Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Prywatności. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.

Zamknij
„Nie czuję się liderką" - rozmowa z Justyną Święty-Ersetic

Stała się w krótkim czasie ikoną polskiego sprintu. Od kilku sezonów przewodzi reprezentacyjnej sztafecie 4x400 m, ale to jej sukcesy indywidualne czynią z niej naturalną następczynię Ireny Szewińskiej. W 2018 roku zrobiła furorę, w ciągu kilkudziesięciu minut wygrywając mistrzostwa Europy w pojedynkę i w zespole. W tym roku ma już na koncie halowy rekord Polski na 400 m. Z Justyną Święty-Ersetic rozmawiamy krótko o jej roli w reprezentacji, rozłące z mężem oraz reakcji na dramatyczne i niespodziewane wydarzenia z ostatnich dni.


Gdzie dopadła Cię informacja o wstrzymaniu zagranicznych zgrupowań ze względu  na zagrożenie koronawirusem? Jak wpłynęło to na Twoje plany?

Do tej pory kwestia wirusa mnie nie dotyczyła, więc nawet to wszystko bagatelizowałam. Gdy byłam na jednej z sesji zdjęciowych dostałam telefon od trenera, że wyjazd do RPA, gdzie miałyśmy pojechać z dziewczynami ze sztafety, jest odwołany. Jasne, utrudnia to przygotowania, bo warunki w Polsce nie zawsze są dobre - w cieple zupełnie inaczej się trenuje. Szukamy jakiejś alternatywy, prawdopodobnie pojedziemy na 3 tygodnie do Zakopanego.

Prawdopodobnie, czyli to nie jest jeszcze potwierdzone?

Jest, ale jak patrzę na zmieniającą się szybko sytuację, trudno mi powiedzieć, co jest pewne. Zamykają się szkoły, w Raciborzu zamknęła się z dnia na dzień hala, siłownia, więc trudno znaleźć miejsce do trenowania oprócz stadionu. Mam więc nadzieję, że chociaż do tego zgrupowania w Zakopanem dojdzie i będzie tam można spokojnie trenować.

Ok, może to pytanie wiele razy słyszałaś, ale w dzisiejszej niepewnej sytuacji nabiera nowego sensu. Jesteś uważana za liderkę sztafety 4x400 m, całego zespołu. Jak czujesz się z tą przypisaną Ci rolą?

Nie czuję się liderką grupy. Faktycznie jestem może przed zawodami najbardziej opanowaną osobą i na tyle, na ile mogę, staram się dziewczyny wspierać, może co najwyżej zmotywować do biegu. Nie czuję się lepsza od nich. Każda musi dołożyć cegiełkę do ewentualnych sukcesów. A jak znosisz w trakcie długich przygotowań, wyjazdów, długą rozłąkę z mężem? Dawid jest świetnym zapaśnikiem, reprezentantem kraju, więc pewnie jest o to łatwiej?

No, jest to dotkliwe, ale myślę, że tyle lat już mamy za sobą, że nauczyliśmy się funkcjonować w takiej rzeczywistości. Mąż stara się na przykład przyjeżdżać do mnie na zgrupowania. Próbujemy znaleźć złoty środek, ale bywają takie miesiące, że w ogóle się nie widzimy. W całej dzisiejszej skomplikowanej sytuacji jest pozytyw, bo prawdopodobnie będziemy wspólnie na jednym zgrupowaniu w Zakopanem. Chociaż tyle dobrego z tego wszystkiego…

Wspomniałaś, że jesteś dosyć opanowana przed ważnymi biegami. Masz jakieś rytuały przedstartowe?

Jako takich nie mam. Staram się zająć wszystkim, byle nie myśleć o biegu. Na imprezach docelowych za rytuał można uznać pleceń włosów przez Patrycję Wyciszkiewicz-Zawadzką. Ustawiamy się do niej w kolejce… (śmiech).

Dzisiaj przeciętny kibic kojarzy polską lekką atletykę z Twoimi sukcesami. Czujesz się w Polsce doceniona?

Coraz więcej ludzi mnie rozpoznaje. Po Mistrzostwach Europy w Berlinie jest mi troszeczkę łatwiej chociażby coś na bieżąco załatwić. To też ogromny plus, bo czasem wracam do domu na 1-2 dni i mam mało czasu. Wtedy doceniam, że wiele osób mi idzie na rękę, nawet w sobotnie popołudnia czy w niedzielę.

Żeby nie było tak zupełnie cukierkowo - czego nie lubisz w swoim treningu i dlaczego?

Wiadomo, że najcięższe są treningi tempowe. Ale wiem, że warto niekiedy tak porządnie się zmęczyć. Przyznam, że nie lubię za bardzo robić siłowni, przerzucać żelastwa. Jak mam gorszy dzień, nie mam do tego cierpliwości – sztanga ląduje na prawo i lewo. Jednak nie jest tak, że jakiegoś konkretnego treningu nienawidzę robić. Jak czegoś nie umiem za bardzo zrobić, po prostu się tego uczę.