale. 13 miejsce na polskiej liście wszech czasów, 12 jest Bronisław Malinowski, więc masz fajne towarzystwo. Z drugiej strony, niewiele zabrakło do minimum na mistrzostwa Europy, które wynosi 3:36. Będziesz chciał jeszcze powalczyć o wskaźnik?

Jest taki plan, żeby tydzień po mistrzostwach Polski wystartować na półtoraka. Jeszcze nie wiemy gdzie, ale będziemy szukać mocnego biegu na 3:34-3:36. Myślę, że coś jeszcze mogę urwać z życiówki. Nie wiem czy będą to aż 2 sekundy, ale mam nadzieję, że tak. Urwałem 10 sekund z rekordu życiowego na stadionie, co wydaje się abstrakcyjne, więc może uda się jeszcze dwie.

Andrzej Kowalczyk

W Suwałkach startujesz tylko na 1500 m?

Nawet nie wiem, czy mógłbym wystartować dodatkowo na 5000 m, bo nie mam minimum. Ale tak, taki jest plan, żeby się nie nadwyrężać. W czwartek startuję na 1500 m, a później wracam do domu i czekam na mocny bieg po minimum.

Pamiętasz jakiś mocniejszy trening w ostatnim czasie, po którym wiedziałeś, że sprawy idą w dobrym kierunku i będziesz gotowy na łamanie 3:40?

Przed Bydgoszczą pobiegłem na treningu 800 m w 1:54 i czułem się bardzo dobrze. To mi pokazało, że jestem w dobrej formie i muszę to tylko „sprzedać” na zawodach.

Czym ta osiemsetka była opakowana?

Na początku były dwusetki na dogrzanie, osiemsetka, dłuższa siedmiominutowa przerwa, czterysetka i dwie dwusetki. Założenie było takie, żeby wszystkie odcinki biegać po 29 sekund na 200 m. Osiemsetka wyszła trochę szybciej.

Wspomniałeś o urwanych 10 sekundach z życiówki na stadionie i rzeczywiście efektownie to wygląda. Chociaż już zimą w hali pobiegłeś 3:43. Pamiętam, że na 1500 m podczas mistrzostw Polski w Toruniu tanio skóry Michałowi Rozmysowi nie sprzedałeś. Skąd taki postęp w tym roku?

Nie powiedziałbym, że to tegoroczny progres. W poprzednich latach po prostu dużo rzeczy się nie składało, żeby nabiegać życiówkę. W 2019 roku miałem epizod z przeszkodami. Nie wyszło tak jak chcieliśmy i odpuściliśmy. W 2020 były problemy przez covid. Zawody stanęły pod znakiem zapytania. Wyjechałem do pracy za granicę. Spędziłem tam trzy miesiące i wróciłem prosto na starty. Pracując po 10 godzin dziennie, realizowałem treningi, ale wiadomo, że to nie były optymalne warunki. Myślę, że sezon 2021 był przełomowy, tylko nie trafiłem na odpowiedni bieg, w którym mógłbym to pokazać. Miałem życiówkę 3:47 i szukałem mocnego biegu za granicą, ale nigdzie nie chcieli mnie przyjąć. W Polsce z kolei ciężko było znaleźć stawkę na atakowanie 3:40.

Czyli nie było rewolucji treningowej, tylko konsekwentna praca?

Współpracuję z trenerem Grzegorzem Sobczykiem od 2017 roku i tak naprawdę przez ostatnie lata się docieraliśmy. Mam do trenera pełne zaufanie. Nie zastanawiam się, nie analizuję, tylko przychodzę na trening i biegam. Rewolucji nie było. Jedyne co, to wprowadziłem zmiany w treningu siłowym.

Co masz na myśli?

Wszedłem na większe ciężary. Oczywiście myślę o okresie przygotowawczym, bo im bliżej startów, tym trening siłowy ma charakter bardziej dynamiczny.

Andrzej Kowalczyk

Jak wyglądały tegoroczne przygotowania, jeśli chodzi o obozy? Udało się wyjechać za granicę?

Byłem na trzech zgrupowaniach. Wszystkie krajowe, sfinansowane ze swoich i klubowych funduszy. W listopadzie trochę pobiegałem po górkach w Muszynie. Przed halą na dwa tygodnie wyjechałem do Spały. W kwietniu był obóz w Ulanowie. Miałem wszystko, czego potrzebowałem: trochę lasu, stadion. To były tylko trzy obozy, a poza tym treningi realizowałem w Krakowie.

