Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.

Zamknij
GPS nie pomoże - przymiarki do zadań Świętego Mikołaja
Bieganie.pl Tekst wbrew pozorom, bardzo na czasie. Najlepszym orientalistą na Świecie jest przecież Święty Mikołaj, który w ciągu jednej nocy z mapą, na której znajdują się miliardy punktów przemierza Ziemię, żeby wręczyć prezenty.


Liczyłam, że w tajemniczy sposób na papierowej mapie zaświeci mi się niebieskie kółeczko z podpowiedzią „jesteś tu”, za 100 m skręć w prawo. Nic takiego się jednak nie stało.

Momentami miałam wrażenie, że łatwiej było wydostać się z Escape Roomu niż z całkiem niedużego lasu. To nic, że mam za sobą ponad 100 startów na bieżni, przełaju i na ulicy. W nogach 30 tys. pokonanych kilometrów, a do tego przeszłość w kadrze polski. Okazało się, że biegi na orientację dla takiego „wygi” jak ja, stanowiły nie lada wyzwanie, przygodę i zmaganie. Zamieniłam więc miejską dżunglę na las.

12 lat treningu lekkoatletycznego zrobiły swoje. Byłam „zaprogramowana” na kręcenie kolejnych kilometrów, kolejnych odcinków, kolejnych zakresów. Na tyle dobrze znałam swój organizm, że byłam w stanie bez pomocy zegarka z GSP oszacować dokładną prędkość, z którą biegłam. Jeśli na stadionie miałam biegać kilkanaście odcinków w czasie 68 sekund to różnica między najwolniejszym i najszybszym z nich wynosiła około 0,5 sekundy.

Z przerażeniem także odkryłam, że znam każdy centymetr bieżni na Ursynowie i każdy metr trasy prowadzący na trening do Lasu Kabackiego. Wychodząc z mieszkania wyłączałam się i niemal bezrefleksyjnie realizowałam plan treningowy.

Moje życie biegowe stało się rutyną i byłam już zwyczajnie zmęczona tradycyjnym bieganiem. Potrzebowałam odskoczni, potrzebowałam zmian. Pod koniec roku znajomym z klubu OK!Sport udało się wyciągnąć mnie na zawody w biegach na orientację organizowanych przez UNTS Warszawa.



Tajniki nowego sportu


Wszystko było nowe – ubrania, sprzęt, ludzie, slang, atmosfera. Centrum zawodów zlokalizowane było na polanie, na skraju lasu w Rembertowie (pod Warszawą). Do startu szykowało się ok. 300 zawodników. Mimo tak licznej grupy, panował rodzinny klimat. Nic dziwnego, skoro na starcie ustawiają się zarówno kilku, jaki kilkudziesięciolatki i 80-letni seniorzy.

Każdy uczestnik wyposażony był w kompas i chip. Kompas miał pomóc w nawigacji, chipem mieliśmy zaznaczać swoją obecność na punktach kontrolnych. Procedura startu trwa zazwyczaj 3 minuty. W tym czasie czyścimy chip, a następnie aktywujemy. Chwilę później pobieramy opisy punktów kontrolnych. Po wyświetleniu się naszej minuty startowej na zegarze ruszamy na trasę i pobieramy mapę.



Miałam do pokonania niecałe 5 km i do znalezienia 22 punkty. Brzmi prosto. Wewnętrzne doświadczenie podpowiadało mi, że za 20 minut będę na mecie. W rzeczywistości tak prosto jednak nie było. Na przedramieniu miałam tabelkę z dziwnymi symbolami, przed sobą kolorową kartkę papieru z narysowaną trasą. Dzięki instrukcjom znajomych wiedziałam, że na mapie czarnym kolorem zaznaczona jest siatka dróg (im grubsza linia tym większa, bardziej znacząca droga), kolorem żółtym, białym, jasnozielonym i ciemnozielonym przebierność terenu (odpowiednio polana, dobrze przebierny las, las o utrudnionej przebierności i las o bardzo trudnej przebierności), brązowymi liniami zaznaczone jest ukształtowanie terenu.



