New Balance 1080v12
 
11 stycznia 2010 Redakcja Bieganie.pl Sport

Wywiad z Arturem Nogą


noga_1.jpgNie o wielu polskich sportowcach można powiedzieć: „to jest przyszły mistrz olimpijski”, a z taką opinią o Arturze Nodze spotkałam się już wielokrotnie. Co więcej! O medalu olimpijskim wspomina sam zawodnik. Można by było powiedzieć, że to nieskromne i zbyt pewne siebie oświadczenie. Nie! I nie zrozumie pewnie tego nikt, kto z nim nie rozmawiał.

Gdy siadałam do tego wstępu tak naprawdę nie wiedziałam jak w kilku słowach zachęcić Was do przeczytania tego wywiadu. To nie jest, bowiem tylko rozmowa o treningach, sukcesach, rywalach z bieżni, tańcu i snowboardzie. To jest rozmowa z przyszłym medalistą olimpijskim i jestem o tym głęboko przekonana.

Zacznijmy od tych mniej przyjemnych rzeczach. Jesteś po zabiegu stawu skokowego. Zdziwiła mnie ta informacja, bo po zakończeniu sezonu mówiłeś, że jest całkiem nieźle. Skąd ta decyzja?

Po moim ostatnim starcie w Szczecinie w mityngu Pedro’s Cup zdecydowaliśmy się z trenerem Andrzejem Radiukiem jeszcze na dodatkowe badania. Okazało się, że mam narośla kostne na stopie i kości piszczelowej, a oprócz tego blizny i zwapnienia. To skutek tego, że chciałem zbyt szybko wrócić do zdrowia i wystartować w mistrzostwach świata w Berlinie. Doktor Robert Śmigielski szczerze mi powiedział, że w każdym momencie może mi się to odezwać, dlatego proponuje jak najszybciej to oczyścić. Nie było dużej ingerencji chirurgicznej, raczej kosmetyka. Zabieg trwał trochę ponad godzinę. Już po tygodniu normalnie chodziłem.

Czyli jednak bolała Cię ta noga. W mistrzostwach świata też startowałeś z kontuzją?

Tak, bolała. Od mistrzostw do wykonania zabiegu ten ból się nie zmniejszał. To też miało wpływ na moją decyzję o zabiegu. Lepiej teraz, niż później. Nie chciałem o tym jednak mówić, że biegam na tabletkach przeciwbólowych.

Czemu nie zdecydowałeś się na ten krok od razu po mistrzostwach? Po co startowałeś jeszcze w mityngach?

Nie chciałem kończyć sezonu z tak kiepskim wynikiem. Zależało mi na tym, by jeszcze pokazać, że mogę biegać szybko. Udało się dopiero w ostatnim starcie w mityngu Pedro’s Cup. Bardzo byłem zadowolony i tym optymistycznym akcentem mogłem zakończyć sezon.

Przygotowania do nowego sezonu zaczynasz, od czego?

Zacząłem od obozu w Zakopanem. Chcieliśmy podbić się trochę siłowo. W tym sezonie zdecydowaliśmy się już zwiększyć nieznacznie siłę, więc trener szykuje się na większy skok wynikowy. Zobaczymy jak to wyjdzie. Wiadomo, że nic nie będziemy robić gwałtownie, a raczej systematycznie i powoli do przodu.

A co z sezonem halowym?

Do mistrzostw Polski na pewno będę startował. Później muszę odbyć obóz z uczelni i dlatego ze Spały automatycznie jadę w góry.

Rozumiem, że chodzi tu o obóz narciarski? Umiesz już na nich jeźdźić?

W zeszłym roku nauczyłem się jeździć na desce snowboardowej. Dosyć szybko załapałem i nie mam już zamiaru wsiadać na narty. W desce dwie nogi są przyczepione i jest małe prawdopodobieństwo, że powykręca się stawy.

To znaczy, że na nartach w ogóle nie jeździsz?

