Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Prywatności. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.

Zamknij

Miejscowy

Miejscowy

A134_524.jpg


Wczesną wiosną, kiedy tylko dmuchnie pierwszy cieplejszy południowy wiatr, który niesie ze sobą fantastyczny zapach ziemi, zaczynam myśleć o swojej działce na wsi. Mam takie swoje miejsce nad Wkrą w miejscowości Joniec, dokąd pędzę gnany tym ciepłym podmuchem, by zachwycać się pięknem natury i prostotą nieskomplikowanego wiejskiego życia. Gna mnie tam tęsknota za zwykłym bytowaniem, którym rządzi natura i gdzie moje miejskie problemy bledną wobec potęgi praw przyrody. Założenia są takie: dojechać na działkę, wtopić się w otoczenie, wysysać jak wampir tą sielską, przaśną atmosferę wsi, zbratać się z miejscowymi, popatrzeć na ich rolniczy trud, tak przyjemny dla oka mieszczucha oraz poczuć jak ogarnia mnie spokój i równowaga płynąca z odwiecznego rytmu natury.

Przesiąknięty do szpiku zatrutym miejskim powietrzem, jadę do Jońca jak na detox. Takie są założenia, lecz kiedy już znajdę się w Jońcu, strefa mojego komforty kurczy się do granic mojej działki, a prawdziwe wiejskie życie jest mi obce i wręcz nieprzyjemne. Dokładnie wiem, że jestem tu obcy i wiedzą to ludzie ze wsi. Ostatecznie unikamy się nawzajem, żeby nie dostarczać sobie niepotrzebnych dodatkowych stresów i wygląda to tak jakbyśmy się siebie wstydzili, jakbyśmy mieli wobec siebie kompleksy. Objawy tych kompleksów ujawniają się w przypadkowych rozmowach, kiedy to mimowolnie staramy się wchodzić w rolę "swojaka" . Siląc się na miejscowy żargon zachwalam piękną słoneczną pogodę, która wspaniale wpływa na wszelaki urodzaj i w znacznym stopniu przyspieszy żniwa, dopytuję się o ozime i jare, a jak się w tym zapamiętam to zaczynam udzielać fachowych porad dotyczących chowu nierogacizny i wiosennych wypasów bydła. Wszystko poparte solidnymi przykładami z własnych wieloletnich doświadczeń ... czerpanych z TV. Miejscowy potakuje grzecznie głową, choć wie, że przez te piękne słońce zboża zbieleją nim dobrze wzejdą i plony szlak trafi, że piękna pogoda co innego znaczy na wsi niż się to zdaje przyjezdnym letnikom, o ozimym przemilczy, co by nie robić mi przykrości i nie jest nawet pewny czy jego rozmówca odróżni świnię od krowy. Mimo to sam podąża tą samą ścieżką i już jest specjalistą od kąpieli słonecznych i cudownych wakacji nad rzeką. Daje masę wskazówek jak można wspaniale popływać pod mostem, gdzie głębia i gdzie wysłać dzieciaki, żeby mogły poskakać na główkę z mostku i że opalenizna najlepiej bierze na ropę, a na poparzenia słoneczne to tylko zsiadłe mleko. A ja słucham z wdzięcznością tych wszystkich porad i głupio mi powiedzieć, że dla miastowych opalanie równa się - czerniak złośliwy skóry, skoki z mostku to złamany kręgosłup, a pływanie pod mostem, gdzie głębia to pewne utonięcie bez szansy na odnalezienie ciała.

