23 października 2013 Redakcja Bieganie.pl Sport

Wunderteam – kiedy Polska rządziła światową lekkoatletyką (cz. I)


Wunderteam to określenie drużyny, która w latach 1956-66 przyciągała na stadiony największą liczbę kibiców w historii lekkoatletyki. Była potęgą, która rywalizowała z USA i ZSRR jak równy z równym. Dzięki obecności gotowych do największych poświęceń gwiazd stała się marką, która przez dekadę była najlepiej rozpoznawalnym zespołem na świecie. Obecnie mało się przypomina o tym „cudownym zespole”. Czas jednak na nowo poczuć się dumnym i przeczytać o sukcesach, które nie znalazły swojego naśladownictwa nigdy potem. Wunderteam. Jak było naprawdę.

mulak_2.jpg
Wunderteam z trenerem – Janem Mulakiem

Ożóg otwiera drzwi do historii

Jest 8 lipca 1956 roku. Na wypełnionym 25 tysiącami kibiców stadionie w Poznaniu czuć powiew emocji. Polska rozgrywając mecz lekkoatletyczny staje do decydującej konfrontacji z charyzmatycznymi i niepokonanymi w Europie Węgrami. Po pierwszym dniu Polska prowadzi kontaktową liczbą 6 punktów. W powietrzu wisi sensacja. Dzień ostatnich zmagań nie zaczyna się jednak dobrze. Prestiżową konkurencję 100 metrów przez kontrowersyjną postawę Jana Jarzembowskiego wygrywają bowiem Węgrzy! Polak popełnia dwa wyraźne falstarty, które wśród kibiców wzbudzają wręcz dyskusję czy oby na pewno nie jest to działanie celowe. Wielka konsternacja przeradza się w gniew i głód sukcesu. Kiedy do kolejnej konkurencji 400 metrów przez płotki staje Janusz Kotliński na stadionie wrze. Kibice doskonale zdają sobie sprawę, że jeśli Polak przegra sytuacja zrobi się poważna. Fantastyczny doping i wielka forma naszego mistrza robią jednak swoje! Kotliński minimalnie wygrywa z Węgrem, Botarem i ustanawia nowy rekord kraju: 52.6 sekundy! Kolejne konkurencje to na zmianę, festiwal zwycięstw i porażek. Wynik mamy remisowy, a konkurencji do końca zaledwie kilka.

O naszym drużynowym zwycięstwie może decydować każdy bieg. I w końcu nadchodzi ten moment. Bieg na 10 000 metrów i początek legendy Wunderteamu! Do rywalizacji stają medaliści Mistrzostw Europy: Kovacs i Szabo oraz zdeterminowani Polacy: Stanisław Ożóg i Jan Olesiński. Trudno nam wyobrazić sobie atmosferę na stadionie ale „to było coś przyprawiającego o dreszcz ekscytacji. Każdy kibic, ramię w ramię obok siebie zdawał się wiedzieć, że stawka meczu jest szczególnie wysoka. Tak jakby ich reprezentanci mieli stoczyć bój o niepodległość”.