Miałem je na nogach parę lat temu, jak byłem jeszcze młodzikiem, ale tak naprawdę nie nauczyłem się na nich jeździć. Nie miałem wówczas takiego czucia i siły w nogach jak teraz. A dzisiaj nie mam nawet chęci spróbowania. Deski nauczyłem się w dwa dni, dlatego postanowiłem właśnie na niej się poruszać.

Ktoś Cię uczył, czy sam – drogą prób i błędów?

Mój przyjaciel z bieżni, Maciek Wojtkowski mi pokazał wszystko. Początki były ciężkie, ale już drugiego dnia pojechałem na Nosal i zjeżdżałem. Wszyscy byli szczęśliwi i zdumieni, że tak szybko mi poszło.

Mam wrażenie, że chyba nie lubisz startować na hali?

Lubię sezon zimowy, bo lubię andrenalinę i rywalizację. Gdy nie startuje się na hali to ta przerwa robi się bardzo długa. W tym sezonie właśnie tak było. Wprawdzie robiłem cały cykl przygotowawczy do zawodów, ale później ani razu nie wystartowałem.

Dlaczego? Zdrowie znowu nie dopisało?

Taki był plan. Chciałem porządnie odpocząć. Miałem być głodny rywalizacji. Na treningach w tym okresie wyglądałem naprawdę dobrze. Ostatni sprawdzian przyzwoicie prognozował, ale już wcześniej podjęliśmy decyzję o rezygnacji i ją podtrzymaliśmy. Nie miałem potrzeby prezentowania swojej formy.

Wolisz 60 czy 110 m przez płotki?

Chyba jednak to drugie. To dla mnie korzystniejszy dystans.

noga_2.jpg
Artur Noga; Pedros Cup 2009

Nie chodzi o to, co jest bardziej dla Ciebie korzystne, a co sam wolisz.

To chyba nie robi dla mnie różnicy. Lubię biegać i w hali, i na stadionie. Wiadomo, że na krótszym dystansie jest mi trudniej rywalizować z tymi najlepszymi. Jeszcze siłowo trochę mi brakuje i zostaję na starcie, ale wydaje mi się, że jak wszystko pójdzie tak jak z trenerem planujemy to będzie dobrze. Okaże się to jednak dopiero w styczniu czy lutym 2010 roku.

Gdyby się okazało, że ta hala wyjdzie Ci jednak rewelacyjnie. Nie kusi Cię udział w halowych mistrzostwach świata w Dausze? Nie da rady przełożyć tego obozu snowboardowego?

Wydaje mi się, że nawet gdybym biegał po 7,30 s to nie będziemy się już pchać na te mistrzostwa. Chcę odbyć ten obóz. Jestem już na trzecim roku studiów, więc nie miałbym później, kiedy go zaliczyć.

A co studiujesz?

Zarządzanie w sporcie i rekreację, w trybie zaocznym na Wyższej Szkole Turystyki i Rekreacji.

Czym dla Ciebie jest sport?

Pasją, spełnieniem najskrytszych marzeń i też trochę zawodem.

Kiedy dotarło do Ciebie, że chcesz się na poważnie tym zająć?

Od kiedy pamiętam to rywalizowałem. Zawsze chciałem być najlepszy. Cały czas bardzo się do tego przywiązywałem i tak to się naturalnie wykluło.

Masz taką osobę, która odegrała w tej kwestii szczególną dla Ciebie rolę? Kogoś takiego, kto pokazał Ci, na czym ten sport polega?

Zawsze byłem osobą, która nie mogła długo usiedzieć w jednym miejscu. Parę razy nawet u babci z wózka spadłem jak mnie wiozła. W szkole podstawowej zaczęły się różne gry i zabawy. Wyniki zaczęły powoli przychodzić. Widziałem, że jestem najlepszy, więc chciałem dalej się w to bawić. Rodzice na początku byli przeciwni temu. Moja siostra była mistrzynią Polski w pływaniu, ale złapała kontuzję. Klub nie popisał się i nawet nikt jej nie odwiedził w szpitalu po operacji kolana. Tato w końu zadecydował, praktycznie za nią, że nie wróci już na basen. Moi rodzice się zdenerwowali, że jak jest dobrze, to wszyscy są z Tobą, ale jak trzeba pomóc to nikogo nie ma. Dlatego nie chcieli też, żebym ja został sportowcem.

