Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Prywatności. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.

Zamknij

a jak alkohol, a jak alkohol - to uzależnienie

a jak alkohol, a jak alkohol - to uzależnienie

Ale alkohol przecież odstawmy. Tak jak węglowodany i cukry; cukry to koniecznie. Odstawmy też zarwane noce, imprezy, koncerty, oglądanie filmów do późna, czytanie do późna, kochanie do późna, kochanie do wcześnie, spanie do późna, owoce, bagietki, sery pleśniowe i w ogóle każde, smażone kotlety i Big Maki. Nie mówiąc o frytkach. Zapomnijmy o ich istnieniu, forma sama się nie zrobi, brzuch musi być napięty niczym plandeka na Żuku. Ale w kształcie kaloryfera. Ważymy się codziennie, kontrola podstawą zaufania, każde nadmiarowe 300 g będzie musiało zostać wytrenowane, spalone, wypocone, wyciśnięte. Zero procent tłuszczu to jest to, do czego dążymy, a im mniejszy rozmiar ubrań, tym lepiej. Pogoń za ideałami, pogoń za niemożliwym, odstawienie przyjemności, w życiu nie ma czasu na przyjemności, trzeba trenować i robić formę. 

Przetestowałam. Przed biegiem CCC (101 km, +6100 m) odstawiłam wszystko, żyłam treningami i dietą, byłam chuda jak wiór, a sześciopak miałam, że och. Bieg nie poszedł. Przed biegiem UTCT (100 km, +4300 m) nie odstawiłam niczego; trenowałam, ale jadłam dużo, słodko i glutenowo, piłam wino w ilościach znacznych; generalnie miałam gdzieś dietę i musiałam kupić spodenki w większym rozmiarze. Bieg jak wyżej, a nawet gorzej. Przed TGC (128 km, +7000 m) miałam dni winne i niewinne, grzeszne i bez; raczej się pilnowałam, ale czasem i wypiłam i się przeżarłam, a „dzień dziecka” był raz na kilkanaście dni. Bieg poszedł mi re-we-la-cyj-nie.

Wnioski: WSZYSTKO JEST DLA LUDZI. Szczególnie, gdy jesteś biegaczem amatorem. Być może mówię tu bardziej o tych górskich (?), ale znam biegających maratony poniżej 2:40 i nie stroniących czasem od piwa, kotleta, golonki i lodów. Można? Można. Bo biegacz amator to nie kulturysta ani mister fitnessu czy skoczek narciarski, gdzie każdy gram ma znaczenie i trzeba odważać precyzyjnie ziarnka ryżu i brokuły oraz liczyć liście sałaty i plastry pomidora. Oczywiście, z torbą cukru biegnie się gorzej niż bez torby, nie mówiąc już o kilku torbach, więc tak, kilogramy mają znaczenie, ale nie dajmy się zwariować. Ważenie się codziennie i płacz, bo się przytyło 180 g w stosunku do wczoraj, nie ma raczej sensu a odmawianie sobie wszystkiego i wciąż, prowadzi zazwyczaj do schizy. 

Może to i hedonistyczne podejście, ale życie jest jedno, krótkie, przeważnie trudne i skomplikowane, żeby nie powiedzieć gorzej. A przynajmniej dorosłość.

największe rozczarowanie dorosłego życia?
dorosłość.

Nie warto więc chyba rezygnować z tego, co daje nam przyjemność. W porządku, jeśli to jest odstawienie wszystkiego, nie mówię nie; każdy ma swoje przyjemności, ale generalnie; czy warto tylko się katować i zarzynać na treningach, nie wypić lampki wina i nie zjeść pizzy, bo się dzięki temu przebiegnie (BYĆ MOŻE, bo może wcale nie!) minutę szybciej? Jeśli ta minuta to jest najważniejszy cel, to pewnie warto, ale gdy takie cele zaczynają w życiu amatora dominować i przesłaniać absolutnie wszystko?

Jeśli poza bieganiem robi się co innego, to może warto zastanowić się, czy na pewno dobrze rozłożyliśmy akcenty. Lampka wina jest tu tylko pretekstem do dyskusji. Bo może na przykład rodzina na tym naszym zafiksowaniu na cele cierpi? Bo może pasja przesłoniła nam całe życie i sama stała się życiem i sensem samym w sobie?
Czy dla amatora bieganie powinno być środkiem świata, do którego zmierzają wszystkie drogi?
Zaczyna się niewinnie, ale z własnego doświadczenia i kilku lat obserwacji wiem, że wpaść w uzależnienie jest niezwykle łatwo.

Czy warto więc odmówić sobie przysłowiowego Maca raz na jakiś czas? Lodów? Ciacha gigant? Szampana? Nie iść na koncert, zabawę, imprezę do białego rana? Nie zarwać nocy, żeby patrzeć w gwiazdy albo tańczyć do świtu? Czy warto wciąż odmawiać, rezygnować, odstawiać?

Tak, jestem miłośniczką życia, chociaż daje strasznie po tyłku. Ale jest jedno. A my w nim jesteśmy tu i teraz tylko raz. Nie będzie innego dzisiaj i drugiej szansy.
Ciągłe odmawianie sobie i życie w reżimie powoduje w końcu frustrację, zniechęcenie i rozgoryczenie. A gdy zrezygnuje się z tak wielu rzeczy, a bieg i tak nie pójdzie? Nic, tylko w łeb sobie palnąć.

Oczywiście, wszystko z umiarem. Lampka wina nie powinna mieć zbyt często pojemności 0,75 l a zarwana noc i odpuszczenie może zdarzać się raz na jakiś czas, jeśli się ma jakieś plany i cele, bo inaczej rzeczywiście: piiiiip bombki strzeli, choinki nie będzie.

A tak naprawdę, bieganie jest też jedynie przyczynkiem do zastanowienia się, na co poświęcamy to jedno jedyne życie i czas, który nie będzie nam drugi raz dany. 

 

 

_____________________
Marta Kijańska–Bednarz; mówi o sobie „literatka”. Ur. w Warszawie w 1978 r., studiowała w Warszawie i Krakowie (ochrona środowiska, dziennikarstwo i pisarstwo). Mieszka w stolicy, chociaż wolałaby w górach. Ma na swoim koncie 4 tomiki poezji oraz 2 powieści: „(nie)winna” i „Jutro właśnie nadeszło”. Była felietonistką miesięcznika literackiego „Bluszcz”, portalu NaTemat.pl. i magazynu „Kingrunner Ultra”, pisuje do polskabiega.pl. Bieganie jest jej największą pasją (9 maratonów, 9 biegów górskich na dystansie ultra, w tym 3 powyżej 100 km).  Jej profile społecznościowe: Instagram i FB.

Fot. Gintare Grine, Trail Running Factory Mont Blanc camp