Start do pojedynku na 10 kilometrów. Węgrzy, 100% faworyci do zwycięstwa od początku narzucają mocne tempo. Zagraniczni obserwatorzy, a także kibice zdają sobie świetnie sprawę, że to jak pojedynek Dawida z Goliatem. Ale emocjami samymi w sobie jest dla nich to, żeby Polacy byli chociaż blisko, żeby pokazali, że istnieją. I tak mijają okrążenie za okrążeniem. Ożóg dzielnie trzyma się czołówki; drugi z naszych, Olesiński zaczyna jednak zdecydowanie odstawać. Nagle utrzymujący się w czołówce z Kocacsem, Szabo łapie się za biodro. Znajdujący się kilkanaście metrów za nim, Ożóg dostrzega szansę! Kibice wstają z miejsc, a Polak rozpoczyna spektakularny pościg. Wyprzedza Węgra i ma przed sobą tylko złotego medalistę Mistrzostw Europy, Kovacsa, tytana kontynentalnych bieżni. Widać blask sukcesu i wiarę w naszym reprezentancie. Drugiego z Węgrów zostawia już 30 metrów z tyłu. Co będzie dalej? Rosnące napięcie zostaje po raz kolejny skumulowane, a to za sprawą dzielnie walczącego o każdy metr, Ożoga. Polak jednak łapie się za prawą nogę! Kontuzja! Kibice nie dowierzają! Ożóg już nie biegnie, a kuśtyka! Do mety ponad kilometr. W przypadku bolesnej kontuzji wielu zawodników po prostu schodzi z bieżni… ale nie Polak! Stanisław Ożóg zna atmosferę meczu i wie, że dla kibiców ważny jest każdy gest przypominający o wartości istnienia ogarniętego komunizmem kraju. Nie poddaje się! Nie ma szans już na nic ale z grymasem bólu i ogromnego zmęczenia walczy dalej! Jest już ostatni. Wiadomo też, że wygrają Węgrzy. Kolejność na mecie staje się jasna. Zwycięża Kovacs z czasem 30:30.2, drugi jest Szabo: 32:18.4, trzeci Olesiński: 32:53.8 i czwarty no właśnie, prezentujący patriotyczną postawę Ożóg.

wunderteam1.jpg
Polska w latach 1956-1966 była lekkoatletyczną potęgą

Kibice pomimo porażki punktowej przeżywają prawdziwą chwilę dumy. Oźóg na przekór naturze dokuśtykał do linii mety pokazując, że w imię narodowych barw jest gotowy do największych poświęceń. Kibice są świadkami spektaklu, który uosabia właściwe im oczekiwania. Bieg Ożoga staje się dla nich pewnego rodzaju wizytówką, którą będą mogli pochwalić się przed światem. Heroizm Polaka zapada w pamięć. Oglądanie zwycięstw może czasami nudzić ale niecodzienne sytuacje gdzie jednostki pokazują przewagę siły ducha nad ograniczonymi możliwościami są znacznie bardziej porywające. Budzą w człowieku naprawdę wielkie uczucia.

Konkurencjami rozstrzygającymi są potem tyczka, oszczep i sztafeta. Polacy wygrywają je i staje się jasne, że wygramy cały mecz, a 1 punkt Ożoga stanie się symbolem, który go skrupulatnie przypieczętuje.  Wynik końcowy to 107:104. Polacy odnoszą podwójne zwycięstwo! Pokonanie faworyzowanych Węgrów i pokazanie szalonej determinacji przez Polaków odbijają się szerokim echem na świecie. Coś jest na rzeczy! Gołym okiem widać, że budzi się coś nowego, że rodzi się jakaś sportowa potęga, która w przyszłości może naprawdę wiele osiągnąć. Cały mecz jak się okazuje przechodzi do annałów wielkiej historii i staje się punktem narodzin tego nieokreślonego jeszcze z nazwy zespołu.

Igrzyska w Melbourne potwierdzają naszą wielkość

Wkrótce bo w tym samym roku mają zostać rozegrane Igrzyska Olimpijskie i to ma być sprawdzian czy w Poznaniu coś się rzeczywiście narodziło. 23 polskich lekkoatletów (dla porównania rok temu w Londynie wystartowało 58) miało potwierdzić swoją wartość. Jak się okazało igrzyska na dalekich Antypodach były potwierdzeniem i zarazem kolejnym przystankiem na ewolucyjnej drodze sukcesu. Polacy przywieźli z nich dwa medale(złoto Krzesińskiego w skoku w dal i srebro Sidły w oszczepie) oraz aż 8 miejsc finałowych łącznie. W klasyfikacji medalowej zajęliśmy natomiast wysokie piąte miejsce (W Londynie mieliśmy dziewiąte ex aequ z Dominikaną).

