Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Prywatności. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.

Zamknij
Prosta oszczędność energii - na treningu Kipchogego

Nie do końca spakowany, nie do końca wyspany zjawiłem się w Kenii. W poniedziałek w Eldoret padał deszcz. W sumie to było ożywcze, podobnie jak wyrzut adrenaliny podczas jazdą matatu do hotelu: 30-letni samochód + ambitny kierowca + tutejsze drogi = jeden wielki czarny punkt na drodze. Styczeń zaczął się dość niespodziewanie. Karibu! I to od razu na wysokości. Nie mogłem doczekać się spotkania z biegaczami najlepszej biegowej grupy świata. Grupy Kipchogego.

W moim wyjeździe do Eldoret pośredniczył Tomasz Lewandowski, który jest nie tylko uznanym na świecie (mniej w Polsce) trenerem, ale ważnym elementem wielkiej układanki marketingowej w Global Sports Communication. Tą holenderską agencją, mającą w stajni czołowych biegaczy świata: od Gebrselassiego, przez Bekelego, Hassan i Lewandowskiego (Marcina), aż po Kamworora i Kipchogego, ale też robiącą imprezy sportowe – od wielu lat kieruje Jos Hermens.

W kwietniu 2017 roku powstała na jej gruncie NN Running Team, grupa, w której są najlepsi maratończycy na Ziemi. Dość powiedzieć, że w tej chwili 3 pierwsze wyniki w tabelach historycznych męskiego maratonu należą właśnie do nich.

Kaptagat - matecznik NN Running Teamu

Sportowcy z NN Running Team trenują w dwóch większych (w Kenia i Etiopii) oraz kilku mniejszych ośrodkach (np. w Ugandzie). Największy, wzorcowy dla pozostałych grup, obóz znajduje się w Kaptagat, jakieś pół godziny jazdy szalonego kierowcy od Eldoret, 300-tysięcznego miasta z własnym lotniskiem i spalinami.

Pierwszy camp NN Running Teamu, z tego co tłumaczy mi Marleen - pani od komunikacji z Global Sports, powstał, żeby stworzyć profesjonalne warunki do biegania w grupie. Zainwestować w to, o czym już wszyscy wiedzą, ale nikt nie ma na to wystarczających środków i determinacji. Holendrom zależało przy tym bardzo, by afrykańscy biegacze stali się kimś więcej niż trybami w maszynie, byli mniej anonimowi, a ich historie niepowtarzalne. Od strony sportowej wykorzystano doświadczenia zgromadzone przez lata oraz plusy i minusy projektu #breaking2 – kiedy to przygotowywano próbę bicia 2 godzin w maratonie po raz pierwszy. Logistyką kenijskiego obozu zajmuje się teraz Valentijn Trouw – to ten, jadący na rowerze obok Eliuda, podający międzyczasy i picie w trakcie INEOS 1:59 w Wiedniu. Współinicjatorem stworzenia zamkniętej, ale skoncentrowanej na celu grupy był sam Kipchoge, który w Kaptagat trenuje od 17 lat.

- Dodawaliśmy do teamu kolejne osoby: lekarza, fizjoterapeutów, dietetyka. W NN Running Team mamy tylko biegaczy ulicznych, ale do obozu w Kaptagat przyjeżdżają różni nasi zawodnicy, również z bieżni, by poczuć atmosferę, nie tylko trenowania, ale życia w grupie. Od strony trenerskiej czuwa nad nimi Patrick Sang i jego asystent Richard Meto - mówi Marleen.

Zawodnicy NN Running przygotowują się do maratonu w 4-miesięcznych cyklach. W tym czasie trenują i żyją wspólnie w izolowanym od świata ośrodku. Każdy ma przypisaną jakąś okresową funkcję, na zmianę prowadzą odcinki na treningach, czyszczą toalety i zamykają obozową bramę. Eliud nie jest tu wyjątkiem. Mówi mi zresztą, że nie chce być autorytetem, tylko liderem grupy.

Oszczędzanie energii

Zanim wpadniemy z wizytą do mistrza i podejrzymy obozowe życie, czeka nas wizyta na treningu. Dziś wtorek, więc będziemy na bieżni. Jedziemy na stadion uniwersytetu Moi jeszcze przed świtem. Mijamy zaledwie kilka samochodów na zatłoczonej za dnia ulicy. Nasza wynajęta taksówka upstrzona jest okrągłymi naklejkami INEOS 1:59. Kierowca, wyraźnie dumny, że to jego pytamy o zdanie mówi, że to było wielkie święto w Eldoret, a ulice były puste, bo wszyscy oglądali relację  z Wiednia. Oczy zazwyczaj spuszczone, gdy miejscowy rozmawia z mzungu, przez chwilę błyskają na mnie białkami w lusterku wstecznym. Wjeżdżamy na zamknięty teren. Żeby potrenować na tej bieżni, trzeba to ustalić wcześniej z dyrekcją uniwersytetu. „Uniwersytet" dla tego przybytku to określenie dla nas i naszych norm dużo na wyrost. Tutaj co druga podstawówka nazywana jest akademią, baraki noszą dumne miano hoteli z gwiazdkami, a odrapane budynki sklepowe opatrzone są szyldem „Center”. Ochroniarze też wpuszczą na stadion swoich znajomych - wiele zasad jest umownych, wykonywanych w danej chwili pod warunkiem wystarczającym. Przy tym dzieje się to w dobrej wierze, a na chwilę leniwy poranek zamienia się dla takiego strażnika w atrakcję, którą będzie sobie wspominał następną dobę. Odnoszę wrażenie, że miejscowi wchodzą w role okazjonalnie, wykonują swoje przydzielone zadania z dumą, ale jako że zasady pochodzą z innego świata, innego wymiaru - nie do końca mieszczą się w tutejszym trybie oszczędzania energii. Stand-By panuje niepodzielnie.