Po takiej wymianie poglądów obaj mamy poczucie dobrze poprowadzonej rozmowy i pogłębione przekonanie, że należymy do dwóch kompletnie różnych światów. Ja ze swoją cywilizacyjną mądrością i on ze swoim "zdrowym chłopskim rozumem". Obaj zachowaliśmy swoją mądrość dla siebie, wiedząc, że nie jest ona potrzebna drugiemu do szczęścia. Bo to co uchodzi za normę w mieście, na wsi może być odebrane jako dziwactwo.
Z całą pewnością dotyczy to biegania rekreacyjnego, któremu od kilku lat się oddaję. Już sama myśl o skonfrontowaniu tego mojego hobby z tutejszym rozumieniem wypoczynku budzi jakiś wewnętrzny sprzeciw. Biegając w mieście nie zwracam niczyjej uwagi. Na moje bieganie miasto jest zupełnie uodpornione i ma dla niego mnóstwo wytłumaczeń. Może uległem modzie na sportowy tryb życia, może walczę z nadwagą, może biegam dla zdrowia lub dla pozbycia się stresu, może nawet mam lekką "deprechę", ale na pewno nie jestem dziwakiem. Na wsi, gdzie spalana energia i wylany pot jest zawsze przeliczany na konkretną pracę, która musi czemuś służyć, takie marnotrawstwo sił wydaje się głupotą. Zwłaszcza kiedy się ma czterdziechę na karku. Dlatego zawsze z wielkimi oporami udaję się na treningi biegowe trasami prowadzącymi przez wioski okalające tereny mojej działki. Kiedy jeszcze biegnę szosą wszystko jest w porządku. Stres rośnie, gdy zauważam pierwsze zabudowania. Jak zwykle o moim przybyciu pierwsze dowiadują się psy i bezlitośnie zawiadamiają o tym całą wieś. Kiedy dopadam pierwszych zabudowań, mieszkańcy są już w pogotowiu i z radością przygotowują pierwsze trudne pytania.

- Panie, a gdzie to się pali?
- Co to, Niemcy Pana gonią?
- Patrz pani, znowu chłopu rower ukradli.
- Panie, już pan tego PKSa nie dogonisz.

Czasem wystarczą same spojrzenia, przerwane rozmowy i pokazywanie końcem brody. Wtedy czuje się jakbym sam coś ukradł i uciekał przed pogonią. I kiedy tak spojrzę na siebie z perspektywy tej wiejskiej drogi to naprawdę zaczynam się czuć jak głupek i wcale się nie dziwię tym docinkom. Kiedy mijam już ostatnie zabudowania, odczuwam ulgę. Wraca mi wiara we własną poczytalność i sens tego mojego wysiłku. Czasem ten spokój może zburzyć jakiś mijający mnie traktorzysta lub woźnica z propozycją podwózki, ale to stres krótkotrwały i do zaakceptowania.

Któregoś razu biegłem tak sobie swoją trasą z Jońca do Nowego Miasta i kiedy już odzyskałem równowagę po minięciu miejscowości Grabie, na drodze za plecami usłyszałem dźwięk rozklekotanego roweru. Rower szybko się zbliżał i mogłem się spodziewać za moment kolejnych trudnych pytań. Jest już obok mnie. Na wysłużonej "Ukrainie" siedzi starszy jegomość w trudnym do odgadnięcia wieku. Twarz potwornie poorana bruzdami, spalona słońcem, kilkudniowy zarost. Ostatecznie oceniam go na dobre 70 lat, choć mogę się grubo mylić w obie strony. Ubrany jest klasycznie. Wymięta marynarka i rozszerzane, garniturowe spodnie w kolorze brązowym. Do prawej nogawki przypięty spinacz do suszenia bielizny jako zabezpieczenie przed wkręceniem nogawki w łańcuch, na głowie czapka z malutkim daszkiem. Spotykamy się wzrokiem i sękata ręka rowerzysty wędruje w powitalnym geście do daszka czapki. Nieznacznie poprawia czapkę na głowie. Gest powitalny polegający na zdjęciu czapki zredukował się przez lata do takiej dziwacznej formy. Odruchowo robię to samo i zaraz jestem zły na siebie, że znów próbuje być "swój" w miejscu gdzie zawsze będę obcy. Ale ten mój gest wyraźnie uradował miejscowego, bo obdarzył mnie promienistym uśmiechem zaopatrzonym w trzy, góra cztery zęby. Uśmiech jest wyraźnie szczery, pozbawiony kpiny czy rozbawienia, a po prostu po ludzku życzliwy. Z takiego uśmiechu można bardzo wiele wyczytać. Nie wiem dlaczego, ale pomyślałem, że ten szczery uśmiech byłby mniej szczery z gębą pełną równiutkich i bielutkich zębów. I od razu zacząłem się wstydzić, że ja mam kompletne uzębienie przez co całkiem odbiłem się od ludu i moja wartość jako partnera w rozmowie spada do zera. To trochę dziwne, ale pomyślałem, że chyba pewniej bym się teraz czuł z brakiem choćby górnej jedynki. Na wszelki wypadek uśmiechnąłem się tylko półgębkiem. To ośmieliło "miejscowego".

- A skąd to Pan tak biegnie?