To jak to się w końcu stało, że trafiłeś na bieżnię?

Musiałem kombinować za plecami rodziców. Jakieś lewe podpisy i te sprawy. Łatwiej było mamę przekonać. To właśnie ona podpisała mi pozwolenie na przejście do klasy sportowej. Po jakimś czasie tata się dowiedział i jakoś to przegryzł. Jak już przyszły wyniki, poprawiłem pierwszy rekord Polski, to zaczęli się sami tym interesować. Teraz są zawziętymi kibicami i niekiedy więcej o moich rywalach wiedzą niż ja.

Przyjeżdżają też na Twoje zawody?

Jak tylko mają okazję to tak. Z jednej strony się cieszę, że są, ale z drugiej jest większa presja. Ja osobiście jestem takim zawodnikiem, że jak idę na start to o niczym innym nie myślę. Dlatego jest mi to obojętne, czy moi rodzice siedzą na trybunach, czy nie. Robię po prostu swoje. Potem jak się wygra, czy jak się przejdzie dalej do następnej rundy to jest fajnie jak przyjdą, pogratulują, uścisną. To ma dla mnie duże znaczenie. Cieszę się, że stoją teraz za mną i mnie w każdej chwili wspierają.

Trafiłeś do sportu indywidualnego. Z Twoimi warunkami fizycznymi (198 cm) mógłbyś grać i w koszykówkę, i w siatkówkę, i w piłkę ręczną. Skąd, więc wzięła się u Ciebie lekkoatletyka?

W szkole podstawowej moja pierwsza sportowa wychowawczyni Joanna Hansik prowadziła zajęcia z lekkiej atletyki. Spodobało mi się. Szybko stałem się rekordzistą szkoły na 60 m i powoli zacząłem też startować w zawodach. Namawiali mnie do pływania, ale jakoś lekka atletyka była dla mnie bliższa. Dlatego też się na tę dyscyplinę zdecydowałem i tego nie żałuję.

Masz już na swoim koncie sporo sukcesów. Można chyba nawet zaryzykować stwierdzenie, że jesteś w swojej kategorii wiekowej od lat najlepszy nie tylko w Polsce i Europie, ale i na świecie.

Jakoś tak się ułożyło, że od początku wyniki do mnie przychodziły. Najpierw laury na poziomie mistrzostw kraju, potem Europy i świata. Wszędzie zdobywałem złoty medal.

Który jest najcenniejszy dla Ciebie?

Jeśli miałbym je porównywać to wydaje mi się, że najbliższy jest mi ten z mistrzostw świata juniorów w Pekinie. To był niespodziewany sukces, który trochę w moim życiu zmienił. Jakbym miał jednak porównywać wszystkie te medale do piątego miejsca w igrzyskach to to właśnie było największym sukcesem w mojej dotychczasowej karierze i najbardziej jestem z tego dumny.

Jesteś, więc sportowcem spełnionym?

Nie. I chyba nigdy takim nie będę. Zawsze mam cel większy niż to, co już zdobyłem. Może, jeżeli bym na naprawdę przyzwoitym poziomie zdobył mistrzostwo olimpijskie, to wydaje mi się, że wtedy, jeśli byłbym też w odpowiednim wieku, mógłbym zrezygnować ze sportu, by z optymistycznym akcentem zejść z bieżni. Wydaje mi się, że wtedy mógłbym powiedzieć, że jestem spełniony zawodowo. Z drugiej strony jestem takim człowiekiem, że nigdy nie wierzę w to, iż doszedłem do tej optymalnej formy, do poziomu, którego nie mógłbym poprawić. Apetyt rośnie w miarę jedzenia. Teraz jak się tak zastanawiam, to myślę, że nawet jak stanę na najwyższym stopniu podium olimpijskiego, to zejdę z niego i pomyślę, że nie osiągnąłem jeszcze najwyższego pułapu.