Odtwarzając z pamięci te instrukcje z przerażeniem uświadamiałam sobie, że mój pierwszy punkt nie leży w pobliżu żadnej drogi. Zatem jak miałam się tam dostać?! Próbowałam wspomóc się kompasem. Ustaliłam mniej więcej pożądany kierunek i ruszyłam przed siebie. Żwawo przeskoczyłam nad powalonym drzewem, ominęłam usypaną kupkę gałęzi, schyliłam się pod wystającą gałęzią. I to byłoby na tyle też „żwawości”. Każdy kolejny krok stawiałam ostrożnie co rusz natrafiając na nierówne podłoże i uschnięte gałęzie. Z przerażeniem (i zarazem z podziwem) obserwowałam mijającą mnie zawodniczkę. Niedowierzałam jak można po czymś takim tak lekko biec. Kilka razy zmieniałam kierunek swojego marszobiegu. Wtem moim oczom ukazał się w oddali biało-pomarańczowy lampion. Umysł krzyczał ‘to punkt, to punkt!’. Biegłam tam ile sił w nogach. Wiedziałam jeszcze, że zanim podbiję punkt (przyłożę chip do elektronicznej puszki na punkcie) muszę porównać jego kod z legendą (a dokładniej z drugą kolumną w tej tajemniczej tabelce), którą mam na przedramieniu. Nie wierzyłam. Kody się nie zgadzały. Oznaczało to, że nie byłam tam gdzie myślałam, że jestem.

Przyzwyczajona do telefonu z dostępem do Internetu i do aplikacji google maps liczyłam, że oto w tajemniczy sposób zaświeci mi się niebieskie kółeczko na mapie i podpowie „jesteś tu”, za 100 m skręć w prawo. Nic takiego się jednak nie stało. Poszukałam wzrokiem biegnących osób i zlokalizowałam jedną, która wskakiwała do jakiegoś dołka. Pobiegłam w tamtym kierunku i historia się powtórzyła: to nie był mój punkt. Z przerażeniem stwierdziłam, że biegacze mają różną trasę i nie mogę sugerować się innymi.



Po długich bojach, po dopasowywaniu otaczającej rzeczywistości do tego co mam na mapie, udało mi się znaleźć miejsce, w którym wydawało mi się, że aktualnie jestem. Ustawiłam kierunek na kompasie i ruszyłam w kierunku, w którym miał być mój punkt. Po minucie z ulgą stwierdziłam, że go znalazłam. Znalazłam swój pierwszy leśny punkt! Dystans 250m zajął mi prawie 5 minut. Kolejne punkty dostarczały mi nie mniej wrażeń. Zdążyłam znaleźć kilkanaście nie swoich punktów, kilka razy zabłądzić, trzy razy prosić o pomoc innych biegaczy (w tym 12 letnie dziecko, które z niemałym zdumieniem wyjaśniało ‘dorosłemu’ gdzie jesteśmy) i raz wybiec poza mapę. Cała trasa zajęła mi 70 min. czyli czysto teoretycznie pokonanie każdego kilometra zajmowało mi 14 minut. Ale nie to było najważniejsze. Mimo, że znalazłam wszystkie punkty i ukończyłam trasę czułam się „uczniakiem”. Zdobyłam ogromną chęć do poznania tajników tego sportu i do opanowania umiejętności nawigacji i analizy mapy w trakcie biegu. Atmosfera po biegu zaskoczyła mnie pozytywnie. W grupie kilku osób omawialiśmy warianty, którymi biegliśmy, porównywaliśmy międzyczasy i szukaliśmy najbardziej optymalnych przebiegów .



O tym, że ubrania do biegów na orientację uszyte są z innych materiałów miałam okazję przekonać się po biegu.



