philips
 
1 stycznia 2015 Redakcja Bieganie.pl Zdrowie

Bieganie kontra kac – fakt czy mit „życiówki”?


Pijesz, możesz jeszcze więcej, wciąż jesteś trzeźwy i pijesz dalej. Bawisz się świetnie, ale następnego dnia spotyka cię kara w postaci kaca. Wokół tego stanu krążą biegowe mity. Czy faktycznie rekordy życiowe to zasługa kaca? 

1.jpg


Polska kultura wymaga a nawet wymusza na nas sięganie po alkohol. Osoba, która nie pije jest pod dużą presją. Imieniny, urodziny, wesela, parapetówki, weekendy – okazja jest zawsze, jeżeli jej nie ma, to się znajdzie. Naród z ponad tysiącletnią historią wychował nas w ten sposób, mamy to we krwi. Boom na bieganie pojawił się później, dlatego sportowiec ma podwójnie ciężko. Musi ostro trenować, każda impreza odbije się przecież na jego wynikach i zdrowiu, zatem wyczynowy biegacz nie pije… teoretycznie.

Biegacz to też normalny człowiek i czasami również ma potrzebę tzw. resetu. Też ma urodziny, też coś świętuje, czasami swój wielki sukces. Niektórzy mimo bardzo wysokiego poziomu sportowego świętują równie często i intensywnie, co zwykły obywatel. Większość nie ma o tym pojęcia, wielu w to nie wierzy, bo wyniki są niesamowite. Nie można przecież pić i dobrze biegać!? Można, ale bez picia można byłoby jeszcze lepiej. Niewielu zastanawia się, bowiem nad skalą talentu i wykonaną ciężką pracą przed zawodami – to bardzo ważne składowe. Kiedy wówczas pojawia się rekord życiowy na kacu powstaje mit, że na kacu robi się „życiówki”, bo fakt jest niepodważalny.
Okoliczności sprzyjające
Wypiliśmy zbyt dużo, ale pobiec trzeba, przecież się nie wycofamy. Stajemy na starcie nie myśląc zbytnio o biegu, tylko raczej o własnym samopoczuciu. Jesteśmy na lekkim rauszu. W naszych żyłach wciąż płynie alkohol. Ruszamy do boju, nie jest najgorzej. Nie myślimy zbyt wiele, tylko biegniemy. Na mecie okazuje się, że pobiliśmy swój rekord i przecieramy oczy ze zdumienia – jak to możliwe? Resztki alkoholu uśmierzyły ból, cierpienie jest mniejsze, bo on tak właśnie działa. Dodatkowo uwolnił on naszą psychikę od nadmiernego stresu, jesteśmy odważniejsi i zamiast analizować w głowie, co należy zrobić – „ciśniemy”. Zdarza się tak. Jednak, jaki byłby wynik bez kaca? Alkohol dodał nam nieco odwagi, ale wciąż ją mamy, uśmierzył ból, który przecież znosiliśmy na treningach. W zamian za to, zabrał nam trochę zdolności motorycznych. Na trzeźwo, bez kaca – mamy wszystko. Nigdy jednak nie dowiemy się ile dokładnie pobiegliśmy w tym jednym biegu bez niego. Przy takim samym nastawieniu psychicznym pod względem naukowym byłby to wynik lepszy. Dlaczego? Alkohol wypłukuje z naszego organizmu cenne mikroelementy (skaczące mięśnie, lekkie drżenie, ruszająca się powieka… – niektórym znane objawy) oraz zwyczajnie nas odwadnia. Jeśli pracujecie nad swoją sylwetką to wstając rano i patrząc w lustro oprócz zmęczonej twarzy zobaczycie ładną rzeźbę mięśni – skutek odwodnienia. Właśnie dlatego, niektórzy kulturyści wieczorem przed pójściem spać wypijają trochę wytrawnego wina, aby rano jeszcze „zejść” z wody i wystąpić na wybiegu. Przy bieganiu odwodnienie jest chyba największym wrogiem. Mięśnie są wysuszone, są słabsze, łatwiej je zerwać, bo przecież składają się też z wody, której brakuje. W przypadku kaca fizjologicznie jesteśmy słabsi i to, że udało się nam zrobić „życiówkę” oznacza, że naprawdę na nią zasłużyliśmy, bo byliśmy w formie. Nie oznacza tego, że to dzięki niemu zrobiliśmy ją, dzięki niemu ona jest słabsza niż być mogła.
Żeby nie było. Też mam jeden taki wynik, którego już nie wymażę z tabel i nigdy nie przekonam się, ile bym wówczas pobiegł, bo czasu cofnąć się nie da.
Skala zniszczeń