Ooo! Cwano zaczyna - myślę sobie. Jak powiem prawdę, że z Jońca to pogrążę się dokumentnie, bo to niezły kawałek drogi i ciężko się będzie wytłumaczyć, jak skłamię że tylko z Grabi to ryzykuję, że on właśnie stamtąd jedzie i dopiero się zacznie tłumaczenie, a od kogo, a po co, a dlaczego mnie wcześniej nie widział.

- Z Jońca - odpowiadam zdesperowany i czekam na histeryczny atak śmiechu. Ale miejscowy najwyraźniej zamierza tkać bardziej skomplikowana intrygę i zadaje kolejne pytanie, które ma mnie do reszty zmiażdżyć.

- A dokąd to tak biegnie?

Jest mi już wszystko jedno. I tak jestem spalony.

- Do Nowego Miasta - odpowiadam bezczelnie zgodnie z prawdą zdając sobie sprawę z konsekwencji.
- Eeee, to nie tak daleko, jeszcze jakieś 4 km. - komentuje miejscowy bez cienia ironii.

Nie wyśmiał, nie wyszydził, nie zadał żadnego z tych trudnych pytań? Albo mnie podpuszcza prowadząc jakąś wyrafinowana grę, albo po prostu trafiłem na miejscowego głupka.

Zapada cisza. Miejscowy się zadumał, patrzy przed siebie i na szczęście nic nie mówi. I tak podążamy w kierunku Nowego Miasta nad Soną, on na swojej wysłużonej "ukrainie" z dzwoniącymi błotnikami i ja w tych swoich Asiksacha kupionych za kwotę, do której nigdy bym się przed nim nie przyznał. Miejscowy sięga do kieszeni spodni i wyciąga zmiętoszoną paczkę papierosów. Zręcznie wydobywa z paczki papierosa za pomocą zachowanych chyba w tym celu ostatnich zębów i podsuwa paczkę w moim kierunku. Dziękuję grzecznie, obiecując, że może później. Miejscowy walczy chwilę z zapałkami pochylony nad kierownicą, w końcu podpala papierosa i mówi:

- Żeby pan wiedział, ile razy biegałem tą droga do Nowego Miasta i to nie z Jońca, ale z Bolęcina. Wie pan gdzie Bolęcin?
- Wiem, to jeszcze jakieś 8 km od Jońca.
- Zgadza się, ja tam mieszkam niedaleko.

Z nim chyba naprawdę jest coś nie w porządku - pomyślałem. A zaraz potem druga myśl. Jak to jest, że jeszcze przed chwilą to ja oburzałem się na to miejscowe niezrozumienie, a ledwo usłyszałem, że ktoś inny tu wcześniej biegał już go mam za wariata i już cisną mi się na usta jakieś trudne pytania, które tak naprawdę płyną z czystej ciekawości. Pewnie tak jest i z tymi pytaniami do mnie.

- A to nie lepiej autobusem? - pytam choć mógłbym przecież te pytanie zadać sobie. No, ale przecież jesteśmy z różnych światów i to co w mieście naturalne na wsi musi uchodzić wariactwo.

- Nigdy nie jeździłem autobusem, bo to naczekać się trzeba i jeszcze płacić za tą duchotę w środku. A tak na rowerze to kiedy tylko chce to wsiadam i jadę, bez proszenia.

- Ale mówił pan, że pan biegał do Nowego Miasta.

- Kiedyś biegałem, ale to dawno jak jeszcze matka żyła. Razem z bratem tak biegaliśmy. Każdy nas tu wtedy znał z tego biegania. A myśmy w miejscu usiedzieć nie mogli, bo tak nas zawsze gnało po świecie. Jak tylko co trzeba było w mieście załatwić ty my zawsze pierwsi byli, żeby lecieć.

- To pan tak lubił biegać, czy nie było innego transportu do miasta. Rower na przykład.

