Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Prywatności. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.

Zamknij
kołczing

kołczing

Felieton Krzysztofa Brągiela nr 1
Krzysztof Brągiel
02-05-2019

Miałem kiedyś chomika o imieniu Sven. Niestety los dość szybko nas rozdzielił. Któregoś popołudnia Sven niepotrzebnie wyszedł z progu i spadł z balkonu. Nauczyła mnie ta sytuacja jednej prostej rzeczy: czasami lepiej się nie wychylać.

Sęk w tym, że forma felietonu niemal nakazuje wbijać szpilę i robić innym złośliwości. Dlatego przepraszam Cię Svenie, mój dawny druhu, ale w poniższym tekście zrezygnuję z twojego coachingu sprzed lat. Choć o coachingu właśnie będzie.

Trenerzy biegania. Kiedyś Lydiard, Bowerman, Mulak. Dziś Salazar, Canova, Król. To w wyczynie. Od jakiegoś czasu pojawiło się jednak zapotrzebowanie na trenerską obsługę biegacza pasjonata. Kogoś, kto z biegania nie żyje, ale bieganiem wypełnia wolne popołudnia. Wtem, w dalekim Hrubieszowie wylądował statek kosmiczny, z którego po kolei zaczęli wysiadać ONI. Zwarci i gotowi. Zdeterminowani by zagospodarować świat masowego, amatorskiego biegania merytorycznym doradztwem.

Żart. Trenerów biegania nie dostarczyło UFO. Skąd się zatem wzięli? Większość pochodzi z szeroko pojętego zawodowstwa, pozostali trafili do biegania już jako dorośli, nierzadko żonaci i dzieciaci nie posiadając wyczynowego backgroundu. Wszyscy musieli sobie jednak pomyśleć któregoś deszczowego popołudnia, pijąc do lustra sojowe latte: skoro żem siebie wytrenował, to może innych wytrenuję. No i bęc. Machina ruszyła.

Trener biegania, którego znamy z social mediów jest jak alfa i omega. Powie ci nie tylko jak biegać, ale też jak żyć. Zbudzony w środku nocy prawidłowo oszacuje indeks glikemiczny banana i słonego karmelu. Doradzi, co zjeść, ile wypić i czym zakąsić. Pokaże, jak wyglądają wieloskoki na jednej nodze, po czym zabroni ich wykonywania, żebyś nie uszkodził sobie kolan. Zmierzy zakwaszenie pompką do roweru. Uwolni ukryty potencjał, który zaklęty jest w sile umysłu. Dobierze buty. Garnitur. Jak trzeba to i żonę. Trener biegania wie wszystko i nigdy nie popełnia błędów. A w każdym razie takie odnoszę wrażenie.

Gdy nadchodzi niedzielny wieczór, social media pękają w szwach od znakomitych informacji płynących z fanpejdży biegowych coachów. Życiówki podopiecznych sypią się jak łupież z głowy rockowego gitarzysty. Sukces goni sukces. Forma zawsze jest trafiona. I ja to rozumiem, wszak żaden murarz nie chwali się spartoloną ścianą nośną. Wrodzony sceptycyzm nakazuje mi jednak dopytać: Seriously?! Nigdy nie popełniacie błędów w przygotowaniu swoich klientów? Winszuję.

Tworzone przez trenerów zespoły (albo jak wolą teamy) to współcześnie coraz częściej prawdziwe spółdzielnie treningowe. Nie są to kameralne grupki, ale drużyny zrzeszające w jednym momencie kilkudziesięciu, a może nawet kilkuset (?) zawodników. Nie zaglądam trenerom w maile, ani excelowe tabelki, ale wnioskując po facebookowych relacjach z kolejnych udanych startów – jest ruch w tym interesie. I tutaj ponownie mam zgryz, który nie pozwala na spokojne ucięcie poobiedniej drzemki. Seriously?! Indywidualne, kompleksowe, wyczerpujące podejście do każdego biegowego przypadku z osobna? Winszuję.

Skoro już poplułem jadem, nie pozostaje mi nic innego jak na koniec trochę się podlizać. Uważam, że trenerzy biegania w sensie globalnym wykonują bardzo pożyteczną robotę. Pozwalają oszczędzić biegaczom amatorom czas a nierzadko zdrowie. Stopują nadgorliwców, motywują tych, którzy lubią czuć nad sobą tzw. bat.

