Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Prywatności. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.

Zamknij

Drugi, czyli pierwszy przegrany

Drugi, czyli pierwszy przegrany

Mówi się, że czwarte miejsce jest najgorszym, jakie może zająć sportowiec. My zaproponujemy tezę, że jeszcze gorsze jest drugie miejsce, bo jak powiedział amerykański kierowca rajdowy Dale Earnhardt:  „Second place is just the first place loser". W gruncie rzeczy zapamiętuje się zwycięzców, każdy kolejny na mecie stanowi tylko tło dla dokonań tych najlepszych.

„Zawsze we wszystkim byłem drugi... Nawet jak gdzieś pierwszy byłem, to czułem się jak drugi” - szczerze wyznaje Adaś Miauczyński, bohater kultowej serii filmów w reżyserii Marka Koterskiego. Przyjrzeliśmy się biegaczom, do których drugie miejsce przylgnęło jak przeznaczenie oraz pewnemu duetowi, dla którego miejsce numer „2” oznaczało uwłaczającą porażkę.

Mr Second Place

Antoni Niemczak jest jednym z najlepszych długodystansowców w polskiej historii, choć ciągnie się też za nim pozytywny wynik kontroli antydopingowej z 1986 roku. Szósty All-Time na 10000 metrów, trzeci w maratonie. Przez 13 lat jego maratońskie 2:09:41 było rekordem kraju. Mimo że swoją karierę sportową zaczął stosunkowo późno, jako dwudziestoparolatek, szybko doszusował do krajowej czołówki - zdobywając tytuły mistrza Polski na 5000, 10000, w półmaratonie, maratonie oraz w przełajach. Jest więc coś ironicznego w tym, że człowiek znający zapach zwycięstwa jak nikt inny, doczekał się przydomka „Mr Second Place”.

W roku 1984 Niemczak marzył o wyjeździe na IO do Los Angeles, do Ameryki, kraju który fascynował go od zawsze (wspominał o tym w wywiadzie dla naszego portalu). Jak się jednak okazało PRL wraz z innymi krajami należącymi do „wschodniej strony mocy” na mapie świata przedzielonego żelazną kurtyną – zbojkotowała imperialistyczne zawody. Swój „American Dream” długodystansowiec musiał więc na jakiś czas odłożyć. Nie na długo, ponieważ już 2 miesiące po kalifornijskich igrzyskach Polak pojawił się w USA, zajmując 7 miejsce w maratonie nowojorskim (z wynikiem 2:17:34).

Prawdziwe biegowe tournée po Stanach Zjednoczonych Antoni Niemczak odbył jednak w roku 1989. W kwietniu był 2 w East Rutherford Marathon w Stanie New Jersey, w październiku ponownie przeciął linię mety na 2 pozycji, tym razem w Minnesocie podczas St. Paul Twin Cities Marathon. Niespełna miesiąc później Polak znowu przybiegł za plecami zwycięzcy, zajmując 2 miejsce w Columbus Marathon w Stanie Ohio.

Kiedy rok później, w marcu 1990 Polak znowu zaczął starty od 2 miejsca w maratonie w Los Angeles (uzyskał 2:12:06) miano „Pana 2 miejsce” przylgnęło do Niemczaka na dobre. Co prawda 1 lipca przerwał swoją passę drugich miejsc, zwyciężając w San Francisco (2:13:48) to pod koniec października w Chicago można powiedzieć, że karma wróciła. W jednej z najbardziej zaciętych końcówek w historii królewskiego dystansu o 0.3 sekundy triumfował Meksykanin Martin Pitayo. „Toni” - jak nazywano Niemczaka za Wielką Wodą – ponownie musiał zadowolić się drugim miejscem.

Haile kolegą moim był jest

Jesteś świetny, naprawdę wybitny. Można bez cienia przesady stwierdzić, że wręcz genialny. Bijesz rekordy świata, kolokwialnie mówiąc – nie ma na ciebie bata. A i tak przegrywasz. Brzmi nieprawdopodobnie? Dla Paula Tergata, swego czasu rekordzisty świata na 10000, w maratonie, półmaratonie – drugie miejsca na najważniejszych zawodach to była proza życia.

Kenijczyk miałby dużo do powiedzenia w kwestii, co to znaczy – znaleźć się w złym miejscu o nieodpowiednim czasie. Przeszedł bowiem na świat za czasów panowania „Króla Hailego”.

Gebrselassie w wyścigu na 10000 metrów zabierał Tergatowi złoto sprzed nosa czterokrotnie. Igrzyska w Atlancie 1996 – Haile złoto, Paul srebro. MŚ w Atenach 1997 – Haile złoto, Paul srebro. MŚ w Sewilli 1999 – Haile złoto, Paul srebro. Igrzyska w Sydney 2000 – Haile złoto, Paul? Srebro.

Zwłaszcza pojedynek biegaczy, który stoczyli w Australii, należy do jednych z bardziej emocjonujących, jakie widziała bieżnia. Tergat miał ostatnią szansę, żeby oszukać przeznaczenie i wyszarpać największemu rywalowi złoto olimpijskie. Był blisko, zabrakło 0.09 sekundy.