Z perspektywy 56 lat gdzie nagrodą w rodzimych zawodach było najczęściej ciastko albo dyplom wynika, że nie potrzeba było gigantycznego budżetu, żeby zbudować drużynę gotową walczyć z najlepszymi. W Melbourne do historii przeszedł między innymi sławietny bieg Zdzisława Krzyszkowiaka, który zajął niefortunne ale w skali zawodów bardzo dobre 4-te miejsce! Jego czas wyniósł wówczas 29:05.41 sekundy! Krzyszkowiak próbował też swoich sił na 3000 metrów z przeszkodami ale jego duże szanse medalowe zostały pogrzebane przez… psa, który pogryzł go w wiosce olimpijskiej i uniemożliwił mu nawet stanięcie do finałowej rywalizacji. Wielką formę prezentowali też w Australii polscy sprinterzy, którzy najpierw szturmem przeszli przez eliminacje(awansowali z pierwszego miejsca!) żeby w finale pogubić się i zająć niestety ale ostatnie miejsce. Świat zobaczył jednak, że polskiej husarii nie straszne są nawet Stany Zjednoczone!

Wunderteam, geneza

Rok 1957 był eskalacją możliwości polskiej LA. Zaczęliśmy od meczu z Czechosłowacją w Krakowie. Był to prawdziwy sygnał do ataku bowiem wygraliśmy rzadką różnicą aż 30 punktów! Następnie przyszedł czas na zawsze wymagających Węgrów. Mecz w Budapeszcie był zapowiadany jako wielki rewanż za ubiegłoroczną porażkę w Poznaniu. Niezwykle zmotywowani polscy zawodnicy nie dali jednak Węgrom szans pokonując ich różnicą aż 31 punktów. Bacznie polskiej ekipie przyglądali się wówczas Amerykanie, którzy w swojej prasie pisali o „niespotykanym,  powojennym harcie ducha Polaków”.

mulak.jpg
Jan Mulak, twórca Wunderteamu (więcej o nim tutaj -> https://www.bieganie.pl/?cat=48&id=2026&show=1)

Mecz z wielkimi USA stał się od tej pory głównym tematem w światowej lekkoatletyce. Po drodze musieliśmy jednak pokonać Francję, Wielką Brytanię i NRD. Polacy szli jednak jak burza! Wszystkim wspomnianym drużynom nie daliśmy szans. 13-14 lipca w Stuttgarcie doszło do najciekawszego bo mającego definitywnie potwierdzić nasz status domina meczu. Republika Federalna Niemiec(RFN) straszyła polski zespół jednym z najszybszych na świecie, Manfredem Germanem i wicemistrzem olimpijskim na 400 metrów, Haasem. To te dwa nazwiska miały stać się motorem napędowym pod zwycięstwo, którego tak bardzo byli pewni. Zaczęło się od porażki. Janusz Jarzembowski uległ Germarowi ale wywalczył cenne 3 punkty pokonując przyszłego mistrza olimpijskiego, Armina Harego.

Dużo miało decydować się w biegu na jedno okrążenie. Stanisław Swatowski jeszcze przed biegiem dostał instrukcję, żeby „iść  w trupa”. Polakom bardzo zależało na 5 punktach za pierwsze miejsce, które stracili na „setkę”. Ruszyli biegnąc po sąsiednich torach. Po wyjściu z ostatniego wirażu szli noga w nogę. Haas w tym momencie nie miał jednak już siły na ucieczkę. Wpadł ze Swatowskim na metę w tym samym czasie: 47.5 sekundy. Zapis fotofiniszu dał na szczęście zwycięstwo Polakowi! W tym momencie stało się jasne, że mamy zawodników gotowych oddać serce za wygraną w tym meczu. Drugiego dnia przegraliśmy obie sztafety o 0.1 sekundy ale zwyciężyliśmy we wszystkich pozostałych konkurencjach. W ostatecznym rozrachunku mecz zakończył się rezultatem 117:103 dla Polski!