- A kto to Panie miał rower. To zaraz po wojnie było i wszyscy my tu biedę straszną klepali. W całej wsi to chyba tylko ze trzy konie były. Wtedy wszyscy za sprawami piechotą chodzili. Ale my z Zygmuntem zawsze biegiem. Jak pamiętam to zawsze tak lubiliśmy biegać. Kiedyś Ojciec kupił konia od Cyganów. Tam u nas w Bolęcinie to zawsze dużo Cyganów przyjeżdżało. Mieli takie swoje miejsce nad rzeką, gdzie wozy stawiali na lato. Lataliśmy tam z bratem posłuchać jak śpiewają. No to jak ojciec tego konia kupił i do Nowego Miasta jechał, to my z Zygmuntem i tak obok biegli, a ojciec był zadowolony, bo koń miał lżej. A jak do kościoła z Matką jechali to my pierwsi lecieli i miejsce dla matki zajmowali w ławce. Dla nas nudno było tak furmanką powoli jechać. A tego konia to nam potem ukradli. Ludzie mówili, że to ci sami Cyganie co wcześniej ojcu konia sprzedali. Już potem ojciec nigdy konia nie kupił tylko czasem od sąsiadów w pole pożyczał. Ciężko nam wtedy było. Matka się potem rozchorowała i było trzeba często do nowego Miasta po lekarstwa latać. To my z bratem sami woleli pobiec niż się sąsiadów o konia prosić.

Już kierowany tym miejskim kompleksem miałem z pełnym zrozumieniem przytaknąć i dorzucić swoje trzy grosze o tym jak to nam wszystkim kiedyś ciężko było, kiedy pomyślałem, że warto odważyć się na szczerość.

- Trudne miał pan dzieciństwo. Ja biegam dla przyjemności, bez ważniejszego powodu. W Nowym Mieście nic nie mam do załatwienia tylko tak wyznaczyłem sobie trasę. Nie wiem czy miał bym ochotę biegać z obowiązku.

- To ja wiem, że Pan biega dla przyjemności. My z bratem też biegaliśmy dla zabawy. Specjalnie się wyszukiwało powodu, żeby do Nowego Miasta polecieć.

- Ale jak dobrze liczę to z Bolęcina do Nowego Miasta to jest jakieś 16 km, w obie strony 32 km. Dla dzieciaka to straszny wysiłek.

- A co to za wysiłek. No i my już nie byli takie dzieciaki. Jak się wojna skończyła i my do Bolęcina trafili to ja miałem 11 lat a brat 13. To my już chłopy byliśmy i do ciężkiej roboty się chodziło. Do Nowego Miasta to było dla nas blisko. Ja Panu lepszą historie opowiem. To my już starsi byli, bo to było po tym jak nam tego konia ukradli. Ojciec miał rodzinę w Gutkowie. Tylko raz tam wcześniej z bratem byliśmy jak nas jeszcze furmanką ojciec zabrał. To zaraz jak tego konia żeśmy kupili taką wycieczkę ojciec nam zrobił. I ten kuzyn z Gutkowa miał tam wielki sad. Wtedy kilka skrzynek jabłek, śliwek i gruszek stamtąd przywieźliśmy. Kiedyś z Zygmuntem wpadliśmy na pomysł, żeby tam do tego kuzyna na te gruszki polecieć. Ojcu się powiedziało, że idziemy nad rzekę Cyganów posłuchać to i za naszym koniem się rozejrzymy, a zamiast nad rzekę to do Gutkowa polecieliśmy. Ale to był szmat drogi. Z Bolecina to ze 40 km. Już myśleliśmy, żeśmy drogę zgubili bo końca tego biegania nie było. Pić nam się chciało okropnie i już tylko o tych gruszkach myśleliśmy. Wreszcie poznajemy, jest Gutkowo. Tośmy jeszcze przyspieszyli, żeby do tych gruszek jak najszybciej się dobrać. W końcu znaleźliśmy i ten sad kuzyna. Patrzymy, a tu kuzyn z całą rodziną siedzą w sadzie i te gruszki trząchają. Mowy nie było, żeby nas zobaczyli, bo jak by się ojciec dowiedział gdzieśmy to bez pytania zawędrowali, to by nas nieźle zlał. Małośmy się wtedy nie poryczeli ze złości na tego kuzyna. Co było robić , spodnie w garść i zasuwamy z powrotem do domu. Szczęście, że tam ludzie studnie przy drodze stawiali, bo byśmy chyba z pragnienia pomarli. Do domu na noc wróciliśmy. A tam ojciec z pasem stoi i wymachuje. Tak, że nie dość żeśmy tych gruszek nie spróbowali to jeszcze w dupę nieźle się oberwało.

