NB 1080v12
 
22 czerwca 2010 Redakcja Bieganie.pl Lifestyle

Polskie mityngi – smutny obowiązek lekkoatletów


Jestem dumna z tego, że w Polsce organizowane są dwa duże mityngi lekkoatletyczne w roku. Byłoby ich więcej gdyby miasta, tak! Miasta! Były bardziej sprawne. Przykład? Pedros Cup – nie bez przyczyny w tym roku odwołany. Ale o „nieobecnych” się nie mówi, dlatego zostawmy to. Poza tym to temat na odrębny felieton. Może, więc następnym razem.

Memoriał Janusza Kusocińskiego i ENEA Cup – cieszmy się z tego, co mamy. Co roku z wielką radością czekam na te mityngi. Jestem dumna z tego, że udaje się do Polski sprowadzić gwiazdy wielkiego formatu.

Tym razem jednak tak się złożyło, że nie mogłam obserwować zmagań zawodników z trybun. Byłam z dala od Polski i może, dlatego śledziłam to, co się dzieje w kraju jeszcze uważniej. I jestem w szoku! Oniemiałam, gdy czytałam kolejne internetowe relacje.

Zacznę chronologicznie – od Bydgoszczy. Tam są ludzie, którzy wiedzą jak organizować nie tylko duże, ale i dobre imprezy. Uczyli się przez lata, a teraz cieszą się zaufaniem IAAF. Pomaga im miasto, mają sprawnych przez lata sprawdzonych wolontariuszy i osoby, które cały czas trzymają rękę na pulsie. Wszystko jest zapięte na ostatni guzik i rzadko, nawet bardzo, ktokolwiek się na coś skarży. Ale w tym roku zaliczyli wpadkę, za którą mi – kibicowi, jest wstyd.

Niewiele mieliśmy w historii zawodników, którzy bili rekordy świata. Nie wspominając by działo się to na polskiej ziemi. Teraz mamy diament – Anitę Włodarczyk. My – Polacy, powinniśmy o nią dbać. Kibice wspierać dobrym słowem i dopingiem, media promować, PZLA wraz z ministerstwem sportu zapewniać jej zaplecze treningowo-szkoleniowo-medyczne, a organizatorzy mityngów odpowiednio nagradzać.

W Bydgoszczy zawiodły dwa filary – fani i organizatorzy. Szkoda, że nie potrafimy docenić tego, co mamy. Włodarczyk o 34 cm poprawiła własny, ustanowiony przed rokiem w Berlinie rekord globu. Przy pustych trybunach i bez odpowiedniej gratyfikacji. Nie wszystko w życiu robi się dla pieniędzy. Zgoda! Ale nie ma chyba na świecie mityngu lekkoatletycznego, w którym nie ma premii za pobicie rekordu świata. Mogę się mylić. I nawet, jeśli taki się znajdzie, czy naprawdę musimy równać do najgorszych? 

Podobno tak było w umowie. I co z tego? Tym gorzej dla organizatorów, bo to źle o nich świadczy. To tak, jakby nie zależało im na tym, by ten rekord padł. Nie zachęcali zawodniczki do największego wysiłku. Na szczęście Włodarczyk nie jest zmanierowana. Rzuciła. Zmierzyli. Ukłoniła się. Dziękuje. Good job!

Przyjęło się, że za rekord świata zawodnicy dostają 50 000 dolarów. To jednak tylko umowne. Jedni mogą dać mniej, drudzy więcej. Drugi wariant zdarza się coraz częściej. Dzięki dobrym wynikom rośnie prestiż zawodów, a sportowców zachęca to do rywalizacji. Przypomnieć wystarczy maraton w Dubaju. Za najlepszy w historii wynik obiecano… milion dolarów. Czemu Haile Gebrselassie zdecydował się tam biegać? Uwierzcie! Nie dla zabawy. Dla pieniędzy. Ten, kto był w Emiratach wie, co znaczy tamtejszy upał. Jest nie do wytrzymania – bez znaczenia na porę roku, czy dnia. Wysiłkiem jest przebiegnięcie 200 metrów, nie mówiąc o maratonie.

Bydgoszcz! Wstyd!

Anito! Dziękujemy!

To jednak nie koniec „polskiego kociołka”. Dwa dni później lekkoatletyczne gwiazdy przeniosły się do Warszawy. Jak trudno zorganizować w stolicy jakąkolwiek imprezę wiedzą tylko ci, co kiedykolwiek próbowali to uczynić. To porywanie się z motyką na słońce. Wiem, bo z bardzo bliska obserwowałam zmagania organizatorów w zeszłym roku. Nie będę pisała o nieprzespanych nocach, pracy po 20 godzin na dobę, ciągle trwających negocjacjach i rzucanych kłodach pod nogi. Po co? Liczy się efekt końcowy.

Memoriał Janusza Kusocińskiego cieszy się 56-letnią tradycją. Chyba na tyle długą, że w końcu czas się nauczyć organizować coś porządnie i z odpowiednią pompą. Problemów jest na pewno kilka – wystarczy wymienić brak odpowiedniego stadionu, niechętnych sponsorów i mało zainteresowanych kibiców.

Ale nie o tym! Po tegorocznej edycji mam jedno pytanie do organizatorów, – kim był Janusz Kusociński? Pamiętamy jeszcze? Wiemy, dlaczego mityng jest ku jego czci? Jakieś resztki chyba w głowie pozostały, bo bieg na 3000 metrów nadal nazywany jest memoriałowym. To tyle. Nie zadbano jednak o jego prestiż. Nie pierwszy zresztą raz. Szkoda.

Tym razem poszkodowanym jest Radosław Kłeczek. Wygrał najważniejszy bieg mityngu i? Mógł się cieszyć uściśnięciem ręki. Żadnej, nawet najmniejszej, gratyfikacji finansowej.

Warszawo! Wstyd!

Radku! Dziękujemy!

Zaraz ktoś oskarży mnie o materializm i powie, że w sporcie chodzi o wyniki. Nie! I ten, kto tak myśli nadal tkwi w czasach antycznych, gdzie coś robiło się dla idei. Niestety XXI wiek budowany jest na pieniądzach. Mityngi są dla sportowców po to, by na nich zarabiać. Nie bez przyczyny walczą w igrzyskach olimpijskich, mistrzostwach świata i Europy o tytuły. Przekłada się to potem na kasę – wysokość startowego, zaproszenia na prestiżowe zawody, w których za wygraną płaci się tysiące dolarów.

Nam jeszcze daleko do tego… a w tym roku zarówno Bydgoszcz, jak i Warszawa pokazały jak bardzo!

FORUM DYSKUSYJNE

Redakcja Bieganie.pl