W listopadzie zakończenie kariery sportowej ogłosił mistrz olimpijski w rzucie młotem Primoz Kozmus. Swoją decyzję podjął nagle i niespełna dwa miesiące po tym jak w Berlinie wywalczył złoto mistrzostw świata. Nie zdziwiło Cię to?

Byłem zszokowany. To dla mnie dziwna decyzja, ale chyba nie chcę się na ten temat wypowiadać. Może chodziło mu o to, by „ze sceny zejść niepokonanym”?

O takim właśnie zakończeniu kariery marzysz?

To byłby najlepszy moment. Jednak zawodnik, który ma wyniki, nie chciałby także za wcześnie skończyć kariery. Trzeba wyczuć ten moment i jak już nadejdzie i człowiek wyczuje, że na więcej go nie stać, to chyba należy podjąć taką decyzję. Już teraz jednak wiem, że nie będzie to łatwe.

Masz na swoim koncie jakieś porażki?

Doskonale pamiętam moje pierwsze mistrzostwa Polski młodzików. Byłem faworytem, a tu „bach” i moja pierwsza kontuzja w życiu. Przez pół roku nie można było potem ustalić, co się właściwie stało, a to kulszowy się odezwał. Powoli mnie z tego wyleczono. Miałem przerwę od płotków, przerzuciłem się wtedy na sprint. Wróciłem do swojej konkurencji w 2005 roku i w pierwszym starcie wypełniłem minimum na mistrzostwa świata juniorów młodszych do Marakeszu. Pamiętam jednak, że wtedy, jak przegrałem z kontuzją za czasów młodzika, to nawet łzy poleciały.

noga_3_1.jpgPorażki trawisz sam, czy wolisz z kimś na ten temat porozmawiać?

Na pewno się nie zamykam, ale staram się też nie dzielić wszystkim, co mnie martwi. Wolę wziąć wszystko na siebie i przetrawić najpierw sam. To dotyczy nawet takich drobnych problemów. Przemyślę je i jeśli dojdę do wniosku, że powinienem kogoś o tym powiadomić lub potrzebuję czyjejś pomocy, to jak najbardziej tym się dzielę.

A jak to jest ze szczęściem? Też najpierw sam je konsumujesz?

Nie. Szczęście to jest coś całkiem innego. To chyba zależy od ludzi, wśród których przebywam. Jeśli są to bliscy, to się tym uczuciem dzielę. Wiadomo – wtedy też ich uszczęśliwiam.

Pomówmy teraz trochę o treningu. Wiem, że robisz bardzo niewielką siłę ze względu na kłopoty z kręgosłupem. W sierpniu, w mistrzostwach świata w Berlinie widać było, że właśnie tego Ci brakuje. Wszyscy uciekli Ci już na starcie. Ten potencjał w Tobie siedzi. Czy tylko to musisz jednak poprawić? Gdzie są Twoje słabe strony?

Wydaje mi się, że muszę też popracować nad szybkością wyjścia z bloku. To jest jednak związane z siłą. Gibkościowo i szybkościowo jestem przyzwoicie przygotowany. Wiadomo, że Europa zawsze nadrabia techniką w porównaniu do Amerykanów. Oni biegają po 10,0 s na 100 m, ale nie potrafią tej szybkości przełożyć na rytm płotowy i tu tkwi problem.

To, kiedy weźmiesz się za tę siłę?

Już to robię. Trzeba ją jednak przemienić na szybkość. Jeżeli wszystko pójdzie tak jak planujemy z trenerem to powinno być lepiej, ale poczekajmy.

Jak wygląda Twój klasyczny tydzień treningowy?

