Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Prywatności. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.

Zamknij

Zdrowe żarcie dla sportowców

Zdrowe żarcie dla sportowców
Spora część biegaczy korzysta ze specjalnego jedzenia i picia dla sportowców do spożycia podczas wysiłku. Długie dystanse, jak maraton i ultra (a często także długie wybiegania, wycieczki biegowe) oznaczają dla zdecydowanej większości konieczność uzupełnienia zasobów energii w trakcie biegu. Oczywiście, często można zadowolić się pożywieniem zapewnianym przez organizatora. Jeśli jednak nie mamy na to ochoty albo kiedy pragniemy doładować kalorie poza zorganizowanymi zawodami, możemy wybierać z przebogatej oferty żeli, batonów itp.

Jako, że mój żołądek niezbyt dobrze reaguje na jedzenie „dla sportowców”, szukałem wśród tej oferty takich opcji, które pozwolą mi w jak najlepszym humorze i samopoczuciu przetrwać planowane starty w ultra. Uznałem, że warto w wyborze kierować się składem produktów.

Większość żeli i batonów zawiera szereg substancji chemicznych: aromaty, barwniki, zagęszczacze, substancje konserwujące, wreszcie wątpliwej jakości cukry. Nie jestem weganinem, ale wiem, że ważnym czynnikiem dla wegetarian i wegan jest obecność substancji pochodzenia zwierzęcego. Dlatego też opisując poniżej produkty trzech firm biorę również ten aspekt pod uwagę, choć dla mnie osobiście nie jest decydujący.

Zmiany Zmiany

Zaczynam od tej firmy, ponieważ wyróżnia się spośród pozostałych tym, że jest polska. Zmiany Zmiany oferują zdrowe, naturalne batony dla biegaczy. Ich produkty są w 100% roślinne, naturalne, bezglutenowe, tak więc wegetarianie i weganie mogą czuć się usatysfakcjonowani. W batonach nie ma dosypywanego cukru, żadnych chemicznych polepszaczy i konserwantów, a także utwardzonego tłuszczu.

W ofercie znajdują się 4 batony: Lewy Sierpowy, Kosmos, Aloha i Petarda. Ostatniego nie miałem jeszcze okazji próbować, to nowość sprzed kilku tygodni. Oryginalne nazwy współgrają z ciekawym opakowaniem z grubego papieru i budzą luźne skojarzenia z PRL-em, ale w sposób anegdotyczny i miły. Sympatię wzbudza również fakt, że producent przekazuje 1% wpływów ze sprzedaży batonów Fundacji Otwarte Klatki.



Bazę dla batonów stanowią zmielone daktyle i figi. Do tego mamy zmielone i pokruszone orzechy nerkowca, migdały oraz pestki słonecznika. Poszczególne batony różnią się smakiem za sprawą dodatkowego składnika: w Lewym Sierpowym są to jagody goji, w Kosmosie kakao, a w Aloha – kokos (w tym ostatnim występuje również nierafinowany olej kokosowy). Nowy baton – Petarda – ma bogaty skład: malina, spirulina, chia, morwa, daktyle, pestki dyni, orzechy brazylijskie, orzechy nerkowca. 

Baton od Zmiany Zmiany ma dość jednorodną konsystencję i jest twardy. Plusem jest to, że nie rozmięknie ani nie pokruszy w kieszeni/w plecaku, minusem to, że nie bardzo da się go jeść w biegu. Jest słodki dzięki figom oraz daktylom i smaczny – o ile lubi się te dwa składniki, które zdecydowanie dominują w smaku. Odpowiednie składniki dodatkowe zmieniają nieco smak (mnie najbardziej przypadł do gustu kokosowy), ale wszystko dzieje się niejako na bazie dwóch podstawowych owoców. Batony są sycące, nie miałem problemów żołądkowych podczas długich wybiegań, nie odbijało mi się, nie czułem dziwnych sensacji, może poza uczuciem ciężkości na żołądku, które przytrafiło mi się raz czy dwa, ale którego nie mogę jednoznacznie powiązać z batonami. 

Jeden baton (69g) ma od ok. 250 do ok. 280 kcal. Sugerowana cena detaliczna to 7 złotych. Można je nabyć w wielu miejscach ze zdrową żywnością w całej Polsce, chociaż ze względu na opakowanie pasowałby raczej wypucowany „maluch” (młodszym czytelnikom przypominamy – Fiat 126p) i Pan z wąsem (albo Pani).

Planując zakupy tych batonów warto mieć na uwadze fakt, że ze względu na naturalny skład bez konserwantów batony mają miesięczny termin przydatności do spożycia, dlatego nie warto robić zbyt dużych zapasów.

Batony testowałem dzięki uprzejmości producenta, czyli Zmiany Zmiany.

MuleBar

To marka obecna na polskim rynku od jakiegoś czasu, na Zachodzie jest dobrze rozpoznawana również dzięki temu, że jej ambasadorką jest Anna Frost, czyli popularna „Frosty”, jedna z najlepszych biegaczek górskiego ultra na świecie. 


Firma oferuje batony i żele energetyczne oraz batony proteinowe. Wszystkie produkty wytwarzane są z naturalnych składników, pozyskiwanych zgodnie z zasadami sprawiedliwego handlu (Fair Trade). Nie zawierają dodatków chemicznych, konserwantów, sztucznych barwników i aromatów, a także oleju palmowego. Żele są w większości wegańskie (żel Salted Caramel zawiera mleko) i bezglutenowe (oprócz żelu Cafe Cortado). Podobnie z batonami – należy sprawdzić skład danego batona.