Energię oszczędzają też na rozgrzewce biegacze od Kipchogego. Sam wolny bieg, żadnych zbędnych ćwiczeń. Inne grupy ustępują im miejsca – gdy truchtają pod prąd wilgotnej jeszcze bieżni. Wieczorne opady pozostawiły na niej jedną wielką kałużę, na szczęście po zewnętrznej stronie boiska. Powoli odbija się w niej coś więcej niż ciemność. Wraz ze wschodem słońca robi się cieplej.

Wąż o długim ogonie

Trening się opóźnia, bo Patrick Sang zarządził, że trzeba trochę poczekać, aż gliniasty szutr nieco podeschnie. Mimo tego i tak po 15 minutach miejsce przy krawężniku lekko zagłębia się pod stopami biegaczy. Trzy przebieżki, wysmarkać się i są gotowi. Niektórzy balansują na jednej nodze jak flamingi, próbując zdjąć jeszcze wierzchnie spodnie i ich nie zamoczyć na mokrej trawie. Przy prostej stoją dwie przekrzywione ławki. Surowej, ciemnej nawierzchni nie przecinają żadne linie, na stadionie są tylko cyfry namalowane na wytartym krawężniku i stojące bloki wyznaczające połowę okrążenia.Dwie dziewczyny – Selly Chepyego i Hyvin Kiyeng mają swój osobny trening i pacemakera. Większość chłopaków z 20-osbowej grupy z literami NN na koszulkach będzie zaś dzisiaj biegać razem. Dołączają do nich zaprzyjaźnieni zawodnicy, ale znają swoje miejsce i nie zmieniają go samowolnie – w długim na 40 metrów wężu kolejność nie jest przypadkowa.

Tempo nadają na zmianę chyba Victor Chumo i Nicholas Rotich, potem tak, to na pewno Eliud. Ostatnie odcinki prowadzi Abdi Nageeye. Patrzę na zegarek i jestem trochę zawiedziony. Nawet jak na początek okresu przygotowań (Kipchoge ma w planach kwietniowy maraton w Londynie), wysokość ponad 2000 m n.p.m., czy podmokłe podłoże - prędkość nie jest zabójcza. W sumie zawodnicy biegną 8 x 1600 m po 2.52-2.55/km. A przecież  średnie tempo w trakcie łamania dwóch godzin w jesiennym maratonie pod Praterem wyszło szybsze… Przerwa pomiędzy odcinkami to 200 m - w połowie w marszu, w połowie w truchcie, tak by ogon węża dogonił za metą głowę i by przeformować szyki przed następnym powtórzeniem - w sumie półtorej minuty puszczania bąków, smarkania, wycierania spoconej twarzy.

Samo 1600 m to pełna synchronizacja, bez szarpań i wyprzedzania. Ci z NN Running Teamu w większości mają na nogach zielone lub różowe Nike Next%. Na tle biegaczy z innych grup wyglądają lekko. Najlżej Eliud.

Prosto

Nawet, gdyby obok bieżni postawić laika i spytać, kto jest najmniej zmęczony, kto się najmniej poci lub kazać po prostu słuchać odgłosów grupy - wskazałby na Kipchogego. Oglądając na zbliżeniu zawody w Wiedniu widziałem, że tylko lekko otwierał usta, tutaj mam wrażenie, jakby nie potrzebował w ogóle oddychać. On nie jest skupiony, on nie jest w stanie pełnej koncentracji - on jest w tym momencie samą ideą biegu. Nie przeszkadzają mu koledzy, zdjęcia dziennikarzy, głosy nagle obudzonej szybkim wschodem słońca bliskiej ulicy. W pierwszej chwili myślę, że jest w tym nieludzki. Potem dochodzi do mnie, że żaden robot nie jest w stanie odtworzyć ruchów tak biegnącej istoty. Na jednej z przerw słyszę, jak się śmieje z innymi i na chwilę się w nich wtapia.

Po treningu szybkie przebranie w suche rzeczy, kilka łyków i indywidualny trucht. Potem jazda do obozu, na śniadanie. Oczywiście żadnych ekscesów i rozciągania. Od tego są ewentualnie fizjoterapeuci w obozie, przypomina Marleen.

- Nie ma w tym wielkich tajemnic. To jest naprawdę proste – mówi, gdy idziemy do samochodu przez zroszoną trawę, trochę szurając, by pozbyć się grudek żwiru z butów. – Jak ci się podobało, spodziewałeś się czegoś specjalnego? Tak. Wiem, że wszystko jest funkcją zaangażowania, że trzeba się skupiać rozwijaniu talantów, na pracy i że w Europie komplikujemy wszystko ponad stan. Nastawiałem się jednak jakoś podświadomie na treningowe fajerwerki, nowoczesne zaplecze, może nawet kupę pieniędzy zmieniających wszystko na gorsze. Póki co widziałem prostą, ale nie wygładzoną bieżnię, na niej ludzi w galopie podporządkowanych jednej synchronizującej wszystko idei.

No i jednego człowieka, którego przez nieuwagę pomyliłbym z maszyną.


Fot. NN Running Team