15 grudnia 2009 Redakcja Bieganie.pl Lifestyle

„Mój brzuch” – praca nagrodzona w konkursie adidas’a


Niniejsza praca została laureatką w konkursie mikołajkowym adidas’a.
belly_507.jpg
Pojawił się sie jakiś czas temu, nie żeby nieoczekiwanie, ale jakoś tak niezauważalnie wkroczył w moje życie. Przez 13 lat trenowałem sztuki walki kilka razy w tygodniu po 4-6 godzin i nie musiałem sie martwić o diety i temu podobne sprawy. No, ale wiek, wolniejszy metabolizm, kontuzje kolan, rodzina, siedzący tryb życia, godziny za kierownica, piwo … I tak w moje życie wkroczył brzuch. Próbowałem się z nim zaprzyjaźnić, ale on nie dawał sie oswoić i ciągle rósł. Akcje typu dieta nie pomagały – czasami stabilizowały potwora, ale na krotko. I zawsze on wychodził z tego silniejszy a ja słabszy. No wiec … tak – poddałem się. Serio. Któregoś dnia kolega siedzący obok powiedział, że pobiegł w półmaratonie. Lol!!! To jest kurcze wyczyn – no kosmos! Widywałem biegaczy, ale zawsze to było … no powiedzmy szczerze – faceci w rajtuzach, czapeczki, kolorowe kurteczki, albo krótkie gatki – nie ze zaraz niepoważne, ale takie … z innej planety. No i jeden w drugiego szczuplaczek 🙁 . A ja przecież mam obcego – mój brzuch. No i te zniszczone kolana…

Będę szczery: bieganie to nie dla mnie. Jak jest zła pogoda to nie wejdę na schodek bez krzywienia sie z bólu. Jestem nocnym markiem wiec bieganie rano odpada. Bieganie wieczorem też – jestem ślepy jak krecik, mieszkam za granica w nienajlepszej dzielnicy … no tysiąc i jeden powodów żeby nie biegać. A, no i jeszcze brzuch, który powoduje zadyszkę i palpitacje serca przy wejściu na pierwsze piętro. Wiec nici z biegania!

W takiej sytuacji nie pozostało mi nic innego tylko… zacząć biegać. Dobra – bez żartów – ja wiem, że tego nie można nazwać bieganiem: bieżnia w siłowni, 100 metrów truchtu, 100 metrów marszu. Po 2 km serce ogłasza stan pogotowia strajkowego. Trudno poćwiczę na klatkę. Może ona spęcznieje to brzuch przestanie być widoczny. Nie można sie go pozbyć to go zamaskujemy :). 3 razy w tygodniu, powoli 100 metrów truchtu przechodzi w 200, po 3 miesiącach truchtam 3 km, 5 km. Truchtam godzinę! Mam sie coraz lepiej. Co prawda brzucha to nie rusza, ale … poddałem się i przestało mi zależeć. Serio. Oswoiłem go, albo to on oswoił mnie. Coraz mniej czasu spędzam na siłowni podnosząc jakieś żelazo, coraz więcej truchtam, powoli zaczynam biegać. Zaczynam sie zastanawiać jakby tu znaleźć jakiś plan treningowy albo … no nie wiem … Ale obciach – znajduje jakiś manual ćwiczeń fizycznych jednostek wojsk amerykańskich. Siła mnie nie interesuje, ale jest plan biegowy – jak dostosować organizm do biegania 40 mil tygodniowo. Bingo! To jest to, czego szukałem! Ponieważ mile są strasznie długie 😉 zamieniam je na km i zaczynam. Co za ból – zaczynałem od chyba 20 km biegu tygodniowo. 5 razy w tygodniu! To nie przelewki i jak ktoś sie będzie śmiał to … – to był manual navy seals albo ragersow – może nie zastrzelę, ale mordę obije. Zakwasy, ból kolana (niestety, niekończąca sie historia). Tragedia. Dwie dychy tygodniowo mnie zabijają. W trzecim tygodniu jest chyba 25 km! Najdłuższe odcinki to 7 km! … biegam … tydzień nr 8 – 40 km. Dałem radę? Na wagę nie wchodzę, bo widzę, że brzucha nie ruszyło. Mam go w … Tam właśnie. Straciłem motywację – biegam 40 km tygodniowo, waga ani drgnie, kolano boli … – po prostu marazm. Hej, a może by zamienić km na mile i zacząć od początku? No to jechane, a raczej biegane.

