Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Prywatności. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.

Zamknij

po Nowym Jorku

po Nowym Jorku

O czym można napisać felieton kilka dni po maratonie w Nowym Jorku, w którym się startowało?

Na 35 kilometrze przestałem na chwilę biec. Opuściłem głowę, żeby ukryć łzy. To przedziwna mieszanka, która dopada mnie zawsze podczas wysiłku, na który nie jestem gotów. Nie mogę wtedy oddychać. Wypuszczam powietrze, ale podczas wdechu krtań zaciska się i daje mi sygnał - DOSYĆ. Trudno przewalczyć ten stan i znowu zacząć bieg. Od tego momentu człapię raczej i myślę o tym, dlaczego znowu zafundowałem sobie takie tortury.

To był mój pierwszy maraton, kiedy biegłem pod opieką zawodowca. Od startu, prawie do mety był przy mnie trener, człowiek, który nauczył mnie, jak dobrze biegać. Nie wiem, jak tego dokonałem, ale także po raz pierwszy pobiegłem bez słuchawek. Bez muzyki, którą zazwyczaj wcześniej skrupulatnie sobie przygotowuję. Trzy playlisty - początek biegu, środek i koniec. Tym razem zdałem  się jedynie na melodię kibiców, którzy byli jak największe trzęsienie ziemi, jak rozśpiewany stadion Wembley podczas koncertu Queen w 1986 roku, prześcigając się w pomysłach, jak nas poderwać do walki.

I to było naprawdę magiczne. Kibicowali wszyscy. Starzy, młodzi, matki z dziećmi, przechodnie, bezdomni i ci bogatsi machając nam z okien swoich apartamentów 234987 dolarów za metr kwadratowy. Nawet mundurowi, którzy obstawiali bieg. Wielki czarnoskóry policjant z cygarem w zębach, giwerą przy pasie, krzyczał do mnie na Brooklynie - You look good Babe! Nie miałem prawa mu nie wierzyć. Widziałem na You Tube co się dzieje z tymi, którzy w Stanach dyskutują ze stróżami prawa.

Na 28 kilometrze z kolei, krzyczały do mnie moje kolana - STOP! Brak smarowania! Dziesięć kilometrów przed metą, zorientowałem się, że odkleiły mi się plastry na sutkach i dwie czerwone diody migają boleśnie przy każdym kroku, zapraszając do szybkiego zjazdu z trasy. Ostatnie podbiegi przed metą to dla mnie prawie zgaszone światło i mały jasny punkcik na końcu korytarza. Biegłem w jego stronę. 800 metrów przed metą polscy kibice krzyczeli moje imię 4 razy, zanim dotarło do mnie, że to imię jest moje.

Wspaniały bieg. Pełen bólu, ale i nieprawdopodobnej radości. Na mecie jak zwykle szloch i torsje wzruszeniowe. Porównuję to do stanu, w którym śmieję się i równocześnie płaczę. To wspaniałe uczucie, którego doświadczam tylko na mecie takiego biegu.

Sam nigdy bym tego nie przebiegł w takim czasie. Nie dźwigałbym się z kolan po kryzysie tak szybko, żeby ruszyć w dalszą drogę. Traciłbym całe kwadranse w punktach z wodą i izotonikami. I te pojawiające się znikąd pytania... Jak pić? Ile? I jak biec w takiej strefie, w której wszyscy zwalniają albo się zatrzymują, żeby się nawodnić? Jak pokonywać wzniesienia? Jak zbiegać? Jak odpoczywać w trakcie biegu? Jak szybko się podnosić, kiedy jest się blisko rezygnacji? Jak jeść to okrutne żarcie  w postaci żelu w tubkach? Swoją drogą dlaczego nie ma nic o smaku pizzy albo placka po węgiersku, tylko czekolada, miód, cytryna i wszystko na słodko?

Wystartowałem, pobiegłem i dobiegłem z absolutnie pełną radością każdego stawianego kroku i połowa tego sukcesu to sukces trenera, który biegł razem ze mną. Słyszałem:
- Jestem z Ciebie dumny
- Dobrze wyglądasz, nie odpuszczaj, bądź skoncentrowany
- Zmień tempo, szarpnij, jeszcze tylko 6 mil do końca
- Skróć krok na podbiegu, wolniej jedz, pij małymi łykami
- Nie zatrzymuj się, nie rób tego, jestem obok, biegnij ze mną
- Jest dobrze, teraz odpocznij, weź głęboki oddech, lecimy z górki

Podnosił mnie, gdy padłem. Dziękuję za to trenerze. I cieszę się, że nie zawiodłem. Biegłem dla podopiecznych fundacji Rak’nRoll i dla swojego taty. Mam dla niego medal z grawerem - Nigdy się nie poddawaj tato.

 

____________________

Robert Motyka: Komik, aktor, radiowiec, weterynarz i biegacz od zawsze. Od 2004 roku ściśle związany z estradą. Współzałożyciel kabaretu Paranienormalni. Współtwórca scenariuszy spektakli oraz testów skeczów. Jako członek grupy Paranienormalni regularnie prowadził największe festiwale muzyczne oraz rozrywkowe w Polsce. Dużo i szybko mówi. Napędzany pozytywną energią ukończył maraton w Poznaniu, Nowym Jorku i Londynie. Pasjonat sportu. Triathlonista.Wiecznie w podróży. Szczęśliwy ojciec i mąż.

Fot. Aleksandra Szmigiel, Running Creatives