Do momentu publikacji tego „felietonu” niejeden trener biegania „kolegą moim był”. Z pierwszym uczyłem się encyklik, z drugim skipu „B”, kolejny oferował nocleg, jeszcze inny pomoc w treningu.

Mimo prywatnej sympatii pożegnam się jednak kultową frazą Franza Maurera. Mój drogi trenerze, w kwestiach biegowych „jakoś Ci nie ufam i jakoś Cię nie kocham”.


 


____________________
Krzysztof Brągiel – biegacz, tynkarz, akrobata. Specjalizacja: suchy montaż i czerstwe żarty. Ulubiony film: „Pętla”. Ulubiony aktor: Marian Kociniak. Ulubiony trening: świński trucht. W przyszłości planuje napisać książkę o wszystkim. Jeśliby się nie udało, całkiem możliwe, że narysuje stopą komiks. Bycie niepoważnym pozwala mu przetrwać. Kazał wszystkich pozdrowić i życzyć miłego dnia.

Krzysztof Brągiel
Krzysztof Brągiel
biega od 1999 roku i nadal niczego nie wygrał. Absolwent II LO im. Mikołaja Kopernika w Kędzierzynie-Koźlu. Mieszka na Warmii. Najbardziej lubi startować na 800 metrów i leżeć na mecie.
Dyskusja

Forum bieganie.pl - największe biegowe forum

  • Pixa | 01.10.2020
    Cisnąłem mimo kontuzji nie dlatego, żeby zaliczyć, tylko dlatego że szkoda mi było przepracowanego czasu. Koniec końców NIE pobiegłem za pierwszym razem. Po drugie moim celem nie było dojście do mety w 6h :-) Po trzecie nie mam zamiaru biegać ultra :-) Po czwarte trochę zapomniał ;-)
  • kkkrzysiek | 01.10.2020
    Czekaj, to nie ty jeszcze niedawno cisnąłeś byle zaliczyć maraton, pomimo kontuzji? Zapomniał wół, jak cielęciem był?
  • Pixa | 30.09.2020
    bieganie.pl napisał(a):


    I jest w tym felietonie ciekawy fragment, z którym się zgadzam. Nie osiągasz sukcesów w maratonie? Idź w ultra, zaimponujesz dystansem. Co z tego, że połowę przejdziesz, ważne, że w limicie godzin się zmieścisz i będzie szacun na dzielni, bo przekuśtykałeś 100 km. Uwaga, najpierw musisz zaliczyć wcześniejszy sukces w postaci maratonu w 6 h i fotki na fejsa.
  • ragozd | 23.08.2020
    To chyba były powody, by przestać pisać felietony :(
  • Ostatni | 23.08.2020
    "Wychodzą z tego tylko najsilniejsi i najbardziej zdeterminowani. Jeśli miałbym pokusić się o jedną uniwersalną radę, która uchroni cię przed trwaniem przy niewinnym hobby w rajtuzach aż do grobowej deski, powiedziałbym: „Po pierwsze - nie zaczynaj”. "

    Hehe, a nawet jak wyjdziesz to z ukochanych przewygodnych rajstopek nie zrezygnujesz nigdy. lol
  • Sghjwo | 24.07.2020
    bieganie.pl napisał(a):

    Ja skorzystałem z 4 sposobu. Przepukliny lędżwiowe i lekarz kategorycznie zabronił biegać. Przesiadłem sie na rower, teraz zamiast sobotnich wybiegań 20 kilometrowych, robie 150km rozjeżdzania :hejhej: i kręgosłup nie boli :).
    Tak myslę czy nie przygotować się do jesiennego maratonu i spróbować jeszcze raz. Czasu zostało niewiele, ale ja dreptacz jestem :D
  • bieganie.pl | 23.07.2020
  • bieganie.pl | 16.07.2020
    Skomentuj artykuł tak upadają mocarstwa
  • yahaya | 10.07.2020
    świetnie napisane... no i ta końcówka... góry zawsze czekają gdy trójka się oddala :-)