philips
 
5 marca 2007 Redakcja Bieganie.pl Lifestyle

Bieganie według Andrzeja


Obecnie sport odgrywa w moim życiu bardzo ważną rolę. Lubię sobie zasiąść w
wygodnym fotelu i oglądać sport w TV.

Moje obecnie ulubione dyscypliny to: przede wszystkim Formuła 1 i tenis
ziemny pań. Od czasu do czasu lubię także obejrzeć dobry mecz piłki nożnej,
siatkówki czy tenisa stołowego. Jak widać z powyższej listy dominują sporty
letnie. Mówiąc szczerze nie znoszę polskiej zimy i tym samym sportów zimowych
(dziwaczne przełożenie, no nie?) No, hokej czasem obejrzę, czy curling.

Ale, tak poważniej. Sport jest dla mnie ważny, bo go uprawiam. Co tydzień
chodzę na siłownię, staram się jeździć na rowerze (jeżeli brat mi pożyczy),
jeżeli znajdę dobrego partnera/partnerkę to bardzo chętnie gram w badmintona
(prawda, że dziwnie się to pisze) – ale nie interesuje mnie zbytnio takie
„plażowe” odbijanie. Przy większej grupie – siatkówka. Nie stronię w sumie od
żadnej dyscypliny letniej. Ale tak naprawdę sportem numer jeden dla mnie jest
bieganie.

Uwielbiam biegać. Zwłaszcza długie dystanse. Co to jest długi dystans? Dla
mnie zaczyna się on od 10km. Biegam i krótsze, ale nawet dobrze się wtedy nie
rozgrzeję, nie rozkręcę. A moim ukochanym dystansem jest maraton, czyli 42,195km lub – jak kto
woli – 26,2 mili.

W tym momencie część z Was pomyślała sobie: „idiota, chce mu się biegać i to
aż tyle kilometrów” albo „to nie dla mnie” i w tym momencie macie ochotę
przestać czytać tę stronę. Wytrzymajcie do końca!

Też tak kiedyś myślałem. W szkole średniej i podstawowej byłem niezły na 60,
100m. Przebiegnięcie wymaganego 1km było dla mnie czymś strasznym. Po 200-300m
miałem dosyć. Najchętniej to bym stanął i miał gdzieś ocenę z WF. Nigdy nie
myślałem, że przebiegnę kiedykolwiek więcej niż właśnie ten 1km i to bez
przymusu! Chciałbym tu nadmienić, że nie trenuję w żadnym klubie, nie mam
żadnego trenera. Jestem zwykłym amatorem.

A wszystko zaczęło się tak niewinnie. Koleżanka chciała zrzucić parę
kilogramów (nie wiem z czego, ale chciała) i zaproponowała mi, żebym jej
towarzyszył. Przebiegliśmy wtedy około 400m i mieliśmy dosyć. Następnie
przeszliśmy ze 2km rozmawiając. Naprawdę fajnie się „biegało”. Potem się to
urwało na parę lat i dopiero w 1993 znów ta sama osoba znowu mnie wyciągnęła.
Tylko ona była w doskonałej formie, więc w sumie oglądałem jej plecy (i ładne
nogi). Następnego dnia nie chciała znowu ze mną biegać – byłem dla mniej
ciężarem. Ale mnie się to spodobało i doszła ambicja – jak to, ona ma być lepsza
niż ja? I tak się to wszystko zaczęło i trwa do dziś.

Z technicznego punktu widzenia bieganie jest najbardziej naturalną dyscypliną
sportu. Chyba każdy z nas kiedyś podbiegał do autobusu, czy też biegł, aby się
nie spóźnić. Kolejny plus to fakt, że biegać można wszędzie i zawsze. Nie
potrzeba do tego żadnego super drogiego sprzętu, ani specjalnego miejsca.
Wystarczą buty biegowe, jakiś strój i chęć. Poza tym w czasie biegu pracują
wszystkie mięśnie. Wady? Przy zachowaniu odpowiednich zasad bezpieczeństwa i
metod treningowych nie widzę żadnych. I jeszcze jedna bezapelacyjna zaleta
biegania: obecnie sport zawodowy jest bardzo daleko od amatorskiego. W przypadku
biegania tak nie jest. W większości biegów masowych (ulicznych) może wystartować
każdy, bez względu na poziom i osiągane wyniki. Można pobiec razem z najlepszymi
zawodnikami na świecie.