- Trudno było mi zaakceptować przegraną zaledwie 0,09. Może gdyby to był wyścig na 100 metrów a nie na 10000, byłoby mi łatwiej przez to przejść... Życzyłem Hailemu wszystkiego najlepszego i powiedziałem mu, że kończę z bieżnią i zacznę startować w  maratonach. Haile i ja zostaliśmy świetnymi przyjaciółmi. Nadal nimi jesteśmy – wspominał niedawno Tergat.

Biegacze zostali przyjaciółmi, choć teoretycznie Gebrselassie powinien śnić się Tergatowi w nocnych koszmarach. Wspominaliśmy, że Kenijczyk swego czasu był rekordzistą świata na 10000 i w maratonie? Tak, był. Rekordy zabrał mu... Haile Gebrselassie. W roku 2007 Etiopczyk poprawił WR Tergata w maratonie, a w 1998 na 10000.

Klątwa Patricka

Jeżeli masz być drugi, to będziesz drugi nawet, gdy niebiosa się nad tobą rozstąpią i sam anioł przemówi, że tym razem wygrasz. Patrick Sang – obecnie trener najlepszego maratończyka wszech czasów Eliuda Kipchogego – kiedyś wybitny biegacz na 3000 z przeszkodami. Podobnie jak Paul Tergat urodził się w czasach, kiedy w jego konkurencji rządził absolutny dominator, Moses Kiptanui. Krótko mówiąc – miał pecha.

Kiptanui, jako pierwszy człowiek w historii rozmienił 8 minut na 3000 z przeszkodami (7:59.18). Wygrywał z Sangiem zarówno na MŚ w Tokio (1991) jak i dwa lat później w Stuttgarcie. Jednak w olimpijskim sezonie 1992 Sang otrzymał autentyczny prezent z nieba. Kiptanui nie przebrnął bowiem przez kenijskie eliminacje do Barcelony, zajmując dopiero 4 miejsce w krajowych trialsach. Nieważne, że był wówczas najlepszym przeszkodowcem świata, który niedługo po igrzyskach potwierdzi swoją pozycję rekordami świata na płaską trójkę i na koronnych belkach.

Przepisy są przepisami i hiszpańskie igrzyska Moses Kiptanui mógł co najwyżej obejrzeć w telewizji. Przed Sangiem wyrosła zatem jedyna i niepowtarzalna szansa, żeby przełamać klątwę wiecznie drugiego i sięgnąć po olimpijskie złoto. Na papierze wszystko przemawiało za Patrickiem. Najlepsza życiówka, najlepszy Season Best, lata doświadczenia. A jednak przegrał.

Wyścig rozstrzygnął się na ostatnich 400 metrach kiedy to niespodziewanie najwięcej sił zachował mistrz świata... juniorów Matthew Birir. Zaledwie 20 letni biegacz rozprawił się z Sangiem i całą resztą bardziej obieganych i teoretycznie szybszych zawodników. To był pierwszy i ostatni medal Birira na zawodach rangi MŚ czy IO. Bieg życia wyszedł mu akurat wtedy, gdy wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazywały na pewno zwycięstwo Sanga. Obecny trener Kipchogego nie traktuje jednak swoich drugich miejsc, jak porażek, wręcz przeciwnie.

- Trenowałem się sam, trafiłem do Stanów Zjednoczonych na studia jako słaby zawodnik, osiągnąłem wszystko swoimi siłami. Więc fakt, że zdobywałem srebrne medale mistrzostw świata czy igrzysk był dla mnie nadal wielkim sukcesem, a nie porażką. Każde negatywne wydarzenie, można obrócić na korzyść. To, że byłem drugi sprawiło, że łatwiej jest mi zrozumieć i trenować teraz innych - powiedział nam po latach Patrick Sang. 

Lepsza, ale jednak druga

Wróćmy teraz na nasze podwórku, ale jednocześnie do zupełnie innego świata – świata kobiet. Żeby wyłowić biegaczy, którzy zaprzyjaźnili się z drugimi miejscami, należy najpierw zlokalizować ewidentnych mistrzów danego dystansu. Tam gdzie ktoś ma monopol na wygrywanie, tam automatycznie musi pojawić się również osoba, która regularnie będzie odbijać się od ściany, jaką stworzy zawodnik wszech czasów.

Naturalnym wydawałoby się, że „Miss Second Place” znajdziemy w czasach pani Ireny Szewińskiej. Okazuje się, że niekoniecznie. Na 100 i 200 metrów nasza najlepsza sprinterka All-Time sięgnęła łącznie po 17 tytułów mistrzyni Polski seniorek. Niemal za każdym razem, drugie miejsce na podium zajmował jednak ktoś inny. Raz była to Urszula Jóźwik, raz Mirosława Sałacińska, raz Elżbieta Bednarek, raz Aniela Szubert czy Urszula Styranka. Trudno więc mówić o jednej, konkretnej zawodniczce której przypadło miejsce pierwszej przegranej. 