14 marca 2009 przebiegam po raz pierwszy 10 km w jednym kawałku. Jest nieźle. A, i byłbym zapomniał – trafiam na //bieganie.pl . Jaka śmieszna strona! Jacyś goście piszą głupoty – po 300 km buty sie zużywają, trzeba je zmieniać, buty takie srakie owakie. Jakieś plany biegania dla grubasów (no znaczy dla mnie)! Kit na wódę, fotomontaż – ja wiem ze to nie działa. Przecież biegam, ale waga sie zacięła. Ale to nic. Zaczynam czytać. Kupuje buty takie jak powinienem. Kupuje pulsometr. Biegam wolniej. Wciąż 6 razy w tygodniu. Luz – kolana mniej bola. Zaczyna mi sie nudzić. A może by tak jak kolega pobiec połówkę? Niemożliwe – zmieniłem spacerowe Nike na biegowe adidasy. Porażka. Po 2 km zaczynają mnie boleć stopy. Zmieniam na spacerówki. Kupuje nowe Nike. Jest jeszcze gorzej – ból nie do wytrzymania, a jakby na marginesie zauważam, że … faktycznie w pierwszych butach siadła amortyzacja! Nie wiem, co dalej – mam dwie pary nowych butów, ale nie mogę w nich biegać. Robię gambit – biegam tak długo aż ból staje się dotkliwy i wtedy zmieniam buty. Jakoś daje rade, nogi przyzwyczajają sie do obuwia jest dobrze. Kupuję nowe buty – znowu adidasy. Kupuję i biegnę. 10 km i nic. Wow, co za ulga – ale nadal trochę rotuje butami – raz biegam w jednych raz w drugich. W miedzy czasie dochodzę do 60 km tygodniowo. Półmaraton staje sie realny. Pora podjąć męską decyzje – rejestruje sie na połówkę w Toruniu (ach ten lokalny patriotyzm 😉 ). No, ale miesiąc przed, biegając wieczorem wpadam w dziurę. Ból pachwiny i po półmaratonie … nie mogę przestać sie ruszać, bo od razu skacze mi ciśnienie – nie biegam, ale chodzę te 6-7 km dziennie. Po 3 tygodniach zaczynam biegać. Jest po polowce, ale … połówki są dla mięczaków ;-). Rejestruje sie na maraton w Warszawie 😀 . Mam 3 miesiące, biegam jak głupi 12-15 km, 6 razy w tygodniu. O brzuchu już dawno zapomniałem. Zaczynam różnicować trening i robić dłuższe biegi w niedziele …

31 maja 2009 robię pierwsze w życiu 20 km. Czuje się jak … no może nie jak bóg, ale półbóg na bank! Nie za bardzo przejmuje sie tym, co biegam – robie sobie górki i interwały, ale generalnie nie bardzo sie tym przejmuje. Z kalkulatorka wychodzi że mogę pobiec poniżej 4:10, ale nie zakładam żadnego wyniku. Chce pobiec i dotrzeć na metę w mniej niż 5 godz. Wiem, to mało ambitne, ale nie tak dawno po 100 metrach umierałem, a było to kilka miesięcy temu!

No i masz, tydzień przed biegiem – choroba. Trafiła mnie gorączka, 2 dni nie mogę wstać z łóżka. Pierwszy raz w życiu nie idę do pracy! Za 6 dni maraton, a ja nie mam siły dojść do kuchni, żeby zrobić sobie herbatę. Tragedia – najpierw dziura w drodze i nici z Torunia, teraz choroba i nici z Warszawy … bilety do Polski kupione, startowe opłacone, marzenia … “nic to, powiedział Pan Wołodyjowski i wybuchł” – to humor z dawnego Przekroju. Lecę do Polski. Zabrałem spodenki i koszulkę – zobaczę, co da sie zrobić, jak nie dam rady to trudno, zejdę z trasy – tak mówię rodzinie, ale przecież wiem, że jeżeli dojdę na start i zacznę biec to … nie ma mowy, że zejdę. Dojdę na nogach albo na czworaka, ale sie doczłapię.

Warszawa, ukłon dla Pana Skarzyńskiego – wymieniam banknoty narodowego banku polskiego na jego książki. Dzień następny – start.

