Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Prywatności. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.

Zamknij
nienawidzę biegać

nienawidzę biegać

Felieton Beaty Sadowskiej nr 1

„Nienawidzę biegać“ – te słowa powtarzałam jak mantrę przez piętnaście lat: od chwili ostatniego treningu na Legii (trenowałam tam lekkoatletykę przez pięć lat) do momentu założenia biegowych butów na zdezelowanym stadionie Skry. Dlatego zupełnie mnie nie dziwią wszyscy, od których słyszę: „Bieganie?! Nigdy! To nie dla mnie. Próbowałam i moje ciało tego nie chce. Nudzę się. Bolą mnie nogi. Strzyka w kolanie“.

Powody, przez które ludzie nie biegają mogę mnożyć dokładnie tak samo jak powody, dla których biegają. Ja zaczęłam biegać, bo byłam najszybsza w klasie: na 60 i 600 m. Moja wuefistka najpierw wciągnęła mnie do sekcji sportowej, potem na Legię. To były czasy, kiedy walczyło się o kolce i gruby zielony dres po starszej koleżance. Tak, tak, na używane rzeczy trzeba było sobie zasłużyć. Moje kolce były jasnoniebieskie z białymi paskami. I były najpiękniejsze. Zielony, za duży dres – też. Bo był nagrodą. Nobilitacją. Wyróżnieniem.

Zawsze byłam sportowym dzieckiem, które wisiało z głową w dół na trzepaku albo skakało po drzewach z chłopakami, więc WF był moją ukochaną lekcją. Niestety, razem z regularnymi treningami, miłość do biegania przerodziła się w obowiązek biegania. Wiem, że dziś inaczej uczy się dzieci sportu: przez zabawę, stopniowo, bez histerii. U nas było porównywanie, rywalizacja, ciągły wyścig. Frajda gdzieś zniknęła. Miłość się wypaliła. Ktoś mi powie: to po co się pchałaś do lekkiej? Nie pchałam się, miałam jakiś tam talent, który ktoś postanowił rozwinąć. Być może zawodowy sport był nie dla mnie, a być może nie dla mnie były ówczesne metody. W każdym razie skutecznie zniechęciły mnie do biegania na piętnaście lat.

Telefon od Moniki Coś (wtedy odpowiedzialnej za bieganie w NIKE’u): „Robimy taki bieg RUN WARSAW. 5 km. Wystartujesz?“. „No pewnie!“– usłyszałam, jak wypowiadam niezrozumiałe dla mnie słowa. Ja?! Przecież ja nienawidzę biegać! Z drugiej strony zawsze byłam kujonicą z czerwonym paskiem, więc? Wystartuję!

To wtedy założyłam jakieś sportowe buty (na pewno nie do biegania) i udałam się na stary, zniszczony Stadion Skry. „Udałam się“ – to dobre określenie, bo na pewno nie pobiegłam. Popełniłam wszelkie możliwe błędy początkującego biegacza (po tylu latach byłam początkująca!): za grubo się ubrałam, za szybko zaczęłam, zapomniałam o oddechu, zamiast biegowych butów na nogach trampki. Po 200 metrach dyszałam jak stara lokomotywa, wypuszczając z siebie kłęby pary. „Boże, po co mi to, przecież ja nienawidzę biegać?!“ – usłyszałam swoje myśli. Przeszłam do marszu, żeby złapać oddech i uspokoić serce wyskakujące z piersi. „Cholera, jak ja przebiegnę te 5km?!“. Znacie ten stan? Ja aż za dobrze! Głowa, która mówi: odpuść sobie, to nie dla ciebie, po co ci to? Tak by się chciało przyznać jej rację. Wtedy chyba nawet przyznałam, no ale przecież obiecałam, że wystartuję!

Drugi raz zaczęłam spokojniej: bez wyrywania się do przodu, w odpowiednich butach, bez zbędnych warstw ubrania. Oddech wciąż się rwał, ale już nie łapałam powietrza jak ryba wyrzucona na brzeg.

W RUN WARSAW zameldowałam się na mecie. Szczęśliwa. Upojona endorfinami. Z przekonaniem, że jednak lubię biegać. Co takiego się wydarzyło? Zrozumiałam, że mogę to robić wyłącznie dla siebie. Nie dla wyniku, podium i za dużego dresu. Nie dla ścigania się i udowadniania, że dam radę. Dla siebie. Dla frajdy, spokoju w głowie i zdrowia. Dla lepszej kondycji.

Co było dalej? Spotkałam na swojej drodze - dobrze Wam znanego - Kubę Wiśniewskiego, który uznał, że jestem kolejną celebrytką, która ma ochotę pochwalić się bieganiem. Ale o tym już za tydzień!

 

_____________________

Beata Sadowska – dziennikarka i biegaczka amatorka. Jako dziecko trenowała lekkoatletykę na Legii, co skutecznie zniechęciło ją do biegania na 15 lat. Wróciła nie dla medali, ale dla spokoju w głowie. Stanęła na mecie 15 maratonów i kilku triathlonów. Najbardziej kocha biegi górskie. Autorka książki „I jak tu nie biegać!“. Mama dwóch synków z turbodoładowaniem i dziewczyna przewodnika wysokogórskiego. Znajdziecie ją m.in. na beatasadowska.com i na Instagramie.