To wspomnienie wprawiło miejscowego w jeszcze lepszy nastrój, bo kończąc zaśmiał się głośno i jeszcze przez chwilę kręcił głową jakby sam niedowierzał swojej historii. A ja w tych swoich butach za ciężkie pieniądze czułem się teraz marnym miejskim truchtaczem, który zbyt łatwo uznał swoje bieganie za coś nadzwyczajnego. Przebiec 80 km, żeby się najeść gruszek i zachować to w tajemnicy, kiedy ja nadaję blichtru i rozgłosu każdym przebiegniętym 10 km, nazywając to "treningiem", żeby dodatkowo podnieść rangę tego wydarzenia. Nigdy nie przyszło mi do głowy, że celem biegu mogą być zwykłe gruszki, tak jak jemu pewnie nie przyszło do głowy żeby biegać WB2, przebieżki, i Bóg wie co jeszcze, w celu "złamania" jakiegoś tam czasu. Faktycznie jesteśmy inni, z innych światów i teraz jeszcze bardziej mi to doskwiera.

Chciał bym jeszcze przed rozstaniem posłuchać trochę tych wspomnień. Widzę, że miejscowy patrzy teraz uważnie na moje Asiksy.

- My z bratem to prawie zawsze na bosaka latali, no chyba, że do kościoła, to wtedy musowo w butach. - mówi i nie odrywa wzroku od moich butów.

Wcale nie czuję teraz dumy z wyczynowego obuwia w jakim biegnę, raczej przeciwnie. Chętnie zaczął bym się tłumaczyć z tej ekstrawagancji. Ale "miejscowy" mnie wyręcza.

- Ale to inne czasy były, no i asfaltu nie było tylko ziemia to i boso przyjemniej było jak w butach. A jak gorąco było to się do rzeki wpadało i do samego Nowego Miasta rzeką biegło.

- Jak rzeką, tak pod prąd? To musiał być niesamowity wysiłek.

- Dziś Sona to jak strumyk, cała zarośnięta i wąska. Dawniej zanim tamę w Nowym Mieście postawili, żeby zalew dla letników zrobić to była piękna rzeczka z piaszczystym dnem, czasami głęboka na dwa metry. Nieźle się trzeba było namordować, żeby te dwa kilometry do miasta dobiec. Tu zaraz jest kapliczka, a za nią stary bród. Od tej kapliczki tośmy się często ścigali, kto pierwszy rzeką do mostu w Nowym Mieście doleci.


Zbliżamy się do kapliczki. Do Nowego Miasta już tylko 2 km. Na wysokości kapliczki miejscowy znów w charakterystycznym geście delikatnie poprawia czapkę i zaraz prawie niezauważalnie kreśli nad czołem znak krzyża. Cały czas się uśmiecha. Poruszył kamień, który spowodował całą lawinę wspomnień. Widzę to po jego rozmarzonych zapadniętych oczach. I po tym potakiwaniu głowa do własnych myśli. Teraz już nie jedzie na starej Ukrainie, ale kolejny raz biegnie ze swoim bratem do Nowego Miasta. A ja odczuwam radość, że mogę mu towarzyszyć i sam zaczynam się do siebie uśmiechać. Dziwna sytuacja nawet dla mnie miastowego. Nawet nie wiem co w tej sytuacji tak dobrze mnie nastraja, ale naprawdę czuje się jakoś nadzwyczaj dobrze.


Wszystko wokół jakby się uspokoiło, wyciszyło, nabrało zapachów. Wyraźnie czuję teraz odrębność zapachu rzeki, mięty, żywicznych sosen. Czuję zapachy, których nie rozpoznaję, ale skądś pamiętam. Może z dzieciństwa? Wszystkie są tak wyraźne, że można by je pozbierać i poustawiać na półce bez obawy, że się pomieszają. Jednocześnie zdaję sobie sprawę, że docierają do moich uszu dawno zapomniane dźwięki skutecznie dotychczas zagłuszane przez kakofonię cywilizacji. Na prawo słyszę bardzo wyraźnie płynącą rzekę, słyszę jak szemrze pod opadającymi gałęziami olszyny, jak pluska przeciskając się pomiędzy wystającymi kamieniami, jak ciurka przelewając się przez zwalone drzewo. Słyszę jak delikatnie furkoczą na wietrze drobne listki brzozy. Po lewej słyszę jak wiatr porusza kłosami żyta i jak w tym życie odzywają się świerszcze, a zewsząd dochodzą trele, śpiewy i wołania najróżniejszych ptaków. I wiatr, wiatr który jakby bawił się z tym całym stworzeniem, inaczej z sosnami, inaczej z falującymi polami, jeszcze inaczej z tańczącym przy drodze kurzem. Wiatr, który chłodzi rozgrzaną twarz i mierzwi włosy i jest całkowicie dla nas, dla naszej uciechy i przyjemności.