W ostatnich latach uzbierałeś sporo seniorskich medali i mimo tego, nie masz zapewnionego szkolenia związku?

Miałem szkolenie za młodzieżowca, ale teraz nie łapię się do szerokiej kadry. Medale mistrzostw Polski nie dają powołania. Trzeba biegać wyniki na poziomie europejskim. Może 3:37 da mi szkolenie? Nie wiem, są osoby, które o tym decydują.

Przejście z młodzieżowca do seniora bywa dla wielu zawodników trudne. Wspomniałeś, że w 2020 wyjechałeś na jakiś czas do pracy za granicę. Były myśli, żeby rzucić bieganie?

Nie, zupełnie nie myślałem, że mógłbym przestać biegać. Decyzja o wyjeździe wynikała z sytuacji covidowej. Zamknięto uczelnie i nie było jasne, jak będzie wyglądać nauka. Początkowo studia zdalne nie funkcjonowały dobrze. Wróciłem z Krakowa do domu rodzinnego i miałem wybór: mogłem siedzieć i czekać, albo jakoś ten czas wykorzystać. Pojawiła się okazja, żeby wyjechać i zarobić, więc skorzystałem. Na miejscu okazało się, że mam niedaleko stadion. Wiedziałem, że wrócę do biegania na wysokim poziomie. Traktowałem ten okres, jako przejściowy.

Jaki jest Twój aktualny status – pracujesz, studiujesz?

Udało mi się nawiązać współpracę ze sponsorem „Serce Beskidu”. Mam z nimi fajny układ, dzięki czemu nie muszę pracować. Skończyłem „Sport” na krakowskim AWF-ie, a w tej chwili studiuję „Zarządzanie w turystyce i sporcie”. Chcę mieć plan B, gdyby nie wyszło z bieganiem.

Jak doszło do współpracy ze sponsorem?

„Serce Beskidu” to ośrodek konferencyjny, organizują przeróżne imprezy, mają domki pod wynajem. Są blisko sportu, organizują biegi górskie w regionie, wiem, że współpracują też z klubem tenisowym. Po medalu mistrzostw Polski w Poznaniu stwierdziłem, że warto podejść, porozmawiać. Właściciel od razu był zainteresowany współpracą.

Fajna sprawa, że lokalny przedsiębiorca wspiera lokalnego sportowca…

Szczególnie, że mój poziom sportowy nie gwarantuje wielkiej reklamy, która przyciągnie tłumy klientów.

Dziś reprezentujesz Kraków Athletics Team, ale Twój pierwszy klub to ULKS Fajfer Łapanów. Intrygujące, że na wsi powstał klub lekkoatletyczny z medalistą mistrzostw Polski. Dlaczego akurat tam zaczynałeś?

Pochodzę z okolic Limanowej, dokładnie ze Słopnic. Łapanów jest 30 kilometrów dalej. Bliżej nie było żadnego klubu lekkoatletycznego. Na jednych zawodach zauważył mnie trener Stanisław Karaś i ściągnął do Łapanowa. Dużo zawdzięczam trenerowi. Nie eksploatował mnie za młodu, tylko myślał przyszłościowo. Nie było ciśnienia na medale w młodszych kategoriach. Za juniora nie miałem złota mistrzostw Polski. Można było wyjść z założenia, że młody organizm wszystko przyjmie i cisnąć, ale gdzie byłbym teraz?

Powiedz na koniec o długofalowych planach. 1500 m będzie Twoim koronnym dystansem na dłużej, czy może planujesz się wydłużać?

Myślę, że mogę jeszcze dużo zdziałać na 1500 m, więc zostaniemy przy tym dystansie na dłużej. Może w przyszłości znowu spróbujemy przeszkód. W związku z tym, że osiemsetki nie mam zbyt szybkiej, to belki powinny być dla mnie fajnym dystansem.

Wyobrażasz sobie siebie jako maratończyka?

Oj, chyba nie. Maksymalnie 5000 metrów, może dycha, ale to max. Lubię biegi długie, ale nie aż tak długie. Maraton to dla mnie abstrakcja.

Zdjęcia: Marta Gorczyńska

Krzysztof Brągiel
Krzysztof Brągiel

Biega od 1999 roku i nadal niczego nie wygrał. Absolwent II LO im. Mikołaja Kopernika w Kędzierzynie-Koźlu. Mieszka na Warmii. Najbardziej lubi startować na 800 metrów i leżeć na mecie.