Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Prywatności. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.

Zamknij

za bieżnią w Katarze

za bieżnią w Katarze

Prosto z upalnej Dohy Paweł Czapiewski pisze o swoich wrażeniach z 17. IAAF Mistrzostw Świata w Lekkiej Atletyce. Impreza w Katarze ma swoje blaski i cienie, sportowe szczyty i mniej efektowne zaplecze. Warto dowiedzieć się, jak wygląda od drugiej strony ekranu. Paweł, który regularnie pisze felietony na Bieganie.pl, pełni w Dosze trudną rolę komentatora TVP Sport.


Czytając relacje z Dohy nie sposób nie trafić na lamenty pokroju „ale gorąco”, „ale bez sensu” czy „ale pusto na stadionie”. Lamenty jak najbardziej słuszne i jak to zwykle bywa w takich sytuacjach, wszyscy swe korespondencje pod szablon piszą - krytykując IAAF za wybór miejsca, a gospodarzy za kreowanie fikcji za miliony dolarów. I w sumie mają rację.

Spieszę na początek z potwierdzeniem – gorąco jest. I to tak porządnie. Gdy wyszedłem z lotniska na dwór, to aż mnie zatkało. Trudno to opisać, przeżyć trzeba. Ale muszę przyznać, że owo gorąco podczas pobytu tutaj jest stanem mocno przejściowym. Odczuwam je w drodze z pokoju na śniadanie i z powrotem, idąc do i z autobusu,  przechodząc ze stadionu do centrum medialnego. Aktywności inne do minimum ograniczam, bo mentalności turysty nigdy nie miałem. Cała reszta to przebywanie w pomieszczeniach klimatyzowanych. I szczerze mówiąc, dużo częściej cierpię tutaj z powodu chłodu niż wysokiej temperatury. W autobusie na stadion i na stanowisku komentatorskim ubieram moją jedyną bluzę (miała być na powrót z Warszawy do domu) i gdybym jej nie miał, to nie wiem, jak bym tu przeżył. Na całym stadionie aż tak chłodno nie jest, ale u góry, gdzie siedzimy komentując, działają te słynne dmuchawy. I nie dość, że zimno, to jeszcze trzeba uważać, żeby kartek z notatkami wiatr nie porwał.

Że mistrzostwa w Katarze są bez sensu, to chyba pisać nie muszę, bo już dziesiątki artykułów na ten temat powstało. Dołączę do tego chóru. Są bez sensu.

No, ale są i jakoś radzić sobie z nimi trzeba. Zawodnicy radę dają. Wyniki padają piękne, niespodzianek in minus nie ma chyba więcej niż zwykle, więc ani trudne warunki ani nietypowa pora rozgrywania mistrzostw nie okazały się aż tak wielkim problemem w kontekście przygotowania odpowiedniej dyspozycji startowej. Pomijam oczywiście maraton i chód. Ale o ile chód się broni, to maraton z mistrzostw świata bym wywalił, bo to w sumie jakaś kpina jest. By najlepiej oddać istotę tej konkurencji na mistrzostwach świata, można chyba przywołać hokejowe mistrzostwa świata grupy B. Z tą różnicą, że hokeistom żadnych tytułów się na tych mistrzostwach nie przyznaje.

Co do atmosfery na stadionie, to początkowo rzeczywiście było kiepsko. Pierwszy finał, jaki oglądałem na żywo, to stumetrówka kobiet. Przykro było patrzeć, gdy po naprawdę imponującej prezentacji multimedialnej zapowiadającej ten finał, zapaliły się światła i zawodniczki stoczyły walkę o tytuł najszybszej na świecie w obecności garstki widzów. Wypisz wymaluj mityng OZLA gdzieś w Polsce.