Ktoś by zapytał dlaczego bieganie? A dlaczego jeden lubi lody waniliowe, a
inny czekoladowe? Po prostu wiem, że to jest to. I uważam, że mam wielkie
szczęście, że odkryłem (Danka – wielkie dzięki) swoją pasję. Ona bardzo dużo mi
dała i daje nadal. Na pewno każde z Was widziało kogoś kto biegł. Co widzicie?
Człowieka w krótkich spodenkach, w koszulce na ramiączka (a jest tylko +8°C).
Widzicie pot po nim spływający, słyszycie jego oddech. Widzicie jego wysiłek
fizyczny, jego zmęczenie. I część z Was myśli sobie „co za kretyn, po co się tak
męczyć?!”. Ale tak naprawdę to nic nie widzicie. W bieganiu dla mnie (nie mylić
z jogging’iem(*)) wysiłek fizyczny stanowi tylko 15% całości. Reszta to
psychika. Bieganie jest dla mnie niesamowitą frajdą, zabawą. Daje mi
niesamowicie wiele radości. Nawet sobie nie zdajecie sprawy jakie to uczucie
przekroczyć linię mety biegu maratońskiego. Gdy zakładają Wam na szyję medal.
Coś niesamowitego, pięknego.

Biegając odpoczywam, relaksuję się, nabieram sił do dalszego działania,
życia. Poza tym dodatkowo jest to godzina dziennie, którą ma się
tylko dla siebie (nawet jeżeli biega się razem z kimś).
Wysiłek, zmęczenie jest tu nieistotne, prawie się go nie odczuwa. Bieganie u mnie
nie powoduje tylko dobrej kondycji, czy też poprawy zdrowia, ale również wpływa
na inne aspekty mojego życia. Uprawiając tę dyscyplinę zmienił się mój stosunek
do mnie samego, do świata, do innych ludzi. Pomogło mi to sprecyzować, określić
moje cele w życiu. Teraz to dopiero myślicie, że mi odbiło i że jestem zdrowo
rąbnięty. Przeczytajcie to poniżej.

W moim przypadku bieganie nie jest dyscypliną sportową. Jest czymś naturalnym
jak oddychanie czy sen. Bieganie jest moim stylem życia.

Naprawdę, nie chcę tutaj nikogo zachęcać do biegania, a tym bardziej do
biegania maratonów. Bieganie jest świetne dla mnie, ale nie musi być dla
wszystkich. Ale chcę Was zachęcić do uprawiania jakiejkolwiek dyscypliny
sportowej. W miarę regularnie i przez cały rok. Znajdźcie swoją dyscyplinę! I
nie ważne ile ma się lat i co się w życiu robi. Lepiej zacząć późno niż wcale.
Zamiast po powrocie z pracy czy z uczelni zasiąść przed TV, aby obejrzeć
ulubiony sport lepiej sami go uprawiajcie.

Wiem, że wiele osób chciałoby pobiegać, pograć w piłkę, czy też pojeździć na
rowerze czy potrenować coś innego. Ale się tego wstydzą. Boją się co sobie
ludzie na ulicy pomyślą, a już byłaby tragedia gdyby zobaczył ich ktoś znajomy.
Niestety, polskie społeczeństwo jest bardzo nietolerancyjne. Wiem z własnego
doświadczenia jaki efekt powoduje zobaczenie na ulicy mnie biegnącego, nie
mówiąc już o biegnącej kobiecie. Mniejsze zdziwienie wywarłby kosmita. I czasem
padają rzeczywiście nieprzyjemne komentarze. Po pewnym czasie nie zwraca się na
to żadnej uwagi. Z resztą jeżeli trenowałoby dużo osób, wtedy nietrenujący
byliby w mniejszości i to na nich my byśmy dziwnie patrzyli.