Produkty MuleBar wyróżniają się smakiem – są naprawdę oryginalne (żele: karmelowo-czekoladowy, kawowy, o smaku szarlotki, wiśniowy i cytrynowy; batony o tak różnych smakach, jak np. morelowo-orzechowy, czekoladowo-cytrynowy, lukrecjowy albo o smaku przyprawy Garam Masala) i… intensywne. To trzeba poczuć samemu, ja mogę tylko napisać, że wrażenie jest niesamowite i za pierwszym razem próbując np. żelu kawowego przeżyłem szok. Od razu zaznaczam: to jest PYSZNE. 

Niestety innym wyróżnikiem MuleBar jest wysoka cena na tle podobnych produktów. Ocena, czy warto płacić więcej za brak chemii i wyjątkowy smak należy do każdego z osobna. Moim zdaniem warto, tym niemniej na regularne suplementowanie się żelami i batonami MuleBar na zawodach zwyczajnie mnie nie stać.


Żele i batony „wchodzą” bardzo dobrze i nie powodują żadnych problemów żołądkowych. Nie miałem żadnych zastrzeżeń. Żele nie zamulają, nie mdli mnie po ich spożyciu, batony – których głównymi składnikami są suszone owoce, chrupki i płatki oraz syrop ryżowy – przypominają nieco batony muesli, ale czynię tę uwagę tylko po to, żeby czytelnik miał jakieś pojęcie o konsystencji. 

Jeden baton MuleBar (56g) dostarcza ok. 200 kcal (Eastern Express 260 kcal) i kosztuje 9 złotych. Żel ma 37g, ok. 110 kcal i kosztuje 10 złotych.

Batony i żele MuleBar testowałem dzięki uprzejmości sklepu EuforiaBiegacza.pl

Chia Charge

To firma brytyjska, powstała w wyniku lektury książki Urodzeni biegacze Chrisa McDougalla. W opowieści o niezwykłym plemieniu Indian Tarahumara autor podaje, że jednym ze składników ich przepisu na wielogodzinne biegi jest spożywanie ziaren chia, czyli szałwii hiszpańskiej. Jest to roślina z grupy popularnych superfoods, czyli produktów szczególnie bogatych w zdrowe substancje odżywcze. Chia jest źródłem kwasów Omega-3 i Omega-6, długołańcuchowych nienasyconych trójglicerydów, witamin, minerałów i białka. W oparciu o nią firma Chia Charge stworzyła kilka produktów dedykowanych dla sportowców.


W ofercie są batony: dwa energetyczne przeznaczone do spożycia w trakcie wysiłku (różnią się nieznacznie, jeden z nich ma dodatek bananów dla odmiany smaku) i jeden proteinowy, do zjedzenia po treningu/zawodach. Ziarenka chia są też dostępne w saszetkach zawierających mieszankę różnych ziaren – dynia, słonecznik, sezam, chia – z dodatkiem miodu lub bez. Kolejnym produktem jest „masło” orzechowe w dwóch smakach oraz napój malinowy z ziarenkami chia, które po zalaniu tworzą coś w rodzaju rzadkiego kisielu, lub jak kto woli gęstego napoju.

Próbowałem wszystkich produktów, ale chciałbym skupić się na dwóch najbardziej przydatnych w trakcie biegu. Batony Chia Charge od kilku miesięcy są moim podstawowym źródłem energii podczas zawodów i długich treningów. Po pierwsze, są pyszne i dobrze wchodzą. Po drugie, zawierają sól (pełny skład: płatki owsiane, masło, brązowy cukier demerara, syrop złocisty, suszone na słońcu banany, nasiona chia (9%), płatki soli morskiej, mąka ryżowa), dzięki czemu uzupełniają część strat minerałów oraz żołądek nie protestuje przeciw ich zjedzeniu tak bardzo, jak wzbrania się przed słodkimi żelami. Po trzecie, są bardzo gęste energetycznie: 357 kcal w jednym batonie (446 kcal w 100g), czyli już niewielka porcja dostarcza potrzebnej energii. Równie często – a nawet częściej – korzystam z napoju malinowego. Na górskim ultra leję do jednego bidonu wodę, a w drugim mam napój – jest słodko-kwaskowaty, gęsty, dobrze wchodzi nawet po wielu godzinach biegu. Świetnie nawadnia i dostarcza dodatkowych kalorii.


Pewną niedogodnością jest konsystencja batonu, który przypomina nieco ciasto – kruszy się i rozpada na kawałki, trzeba uważać, żeby nie zgubić połowy po drodze. To nie jest „sznikers”, który można wyszarpnąć z kieszonki i zębiszczami urwać porządny kęs jak w reklamie. Batonik kosztuje 10 złotych. Saszetka napoju (20g, wystarcza na 0,5l wody) kosztuje 8,50 złotych, ale można też kupić duże opakowanie – 450g za 90 złotych. 

Produkty Chia Charge testowałem dzięki uprzejmości Chia Charge Polska.

Kiedy biegniesz godzinę lub dwie, wszystko jest dobre, wszystko świetnie wchodzi i co ważne zostaje w żołądku. Po 8, 10, 15 godzinach – niekoniecznie. Znalezienie właściwego pożywienia staje się kluczowe – bez paliwa nie pojedziesz. Warto wypróbować opisywane przeze mnie produkty – nie są tanie, ale rekompensują to jakością.