Od poniedziałku zaczęło się jednak poprawiać. Głównie za sprawą kibiców z Afryki. Na finał 5000 m mężczyzn stawiła się naprawdę liczna i bardzo żywiołowa grupa Etiopczyków. Już na dwie godziny przed startem robili show swoimi przyśpiewkami rodem ze stadionów piłkarskich (mieli nawet swojego wodzireja, nie pamiętam jak się taki gość w kibicowskim żargonie nazywa). Przybyło też zwykłych widzów i niezwykle emocjonujący sam w sobie finał piątki miał naprawdę fajną oprawę. Nie wiem, skąd się nagle w kolejnych dniach wzięło tylu kibiców na stadionie, ale atmosfera jest każdego dnia fantastyczna. Trochę to czasami festyn przypomina, ale ma to swój urok. Jedna trybuna jest za każdym razem wypełniana przez (tak oceniam) miejscowych budowlańców. Robią niezły hałas, choć czasami odnosi się wrażenie, że nie bardzo przeszkadza im to, co akurat się dzieje na stadionie. Drą się non stop, intonują ichnie przyśpiewki i konserwatywnego kibica lekkiej może to pewnie razić, ale trzeba przyznać, że atmosferę robią.

Generalnie zawodnicy chyba narzekać nie mogą. Witani są na bieżni owacyjnie, a przy takim dopingu, jaki był podczas biegu na 1500 m, to nawet ja jakbym tam wczoraj stanął, to może nawet i pięć minut bym złamał. A że nie koneserzy dopingują? Jak się nie ma, co się lubi, to się lubi, co się ma.

Ciekawostką na pewno jest fakt, że tu generalnie nikt nie wie, że się takie mistrzostwa odbywają. Podczas prawie godzinnej drogi na stadion wypatrzyłem może jakieś dwa małe plakaty związane z imprezą. Jeden gość z naszej ekipy palca sobie rozciął w morzu i do szpitala trafił na szycie, a tam kompletnie nikt nie słyszał, że coś takiego się odbywa. Tak więc brak ogólnego zainteresowania lekką w Katarze to jedno, a zerowa promocja to drugie. Choć Katarczycy wyszli pewnie z założenia, że po co to promować, skoro stadion innymi metodami można zapełnić.

Reasumując – mistrzostwa moim zdaniem sportowo się bronią. Zawodnicy też dają radę. A że warunki trudne? W 2005 roku w Helsinkach było gorzej. Dziesięć dni ciągłych opadów, ciemne chmury przez cały czas wisiały tak nisko, że aż się chciało podskoczyć by ich dotknąć. Cud, że się nikt tam wtedy nie powiesił. Ale zawody się odbyły, medale rozdano, ślad w statystykach został, a teraz mało kto o tym pamięta. Tak jak za parę lat nikt nie będzie pamiętał o dziwnych mistrzostwach w Dosze. No chyba, że sprawdzą się prognozy naukowców i takie temperatury będą też i w Europie. Wtedy wszyscy będą uciekać do Kataru, bo tu przynajmniej kwestię klimy mają ogarniętą na najwyższym poziomie.

I tak na koniec taka refleksja związana z moją komentatorską przygodą tutaj. Często zdarzało mi się siedząc przed telewizorem narzekać, że tego nie widzą komentatorzy, o tym nie wspomnieli itp. Koniec z tym! Ja tu gram na pozycji skrzydłowego, więc tylko mam uzupełniać komentarz Jarka Idziego. I jak widzę, jak on to ogarnia obłożony tymi wszystkimi papierami, klikając co chwilę coś na komputerze i zerkając na dwa monitory z różnymi sygnałami, to nie mogę wyjść z podziwu. Tu trzeba naprawdę mieć nie tylko gadane, ale także ogromną podzielność uwagi i chyba przede wszystkim, łeb jak sklep :)

Aha. I zapomniałem napisać o Lewym. Coś czuję, że może jutro sprawić, iż ja będę te mistrzostwa pamiętał długo...

 

___________________

Paweł Czapiewski: rekordzista Polski w biegu na 800m (1:43.22). Brązowy medalista mistrzostw świata (2001) i halowy mistrz Europy (2002). W peletonie amatorskim ukończył pięć maratonów, najszybszy w 2:59:32.