No i się zaczyna … na początku euforia, adrenalina, efekt stada – wiem, że jestem słaby jak dzieciak, ale zaczepiam sie na balonku 4:15 i biegnę. Tętno za wysokie, stan przedzawałowy – czuję, że się spalam, ale w tej chwili mam to … tam gdzie brzuch. Chyba piętnasty kilometr – kostka brukowa. Niedobrze, źle stanąłem i zaczyna boleć … kostka. Ale nic to, biegniemy dalej. Balonik trochę odpływa, ale wciąż nie jest daleko. Tracę siły, ale nie jest źle chyba dam rade. Stopa za stopą, nawrotka na Pradze i … zapeszyłem. Kostka boli, ale znośnie – niestety kolano wybrało sobie 26 km na pierwsze przypomnienie o sobie. Nie jest dobrze, strasznie boli, jakby było mało zaczyna boleć stopa – tu sprawa jest jasna, za mocno ściągnięta sznurówka. Jasny grom – czuje, że jeżeli sie zatrzymam to już nie ruszę. Trochę maszeruje, trochę biegnę. Kiedy ból staje sie za silny przechodzę do marszu, przestaje boleć – podbiegam. Trzydziesty kilometr – już nawet przestało mnie frustrować, że wszyscy mnie wyprzedzają. Biegnę i liczę do 200, maszeruje i liczę do 100. Wychodzi mi, że dam rade w 5 godz. Cóż, nie dobiegnę, ale jakoś sie dowlokę. Znowu zapeszam. Kilometr 33 już był. Biegnę, maszeruję, biegnę – nigdzie nie ma 34’go. Już dawno powinien być! Zaczynam się użalać nad sobą – to niesprawiedliwe, jak organizatorzy mogli mi to zrobić. Akurat ten kilometr jest, co najmniej 3 razy dłuższy! Przeklinam w myślach swoja głupotę, ale … nie jestem w stanie przestać myśleć, że to … to musi być spisek! Wreszcie jest – i zdziwienie – to napis 34 a dałbym głowę, że powinno być, co najmniej 35. No ale nic, najważniejsze że jest – i dalej liczę 200 i 100, 200, 100. Tunel – nie daje rady biec licząc do 200. Co najwyżej 100 na 100. Z bólu płaczę, nie mogę sie powstrzymać – powinienem dać rade ale ten ból … facet z aparatem robi mi zdjęcia. No pięknie, jeszcze mi tego brakowało – będę miał fotki jak wariat: stary chłop biegnie i ryczy. Ale i tak nie mogę przestać. Krok za krokiem, teraz trzeba wspiąć sie z Wisłostrady na wyższy poziom, zaczynają sie jakieś uliczki. Jest trochę więcej ludzi. Nie znam Warszawy i dawno sie pogubiłem – nie wiem gdzie jestem i ile do końca. Zakręt w lewo, jakaś budka z piwem – ja ledwo truchtam. Jakiś zakapior biegnie do mnie z kuflem piwa!!! O co mu chodzi??? I słyszę: „Wypij sobie to ci da kopa”! Jasne, ja nie potrzebuję kopa, tylko nowych kolan! I znowu kostka. Ledwo, co mogę na niej stawiać stopy, wbiegam pomiędzy ogródki letnie – dookoła ludzie siedzą i pija piwko… nie po prostu siedzą… nie biegną! Widać tych, którzy skończyli wcześniej, jak ja wam zazdroszczę, jakiś doping: dawaj, dawaj już niedaleko. Znowu ryczę, chyba nic z tego i facet, który krzyczy – jeszcze tylko 300 metrów. Uważaj, bo ci uwierzę. W lewo i w lewo – i faktycznie jest meta! Nogi jakoś przestały boleć, sekundy migają i … za chwile będzie 4: 50, ostatni podryw i daje rade. Netto 4:48. Jak to dobrze, że już nie muszę biec … dzwonię, że ukończyłem maraton, ale nie mam siły wykrztusić ani słowa. Na pytanie czy żyję stukam telefonem w ławkę… tylko ten ból … Nienawidzę biegania. Nienawidzę brzucha. Nienawidzę własnej głupoty – biegać mi sie zachciało! I po co? Nie mam siły sie ubrać, zakładam tylko bluzę i wlokę sie z workiem z rzeczami w ręku w stronę łóżka. W lodówce przygotowane jedzenie … kolega na Skype pyta, czy przebiegłem. Mówię, że skończyłem, choć z bieganiem to za wiele nie miało wspólnego i mówię, że następnym razem będzie lepiej. Chyba zdurniałem? Jakim następnym razem? Ale wiem, że będzie następny raz. Coś mi strzela do głowy … i kilkanaście dni później rejestruje sie na następny maraton. Teraz tylko, aby do marca. Barcelona czeka!!!

PS. W trakcie 3 miesięcy przygotowań do maratonu, ukradkiem i bez fanfar zniknęło trochę brzucha. Niedużo, 6 kg. Trochę wróciło, kiedy kurowałem kolana, ale to już nie jest ten dumny, pyszałkowaty, rozparty na kolanach pewny siebie brzuch. Jutro znowu sie przebiegniemy i on wie ze ma przechlapane. Ciekawe czy też sie wybiera do Hiszpanii? A zdjęcie płaksy z tunelu jest w tej chwili moją ulubioną fotką.

plaksa_tunel.jpg