A więc do poszukiwań! I proszę się nie zniechęcać. Zawsze przychodzi taki
moment, gdy chce się zrezygnować. I tu jest rzecz najistotniejsza. Czy to jest
tylko chwilowa słabość, czy też to nie jest dyscyplina dla Was? W takim wypadku
spróbujcie potrenować jeszcze dwa tygodnie. Jeżeli nadal będziecie chcieli
zrezygnować – zróbcie to! Tu nie o to chodzi, aby się do czegokolwiek zmuszać.
Trzeba to chcieć robić. Inaczej nie ma zabawy, nie ma radości, nie ma
satysfakcji.

No dobrze, wróćmy jeszcze na chwilę do mojego biegania (to się facet
rozpisał). Może w tym miejscu obaliłbym parę mitów, które krążą wokół biegania,
a także wokół innych sportów. Otóż, żeby zacząć biegać, czy też uprawiać inny
sport nie trzeba rezygnować z dotychczasowego stylu życia. Trzeba jedynie
wygospodarować trochę czasu. Ale nie trzeba wcale przestać palić, pić, czy też
robić tego trzeciego na „p”.

Nie trzeba także stosować specjalnej diety. Proszę się także nie łudzić, że
samo bieganie pomoże Wam zrzucić zbędne kilogramy. Jeżeli tak,
to w bardzo ograniczonym stopniu. Bieganie, czy też inny sport przeważnie
pozwalają utrzymać wagę na tym samym poziomie. Zmienia się to, że tkanka
tłuszczowa „przemienia” się w tkankę mięśniową. Chociaż to w dużej mierze jest
rzeczą bardzo indywidualną, zależną od organizmu.

Bieganie nie jest popularne w Polsce – w samym tylko Nowym Jorku biega więcej
osób niż w całej Polsce. Ale (tu Was na pewno zaskoczę) średnio prawie
codziennie jest w Polsce jakaś impreza biegowa. I w czasie moich 6 lat biegania
brałem udział w wielu tego typu zawodach. Ktoś mógłby się zapytać, po co w nich
biorę udział skoro jestem amatorem i nie mam żadnych szans aby wygrać z
zawodowcami. Więc po co? Powodów jest wiele.

Zawody przeważnie mają określony zmierzony dystans oraz jest mierzony
dokładny czas. Dla mnie imprezą nadrzędna jest maraton. I takie starty dają mi
możliwość określenia mojej kondycji, formy. Dają informację nad czym muszę
jeszcze popracować, co jest moją słabą a co mocną stroną. Poza tym jest to
wspaniała impreza towarzyska, gdzie można się świetnie bawić, ciekawie
porozmawiać, wymienić się doświadczeniami, poinformować o następnych imprezach.
OK, no ale po co biec maraton?

Maraton dla mnie jest czymś magicznym. Jest to dystans, który już nie każdy
jest w stanie pokonać. Jest to bieg, w którym ciągle nie wiesz (tak jak w życiu)
co się za chwile stanie. I jest to niesamowite uczucie, gdy przekraczasz linię
mety. Dostajesz medal. Może w krótszych biegach tego tak nie widać, ale w
maratonie, każdy kto go ukończy jest zwycięzcą, bez względu na wynik i styl.
Może to dziwnie zabrzmi, ale ja podczas startów w zawodach nigdy się z nikim nie
ścigam. Nie ważne jest dla mnie, czy zajmie 5, czy 10, czy też 200 miejsce.
Oczywiście zawsze staram się wypaść jak najlepiej. Ale tu nie czas i miejsce się
liczy. Ważna jest tylko walka z samym sobą, z własnymi słabościami.