Przeważnie jest tak, że w poniedziałek rozpoczynamy siłą. Taką mocną, bo robię ją tylko raz w tygodniu. Mamy około 10-12 ćwiczeń, jest w tym też sztanga. Po dwóch, trzech latach jestem już na tyle wzmocniony, że te obciążenia mogą być coraz bardziej odważne. Do tej pory ćwiczyłem z mniejszymi ciężarami, ale robiłem więcej powtórzeń, a ponadto mnóstwo ćwiczeń wzmacniających partie lędźwiowe, mięśnia grzbietu i brzucha.

Dostawałeś od trenera prace domowe?

Tak. Raz na jakiś czas musiałem wykonywać ćwiczenia w domu. To dało efekt. Teraz jest naprawdę przyzwoicie. To jednak nie jest jeszcze idealne i wiem, że od czasu do czasu jakieś dolegliwości będą się pojawiać. Nadal mam obudowę trabanta, a silnik mercedesa. Nie odstrasza mnie to i brnę w to dalej, nawet jak parę następnych kontuzji mi się zdarzy.

Wróćmy do treningów. W poniedziałek robisz siłę. Dużo czasu na nią poświęcasz?

Jak się sprężymy z trenerem to w półtora godziny trening jest do ogarnięcia. Czasami jednak trwa nawet trzy. To w dużej mierze zależy od tempa. Jak się gdzieś spieszymy to wtedy jest szybciej, z kolei pod koniec obozu, kiedy do głosu dochodzi zmęczenie, to staramy się wszystko robić wolniej, na dłuższej przerwie i dokładniej.

Zostawmy poniedziałek. Co dalej?

We wtorki mamy zazwyczaj szybkość i technikę, ale nic konkretnego. Trochę zabawy. Jesli chodzi o dystanse to od 20 do 80 metrów. Czasami na krótszych, czasem na dłuższych przerwach. Teraz zaczęliśmy z trenerem wplatać trening, który kiedyś stosował Ben Johnson. Biegał 30×30 m. Zastosowaliśmy to w wytrzymałości szybkościowej i mamy np 3x(5×30) m na minutowej przerwie między odcinkami i trzyminutowej po serii. Często robimy też jakieś ćwiczenia skipowe z wybiegami. To nie jest tak, że stajemy na starcie i biegniemy do mety. Staramy się też poprawiać błędy techniczne, koordynację, utrzymywanie równowagi. Różne jednostki są w to wplatane.

Mamy środę.

Wytrzymałość tempowa. Na początku sezonu przygotowawczego są to kilometry, marszobiegi, by mieć podłoże wydolnościowe do kolejnych etapów przygotowań.

Mówisz „kilometry”. Co to znaczy?

Do 45 min ciągłego biegu z przerwami w marszu. Jeżeli jesteśmy zmęczeni to jest odpoczynek, tak długi aż nam się tętno uspokoi. Potem schodzimy na coraz krótsze odcinki, ale za to szybsze. Aż w końcu są to pięcio-, trzy-, dwu-, jednominutówki. Jak już dochodzimy do tego momentu to schodzimy na 300 m. I to jest trening, na który mocno stawiamy. Biegamy tego dosyć dużo, zdarza się nawet, że dwa razy w tygodniu.

Ile jest tych trzysetek?

Najczęściej dziewięć. Później schodzimy do sześciu. Przerwy zależą od tego, w jakim tempie biegamy i od okresu przygotowawczego. Mam zawsze raczej narzucone ramy czasowe, w których powinniśmy się zmieścić. Nie powinno być ani szybciej, ani wolniej. Wiadomo, że jak jesteśmy podmęczeni i warunki treningowe są nie najlepsze to jest to uwzględniane, często wtedy nawet nie mierzymy czasów. Chodzi o to, by nie zrobić sobie krzywdy, a jednocześnie zachować cykl treningowy.

Lubisz ten trening?

Raczej nie. Jest bardzo męczący, trzeba do niego dobrze podejść psychicznie. Bez problemu jednak daję sobie z tym radę. Początki są najgorsze, bo musimy wejść w cały cykl. Potem robi się już całkiem przyzwoicie.

W okresie startowym też zdarza Ci się biegać 300-setki?