Przechodząc jednak do dłuższych dystansów, udało nam się podjąć właściwy trop. Najwięcej medali mistrzostw Polski na 1500 metrów zdobyła Anna Jakubczak. Sęk w tym, że aż 9 z nich to medale za drugie miejsce.

Można powiedzieć, że wychowanka Agrosu Zamość, jak Sang i Tergat – miała pecha... i to nawet potrójnego. Przyszło jej bowiem rywalizować o krajowe tytuły w momencie, kiedy „półtoraka” dominowały kolejno: Małgorzata Rydz, Lidia Chojecka i Sylwia Ejdys. Te trzy panie w latach 1988-2010 zdobyły łącznie 18 złotych medali MP. Ciekawy jest fakt, że w walce na rekordy życiowe Jakubczak ustępowała tylko Chojeckiej, kończąc karierę z życiówką na 1500 metrów o około 2 sekundy lepszą niż Ejdys i Rydz.

Można więc zadać roztropne pytanie – o co chodzi? Biegi na miejsca, różnią się od biegów na czas. Kiedy rywalizacja idzie o medale często wiąże się z taktycznymi, stosunkowo wolnymi wyścigami, w których decyduje atomowa końcówka. Kto ma najsłabszą życiówkę na krótsze i szybsze niż „półtorak” 800 metrów spośród wymienionej czwórki biegaczek? Odpowiedź nasuwa się sama.

Trzeba jednak zaznaczyć, że pomimo prawdziwego wysypu 2 miejsc na MP, Anna Jakubczak na arenie międzynarodowej może pochwalić się jednymi z najlepszych osiągnięć w damskich 1500 metrów w historii. Dwukrotny finał olimpijski (Sydney i Ateny), dwukrotny finał MŚ (Sewilla i Helsinki), oraz 4 miejsce ME w Budapeszcie (1998) to wyniki, za które niejedna zawodniczka oddałaby swoje złota Mistrzostw Polski. O potencjale podopiecznej Marka Jakubowskiego świadczy filmik nagrany pod koniec jej kariery w trakcie sprawdzianu w Spale.

Drugie miejsce, jak policzek

Chociaż lata 1918-1939 w Polsce nazywane są okresem międzywojennym, to w tym czasie na bieżni regularnie dochodziło do wojny pomiędzy dwoma biegaczami. Janusz Kusociński walczył do upadłego ze Stanisławem Petkiewiczem. Ich pojedynki ściągały na stadion tłumy. Rywalizowali ze sobą nawet, reprezentując te same barwy Warszawianki podczas meczów z innymi klubami. Obaj młodzi, obaj niezwykle utalentowani i jeszcze bardziej zawzięci, regularnie zabierali sobie rekordy Polski na różnych dystansach.

Raz górą był Kusociński, innym razem to Petkiewicz triumfował, a „Kusy” mógł jedynie obserwować jego dokonania z perspektywy trybun, kiedy to zmuszony był pauzować przez kolejne kontuzje. Jak choćby wtedy, gdy 14 września 1929 Petkiewicz pobił na jego oczach niepokonanego Paavo Nurmiego. Rozwścieczyło to Kusocińskiego na tyle, że rok później bił się już z Petkiewiczem, jak nigdy wcześniej.

Najpierw poprawił jego rekord Polski na 1500 metrów, pierwszy raz w historii polskiej lekkoatletyki łamiąc 4 minuty (3:59). Tydzień później Petkiewicz się odegrał, pokonując Kusego w bezpośredniej walce. Byli tak nakręceni, że obaj pobiegli jeszcze szybciej - niż przecież dopiero co ustanowione 3:59.

Im bliżej było do IO w 1932 tym Kusociński częściej przechylał szalę zwycięstwa na swoją korzyść. Ostatecznie duet rozdzieliła polityka. Najpierw Petkiewicz utracił status amatora i został dożywotnio zdyskwalifikowany przez PZLA, ponieważ miał zacząć zarabiać na bieganiu. Jest to jednak oficjalna wersja wydarzeń. Inna mówi o tym, że działacze celowo zawiesili biegacza, żeby darzący go antypatią Kusociński nie opuścił Warszawianki.

Później przyszła wojna, której - jak dobrze wiemy - Janusz Kusociński nie przeżył, zostając rozstrzelanym w Palmirach. Stanisław Petkiewicz II Wojnę Światową spędził natomiast w dużo bezpieczniejszej Argentynie, jakby przeczuwając, że opuszczenie Polski w roku 1939 będzie dobrym pomysłem. Nie przewidział jednak, że 15 lat po wojnie do jego domu w Buenos Aires wtargnie szaleniec, pakując w ciało byłego biegacza śmiercionośne kule. Sposób w jaki zginęli dwaj rywale z bieżni, poza talentem, determinacją i szczerą nienawiścią do drugich miejsc, był jedną z niewielu rzeczy, jaka ich łączyła.