Droga, którą biegnę, nie jest już prosta jak bezduszna listwa rzucona przez las, ale wije się między polami, delikatnie faluje to w górę to znów w dół, jak by piaszczysta siostra płynącej obok rzeki. Nieoczekiwanie skończył się rozgrzany asfalt. Poczułem to od razu. Jaka ulga dla stóp, dla całego ciała. Drzewa wzdłuż drogi dają chłodny cień na piaszczystej drodze. Czuję ten chłód piasku, czuję jak przesypuje się pod stopami. Biegnę boso środkiem ocienionej wiejskiej drogi poznaczonej śladami końskich kopyt i koleinami wydrążonymi drewnianymi kołami wozów. Wzdłuż drogi stoją pojedyncze chałupy kryte strzechą, a przy nich podwórka z głębokimi kamiennymi studniami, drabiniastymi wozami, stodołami. Czuję intensywny zapach obór, z których dochodzi pochrząkiwanie świń i ryczenie krów. Wzdłuż drogi przy omszałych, drewnianych płotach kury prowadzą jakieś intensywne poszukiwania grzebiąc pazurami w piasku. Po podwórkach paradują kaczki i gęsi. Za tymi podwórkami rozciągają się bezkresne łąki i pola ozdobione pojedynczymi wierzbami lub kępami sosnowych zagajników. Niebo ma kolor, którego dawno już nie widziałem. Taki przejrzysty, wyraźny, bez żadnej mgiełki.
Spoglądam teraz w lewo i widzę, że obok mnie biegnie kilkunastoletni szczupły, bosy chłopak. Znam go doskonale choć nie wiem teraz skąd. Uśmiecha się do siebie i biegnie lekko po piaszczystej wiejskiej drodze. Ma zwichrzoną białą czuprynę, która odcina się bardzo od ogorzałej twarzy. Ubrany jest tylko w zniszczone spodenki do kolan. Całe ciało chłopaka pokryte jest przydrożnym kurzem, w którym strużki potu rzeźbią drobne kanaliki.

Biegniemy obok siebie bez słowa, choć mam wrażenie, że w jakiś tajemniczy sposób rozmawiamy ze sobą, bo gdy dostrzegam po prawej stronie skręt z drogi w kierunku brodu na rzece to wiem, że mam tu skręcić i jestem pewny, że wiem to od niego. W tym samym momencie zbiegamy z piaszczystej wiejskiej drogi w trawiasty trakt w kierunku rzeki. Biegniemy teraz coraz szybciej, a jednocześnie, co jest całkiem niezrozumiałe coraz lżej, jakby bieg nie powodował najmniejszego zmęczenia, jak bym się znajdował w jakiejś euforii, biegowej nirwanie. Czuję jak z każdym krokiem ta euforia we mnie narasta, jak wypełnia mnie od środka. Pędzimy na złamanie karku do iskrzącej o kilkanaście metrów rzeki. Już z daleka czuje jej chłód, już dociera do mnie zapach wilgoci, która zaraz otoczy moje rozgrzane ciało. Już trawa pod stopami jest wyraźnie chłodniejsza, wyraźnie czuję jej wilgoć. Jeszcze krok i z krzykiem dzikiej radości wpadniemy do lodowatej wody, żeby doznać najwspanialszego uczucia rozdzierającego szczęścia. Z pod naszych stóp wybuchają pierwsze gejzery wody. Widzę jak mój towarzysz wielkimi susami wpada w rzekę, rozdziera ją, zapada się coraz głębiej. Otacza go tuman eksplodującej spod nóg wody, w której tworzy się kolorowa tęcza. Pędzimy jak opętani jakimś szaleństwem. Wszystko dokoła skrzy się kropelkami wody. Piekące słońce miesza się z chłodem rzeki na naszych rozpalonych plecach. Rozpierające nas uczucie radości znajduje wreszcie ujście w dzikim krzyku. Pędzimy oślepieni tryskającą spod nóg wodą nie czując najmniejszego zmęczenia , naładowani jakąś dziecięcą, nieskończoną energią, roześmiani, upojeni tym biegiem. Wrzeszcze bez opamiętania, zapominam o wszystkim...