Nie, raczej nie. Wtedy, by podtrzymać wytrzymałość szybkościową zdarza mi się przebiec np 2×150 m na gaz. Czasami też 120-tki ze zmianą rytmu. Ten trening jst raczej urozmaicony.

Doszliśmy do czwartku.

Znowu szybkość. Może nie w takim stopniu jak we wtorek, ale są pewne akcenty zachowane. Trochę dotykamy też płotków, ale bardzo delikatnie. Przeważnie to trening bardzo spontaniczny, na wiele sobie pozwalamy, co chcemy, to robimy. Można ten dzień traktować, jako przygotowawczy do następnego dnia.

To lądujemy przy piątku.

Biegamy wtedy mocno płotki. Maksymalnie cały dystans, nie więcej. Płotki mamy jednak często ustawione na różnych odległościach. Np cztery pierwsze są od siebie oddalone o 13 metrów i wtedy biegamy to na pięć kroków i potem automatycznie przechodzimy na odległość 9,14 m i z tego pięcio- przechodzimy na trzykrokowy rytmu. Różne są zajęcia. Trener próbuje urozmaicać jak się da i jak na razie są wyniki.

Sobota?

Jest wolna. Z tego względu, że mam najczęściej uczelnię. Dlatego nie tak jak to przeważnie bywa, nie niedziela jest wolna, a sobota.

To przejdźmy do niedzieli.

Znowu wytrzymałość. Podobną do tej środowej. Najczęściej idziemy w teren, do lasu i biegamy długo i dużo.

Mówi Ci coś wynik 13,27?

Rekord Polski seniorów Artura Kohutka. Jak będzie wszystko ok to powinien w końcu zostać poprawiony.

2010?

Pozostawię tutaj znak zapytania. Wszystko jest otwarte. Jeśli wszystko pójdzie dobrze, to powinno się udać, ale nie wymieniajmy dokładnych dat.

To, jaki sobie cel stawiasz na przyszły sezon?

Stawiam go sobie, ale go nie ujawniam nikomu. Nawet najbliższym o nim nie mówię.

Myślisz już trochę o lipcowych mistrzostwach Europy w Barcelonie?

Jasne, ale nie wyciśniesz ze mnie, na co tam liczę. Na razie trudno nawet określić jak będę przygotowany.

Gdy myślę o Tobie, to zawsze moje pierwsze skojarzenie ląduje na słowie „kontuzje”. Trochę ich już miałeś, a mimo wszystko zaciskałeś zęby i niejednokrotnie startowałeś z bólem. Daleko nie musimy szukać, bo tak było też w mistrzostwach świata w Berlinie.

W sporcie nie ma miejsca dla ludzi miękkich, których lekko coś pobolewa i oni odpuszczają. Tutaj jest walka z samym sobą. Jeżeli się to przetrwa to jest ok.

Skąd Ty jednak czerpiesz motywację, by po kolejnych urazach znowu wracać do treningu?

Już się chyba po prostu do nich przyzwyczaiłem.

Nie boisz się ich? Nie jest tak, że wychodzisz na trening i podświadomie myślisz o tym, że znowu coś się może stać?

Tak raczej nie mam, ale czasami, jak jestem już podmęczony i moje mięśnie są po jakimś silnym treningu, np. szybkościowym to wtedy poświęcam po prostu jeszcze więcej czasu na rozgrzewkę. Jeżeli jestem mocno zakwaszony to wtedy podchodzę do trenera, mówię mu, jaka jest sytuacja i on automatycznie zmienia trening, by jak najmniej angażować przemęczone partie.

Trener Andrzej Radiuk jest dla Ciebie szefem czy partnerem?

Zdecydowanie partnerem. Gdyby było inaczej nie doszedłbym do takich wyników. Tak chyba powinno być w każdej sytuacji i każdej dyscyplinie sportu. Nie będzie z robotnika zawodnika.

Jak to się stało, że z Raciborza trafiłeś do Warszawy?