Później biegając na treningu ze starszą koleżanką miałam okazję poznać trochę tajników orientacji. Mogłam w praktyce zestawić ze sobą mapę i rzeczywistość. ‘Zobacz, biegniemy na pierwszy punkt, a po prawej stronie na mapie mamy taką obwódkę – to poziomica oznaczająca wzniesienie (1). Trochę dalej, przy drodze są małe, żółte plamki oznaczające polanki (2). Spójrz z pierwszego do drugiego punktu prowadzi nas takie długie jajko – musimy biec grzbietem, a na jego końcu (3) będzie punkt.’



Nową umiejętnością, którą musiałam w sobie wykształcić było odstawienie myślenia o niebieskich migdałach, którego nauczyłam się podczas kilku lat treningów i startów na ulicy. Bieg z mapą wymaga pełnego skupienia, w przeciwnym przypadku obudzimy się tak jak ja z kartką papieru czekając na diodę z nawigacji, która wskaże nasze położenie.

Jak zacząć?


Takich ja jest dużo więcej…. Jedni zaczynają w wieku kilku lat stopniowo przechodząc na coraz trudniejsze technicznie trasy, innych sprowadza do orientacji ciekawość. Kolebką tej dyscypliny sportu jest Skandynawia, ale nie trzeba lecieć za Bałtyk żeby spróbować swoich sił. Świetną propozycją dla młodych i dojrzałych, z dobrą kondycją i z tą słabszą, z dobrą orientacją i tą trochę słabszą jest znalezienie klubu sportowego działającego w pobliżu miejsca zamieszkania i kontakt z nimi. Być może organizują w weekend jakiś trening, do którego można dołączyć. Polecam zapoznanie się chociażby ze stroną internetową orienteering.waw.pl czy zielonysport.pl gdzie znajdują się kalendarze imprez. Dla tych, którzy chcieliby spróbować swoich sił zanim zdecydują się na zawody polecam inicjatywę Zielony Punkt Kontrolny. Na stronie zielonypunktkontrolny.pl znajduje się kilkadziesiąt map, a w lasach, które obejmują ustawione są słupki. Wystarczy ze strony wydrukować mapę i możemy ruszać do lasu w poszukiwaniu kolejnych punktów.

W zawodach z orienteeringu tworzonych jest kilkanaście grup wiekowych, a w kategorii elity (K i M 21) może startować każdy niezależnie od wieku.

Dla osób mieszkających w okolicy Warszawy, Krakowa, Wrocławia czy Łodzi dobrym rozwiązaniem na zapoznanie się z tą dyscypliną może być start w jej miejskiej odmianie (dla początkujących jest ona dużo łatwiejsza). Cykle takich zawód to np. Warszawa Nocą, Szybki Mózg, Kraków City Race, Łódź Park Tour, Zielony Wrocław.

Mieszkańcy południowej części Polski na zawody mogą udać się do naszych sąsiadów. Świetną reklamą tego terenu mogą być organizowane w Święta Wielkanocne zawody Prague Easter, na których startuje ponad 1,5 tysiąca pasjonatów.



Biegi na orientację mogą być świetną alternatywą dla zwykłego biegania lub świetnym urozmaiceniem treningu, którego celem jest życiówka w docelowym starcie. Jest to sport, który w Polsce ma sporo zwolenników i pasjonatów. Mnie nauczył pokory do terenów, w których rywalizowałam. Tak malowniczych widoków nie miałabym nigdy okazji zobaczyć ze ścieżki w lesie. Mimo, że mam już za sobą 56 startów nadal czuję się początkująca, a każda kolejna trasa jest wielką niewiadomą. Niewiadomą, która ekscytuje, wciąga i przez długi czas nie pozwala o sobie zapomnieć. Gdy już wydawało mi się, że wiem (i umiem) sporo, wystarczyło pojechać na zawody w trudniejszy teren. Jary, wąwozy, skały i kamienie. Punkty poukrywane w szczelinach, gdzie każda skała była podobna do tej obok, a mapa wyglądała jak dzieło renesansowego artysty. Da się tam biegać, da się to zrozumieć, da się to pokochać.