Wyznaję także zasadę która mówi, że jeżeli w czasie biegu (startu) dałeś z
siebie wszystko to jesteś zwycięzcą i wcale nie jesteś gorszy od tego kto
przybiegł pierwszy, ani też lepszy od tego kto przybiegł ostatni. W USA jest
organizowany bieg, gdzie wszyscy zawodnicy podają swoją wagę i wiek. W stosunku
do uzyskanego czasu dokonywane są korekty uwzględniające te dwa czynniki. I
często okazywało się, że prawdziwym zwycięzcą nie był ten, który przekroczył
linie mety jako pierwszy. Więc dla biegacza(*) miejsce się naprawdę nie
liczy.

Pamiętam mój pierwszy maraton – tego się nigdy nie zapomina. Przystąpiłem do
niego zupełnie nieprzygotowany, myśląc: co to jest 42,195km? Po prostu
zlekceważyłem dystans. I strasznie za to zapłaciłem. Ale go ukończyłem.
Odczuwałem wtedy straszną mieszankę uczuć. Po biegu ledwo doszedłem do domu.
Wykąpałem się, padłem nieżywy na łóżko i pospałem parę godzin. Na widok jedzenia
robiło mi się niedobrze. Tylko piłem. Ale z drugiej strony czułem się
wyśmienicie. Ta euforia, radość, satysfakcja rekompensowały całą resztę. Przez
dwa dni ledwo sie poruszałem, ale potem wszystko wróciło do normy. Po 10 dniach
zacząłem z powrotem biegać. Dzięki temu poznałem czym jest maraton, co to znaczy
być zwycięzcą.

I do dziś uważam się za zwycięzcę. Zawsze dawałem z siebie wszystko na co
mnie było stać w dniu zawodów. Do moich największych sukcesów zaliczam
oczywiście przebiegnięcie 7 maratonów:

  • 4 razy Maraton Warszawski ’94 ’95 ’96 ’98
  • Viena City Marathon ’96 (Maraton w Wiedniu)
  • Berlin Marathon ’97
  • Boston Marathon
    ’97

Do tych maratonów dopisuję bieg 24 godzinny w Warszawie w 1996. Bieg ten
polega na przebiegnięciu jak największej liczby kilometrów w czasie 24 godzin.
Była wtedy naprawdę wspaniała atmosfera. Do tego dochodzą jeszcze różne biegi na
bardzo różnorodnych dystansach: od 1 mili do półmaratonu. Ale najważniejszy dla
mnie jest maraton w Bostonie. Niezapomniane wrażenie. Bardzo trudna trasa. Ale
jaka wspaniała atmosfera w czasie biegu. Jaka oprawa. I niezliczona liczba
kibiców wciąż Ciebie dopingujących. Jest straszna różnica w bieganiu maratonów w
Polsce a poza jej granicami. Tutaj jako ciekawostkę mogę napisać, że zupełnie
inaczej się biega 26,2 mili, a zupełnie inaczej 42,195km. Dystans niby ten sam,
ale…



(*) Według jednego z twórców filozofii biegania, George Seehan’a, można
rozróżnić trzy typy ludzi uprawiających bieganie:
jogger (z ang.
jogger)
– człowiek, który biega dla zdrowia, czy też z powodu panującej
mody. Przebiega przeważnie krótkie dystanse do ok. 5km dziennie. Dobrym
przykładem jogger’a jest Bill Clinton, czy też George Bush.
ścigacz
(z ang. racer)
– dla niego bieganie to przede wszystkim zawody.
Możliwość zmierzenia się z innymi. Rywalizacja. Wygrana.

biegacz (z
ang. runner)
– jest to najtrudniejsze pojęcie do wytłumaczenia. Dla
niego liczy się bieg sam w sobie, a nie cała otoczka jak miejsce, nagrody, czy
też zdrowie. Tutaj większą rolę odgrywa psychika niż wysiłek fizyczny.
Wykorzystuje bieganie do rozwoju swojej osoby, osobowości. Jest to dla niego
pewien styl życia. Ciężko to wytłumaczyć.