Moim pierwszym trenerem był Karol Szynol. Współpraca układała nam się dobrze. Z nim zdobyłem tytuł mistrza świata juniorów, więc logiczne było, że nie chciałbym odchodził. Zresztą ja też byłem bardzo do niego przywiązany, i nadal jestem. Pytał, jakie bym miał warunki w Raciborzu. To nie była moja decyzja o przeprowadce. Rozmawialiśmy wszyscy razem – trenerzy Szynol i Radiuk, kierownik mojego klubu Jacek Zamecznik, menedżer Czesław Zapała, rodzice. Analizowaliśmy wszystko, – jakie są argumenty by przenieść się do Warszawy, a jakie by zostać. Podstawą były warunki treningowe – tartanowy stadion, odnowa biologiczna, masażyści, lekarze. To wszystko mam w Warszawie, a jak nie, to na pewno ze stolicy jest bliżej niż z Raciborza. Stopniowo zaczęliśmy widzieć w tym sens. Potem już nawet trener Szynol poklepał mnie po ramieniu. Na pewno smutek w nim pozostał, ale fajne jest, że nadal utrzymujemy kontakty. Nawet jak przyjeżdżam na parę dni do domu pomaga mi w treningach.

Masz sportowego idola?

Jest dużo takich osób. Na pewno jednym z wielu jest mistrz olimpijski z Pekinu Dayron Robles. W tym roku nie poszło mu najlepiej, ale to przez to, że nabawił się kontuzji. Wtedy automatycznie rywalizacja na najwyższym poziomie odpada.

Dlaczego akurat o nim wspomniałeś?

Przez wyniki, jakie osiąga. One są podstawą. Z zachowania kiedyś nie był zbyt sympatyczny. Jak w pierwszym sezonie zaczął wszystko wygrywać, to się „woził”. Nie podobało mi się też jak zwracał się do trenera i dziennikarzy. Do wszystkich podchodził z wielkim dystansem i widać było, że w ich teamie nie jest za sympatycznie. Powoli jednak zaczęło się to zmieniać. Chyba sporo wskazówek dał mu Javier Sotomayor, z którym wiem, że sporo rozmawiał. Teraz jego kultura osobista jest już na przyzwoitym poziomie. (śmiech)

Co jest cenniejsze według Ciebie? Drugie miejsce po zaciętej walce czy pierwsze, bo przeciwnik doznał urazu?

Oczywiście, że to drugie.

Ale przecież nikt za pięć lat nie będzie pamiętał, że kogoś w finale zabrakło przez kontuzję.

Ja będę o tym pamiętał. To mi wystarczy. To nie jest tak, że ktoś zdobywa mistrzostwo świata i czuje się mistrzem. Nie. Taki zawodnik świetnie zdaje sobie sprawę z tego, że złoto ma tylko dzięki kontuzji kogoś innego.

Zostawmy lekką atletykę. Robert Kubica czy Adam Małysz?

Jasne, że Małysz. To jest legenda, o której będzie się rozmawiać zawsze. Takich sportowców nam właśnie potrzeba, by promować całą Polskę.

W zeszłym roku to jednak Kubica został wybrany najlepszym sportowcem.

To była bardzo kontrowersyjna decyzja. Za nim znaleźli się tak wielcy sportowcy jak Leszek Blanik, Tomek Majewski, czy wioślarze. Ale w sumie nie powinno nas to dziwić. Lekką atletykę pokazują raptem przez może dwie godziny i to wówczas, gdy jest jakaś ważna impreza. Kubicę pokazuje się, co tydzień i jest to niesamowicie reklamowane. Znaczenie ma też, że wyścigi najczęściej odbywają się w niedzielę, kiedy ludzie po prostu mają czas by usiąść przed telewizorem.

To skoro o komercji mówimy. Mieliśmy pierwszego lekkoatletę Marcina Urbasia w programie „Taniec z gwiazdami”. Fajny pomysł?

Bardzo. Na pewno też bym chciał kiedyś dostać szansę udziału. Lubię tańczyć, na dyskotekach raczej nie podpieram ścian. Podstawowe kroki tańca towarzyskiego już znam i czuję ten rytm.