Impreza imprezie nierówna, tak jak kac kacowi. Na jego skalę składa się wiele czynników, ale my skupmy się wyłącznie na konsekwencjach zintensyfikowanych objawów, których bywa bez liku. Większe odwodnienie to znaczny spadek wydolności, wypłukanie elektrolitów – mniej efektywną pracę mięśni oraz znacznie większe ryzyko skurczów oraz urazów. Biegunka – brak możliwości kontynuowania biegu na zawodach i przerwanie „treningu”, którego trzeba wrzucić w cudzysłów. Pulsujący ból głowy – w niesprzyjających okolicznościach może doprowadzić do wymiotów. Zaburzenie łaknienia – niektórzy na kacu nie mogą patrzeć na jedzenie, w efekcie zjadamy i tak odwodnione już mięśnie. Popularnie nazywane suszenie sprawia, że chce się nam pić bez biegania, podczas biegu uczucie się zwyczajnie potęguje.

Wypoć kaca


Czy bieganie w szerszym rozumieniu, jako wysiłek fizyczny może być pomocne w walce z syndromem dnia następnego? Odpowiedź brzmi: TAK. Pojawia się jednak też „ALE”. Przed mega kacem nie uchroni nas nic, chyba, że stać nas na kroplóweczkę za 200 dolarów, którą podaje się w prywatnej klinice na Manhattanie (sól fizjologiczna, witaminy, środek przeciw nudnościom), wtedy kac mija w 5 minut. W innym wypadku, jeśli słyszymy jak rośnie trawa, żadna siła nie wygoni nas z łóżka. Potrzeba więcej czasu na dojście do siebie. Jednak, gdy potężne objawy nieco ustąpią lub budzimy się i „nie jest tak źle” można tego kaca wybiegać. Warunkiem jest niska intensywność wysiłku oraz wcześniejsze nawodnienie organizmu oraz dostarczenie cukrów. Coś lekkiego, nieobciążającego naszego niezwykle wrażliwego tego dnia żołądka np. bułeczka z miodem lub dżemem oraz sok pomidorowy, woda z cytryną i cukrem. Lekki trucht, który z czasem może przerodzić się w nieco szybszy bieg sprawi, że nasz metabolizm zacznie szybciej pracować i co za tym idzie, szybciej pozbędzie się toksyn. Świeże powietrze nas otrzeźwi i kac minie.

Dwa kroki w przód, jeden w tył

Imprezowy styl życia i intensywne trenowanie wzajemnie się wykluczają, jednak zdarzają się jednostki, które tak żyją i tak trenują. Nie jest to jednak postawa godna naśladowania. Szkoda ciężkiej pracy na treningach, bo część pary, która powinna iść w przysłowiowy gwizdek się marnuje. Proces treningowy wygląda bardziej jak taniec, w którym robimy dwa kroki do przodu i jeden do tyłu. Niby idziemy do przodu, jednak droga do celu niepotrzebnie się wydłuża, nie wspominając już o aspektach zdrowotnych takiego postępowania i większego prawdopodobieństwa urazów w życiu sportowym. Zdecydowanie lepiej jest pójść za krążącym po sieci memem mówiącym, że od jakiegoś czasu w niedzielę budzisz się z zakwasami zamiast z kacem, niż za przysłowiem, że Polak nie kaktus i pić musi. Lepsza skrajność pierwsza, niż druga. Każdy ma swój rozum i tak jak z głową należy biegać, tak z głową należy pić. Bo biegać to trzeba umieć i pić też – w przeciwnym razie dopadnie nas ściana lub kac. Boli podobnie.