.... nagle niespodziewanie powraca zmęczenie. Stopy uderzają twardo w rozgrzany asfalt drogi.


Dostrzegam tabliczkę z napisem Nowe Miasto nad Soną. Rozglądam się i nie widzę nigdzie "miejscowego". Nigdzie go nie ma jakby się rozpłynął. Miał bym ochotę pobiec za nim, żeby przynajmniej się pożegnać, ale nie wiem, w którym kierunku skręcił. Wsłuchuję się czy gdzieś nie słychać dzwoniących błotników starej Ukrainy. Tylko ujadające psy. Chciałem go spytać o tyle rzeczy. Najważniejsze pytania zawsze przychodzą do głowy wtedy, kiedy nie można już ich zadać.

Chciałem się go spytać, co to jest radość biegania i skąd się bierze, co każe dwóm młodym chłopakom pędzić boso przez polne drogi, bez celu, bez dodatkowej motywacji, bez planów treningowych? Jak wyjaśni mi to ich bieganie, skoro tu jest wieś, nie miasto, a przecież wiadomo, że to co w mieście może być normalne na wsi uchodzi za wariactwo. Czy dla niego to moje, miejskie bieganie z pulsometrem na piersi, w specjalistycznej odzieży, zgodnie z planem treningowym, nie jest czasem dziwniejsze od beztroskiego biegu bez celu, boso, przez polne drogi, łąki czy rzekę? Czy to wszystko bardziej nas dzieli, niż łączy samo bieganie? Bo przecież są chwile jak ta, kiedy czujemy to samo? Czy my jesteśmy naprawdę tacy obcy?


Czy ja umiałbym komuś odpowiedzieć na takie pytania? Czy takie pytania w ogóle mają sens i czy jest na nie jakaś odpowiedź ? A może jedna z nieuświadomionych zalet biegania to szukanie odpowiedzi na pytania, które rodzą się w głowie gdzieś pomiędzy 15 a 20 km. Może jeśli będę biegał dość długo to je wszystkie poznam? Kto wie czego może dokonać mózg przepojony ponadprzeciętną dawką tlenu.


Mijam pierwsze zabudowania. Psy jak zwykle denuncjują mnie swoim właścicielom. Rozglądam się za kibicami i dostrzegam pierwszych przy przystanku po drugiej stronie drogi. Jakoś tak odruchowo naśladuje gest miejscowego udający uniesienie czapki. Ludzie z przystanku odpowiadają mi tym samym. Ktoś unosi dłoń w przyjaznym pozdrowieniu. Widzę życzliwe uśmiechy, przychylne spojrzenia. Potem, kiedy wracałem już do Jońca jeszcze kilkakrotnie miałem okazję powtórzyć ten tajemniczy gest z czapką i za każdym razem spotykałem się z życzliwą odpowiedzą. Co prawda padały czasem jakieś wesołe komentarze, ale teraz jakoś mi one nie przeszkadzały. Albo się przyzwyczaiłem, albo zmieniło się moje nastawienie do tego co słyszę i do tych ludzi. Raz nawet sam zagadnąłem jakiegoś mijającego mnie rowerzystę i wyszło to tak zupełnie naturalnie, bez udawania. Coś się zmieniło, może to tylko na ten jeden bieg, ale podoba mi się.


Opowiadanie nie ma puenty i nawet nie jest wcale pewne, czy kiedykolwiek spotkałem takiego "miejscowego". Co prawda słyszałem, kiedyś w miejscowej gospodzie o dwóch chłopakach, którzy zaraz po wojnie biegali z odległej wsi do Nowego Miasta "na posyłki", jak to się kiedyś mówiło. Czasem za drobną opłatą, czasem za miskę zupy, a czasem po prostu dla przyjemności. Podobno, kiedy któregoś razu biegli przez bród na Sonie jeden z nich wpadł w jakąś dziurę i się utopił. Może to prawda, a może tylko zmyślona historyjka.


Jednak kiedy sąsiad zza płotu oznajmił mi z ironicznym uśmieszkiem, że widział na drodze do Nowego Miasta jakiegoś starszego pana w czapce z małym daszkiem, biegnącego po szosie, wiedziałem, że to musiał być mój "miejscowy", jeden z braci, który zawsze towarzyszy mi kiedy biegnę z Jońca do Nowego Miasta.