To właśnie w glorii tego wielkiego sukcesu niemiecka prasa nadała naszej reprezentacji tytuł „Wunderteamu”, który już na stałe wpisał się w komentarze zagranicznych dziennikarzy. To były piękne chwile dla polskiego sportu. Po pokonaniu RFN-u byliśmy trzecią lekkoatletyczną siłą świata, a „Królowa Sportu” nad Wisłą rozkwitła do takich rozmiarów, że ludzie masowo zaczęli się garnąć do istniejących klubów. I nie dość tutaj wspomnieć, że lekka stała się sportem narodowym Polaków co przywołać pewien zadziwiający światową opinię fakt. Chodziło mianowicie o socjologiczny fenomen, że satelitarny kraj, rozbity całkowicie po II wojnie światowej odbudował się ze zgliszczów w ciągu zaledwie 10 lat. Tylko dekadę potrzebowali Polacy żeby dorównać, a nawet prześcignąć światowe potęgi. Było to zjawisko na tyle spektakularne, że Związek Radziecki pod którego byliśmy kontrolą począł się zastanawiać nad propagandowym wykorzystaniem sukcesu lub inaczej, nad jego stłamszeniem, tak żeby ludzie nie mieli się wokół czego jednoczyć. 

Niewiarygodna forma Polaków interesowała zagranicznych fachowców podobnie jak dzisiaj interesuje ich wypracowany u nas system zmian sztafetowych. Z zazdrością patrzymy obecnie na technologię i warunki w jakich trenują zawodnicy innych krajów. W latach 60-tych było zupełnie odwrotnie. Wielka Brytania, Niemcy czy USA z ciekawością przyglądały się polskiej szkole lekkoatletyki. Rok 1958 miał przynieść z kolei odpowiedź czy polska potęga zbudowana po wojnie może konfrontować się jak równy z równym z niepokonanymi na świecie Stanami Zjednoczonymi. Odpowiedź miała wszystkich zaskoczyć…

Mecz stulecia: Polska-USA na Narodowym!

1-2 sierpnia 1958 stało się to co postulowano już od dawna. Mecz Polska-USA i to na dodatek w Warszawie na słynnym Stadionie Dziesięciolecia. Niepokonany, pełny mistrzów olimpijskich „Dream Team” kontra niezwyciężony od dwóch lat na świecie Wunderteam. Przyjazd Amerykanów podziałał niezwykle mobilizująco na cały kraj. Na stadion przyszło ponad 70 tysięcy spragnionych dumy i sukcesu widzów. Jak się sądzi ich liczba mogła wynieść jednak nawet 100 tysięcy bowiem na stadionie wszystkie miejsca były szczelnie wypełnione. Także wokół trybun zgromadził się liczny tłum, który z uwagą wsłuchiwał się w to co mówiono przez megafon. Była to największa widownia w całej historii lekkoatletyki na świecie!

wunderteam2.jpg
Wielki mecz: Polska – USA na Stadionie X-lecia

Mecz rozpoczął się od sprinterskiej ofensywy USA. Ira Murchison w duecie z Callymorem nie dali naszym szans na 100 metrów. Także na 110 metrów ppł. i 400 metrów Amerykanie byli nie do zdarcia. Po trzech konkurencjach było 24:9. Wszystkie punkty jakie zdobyliśmy były tylko za to, że w ogóle ukończyliśmy wyścig(miejsca 3 i 4 były premiowane odpowiednio 2 i 1 punktem). Bieg na 1500 metrów tchnął w nas nadzieję. Stanisław Odrywał z wynikiem 3:42.7 o 0.5 sekundy pokonał obu Amerykanów. Bieg na 5000 metrów to już pokaz klasy Polaków. Kazimierz Zimny i Marian Jochman rozgromili Amerykanów. Na tablicy widniał już lepszy wynik bo 32:23. Kolejne konkurencje to zwycięstwa USA w skoku wzwyż i trójskoku. Tylko w skoku w dal dominacji nie wyrwał sobie Józef Szmidt. Konkurencje techniczne należały do Polaków, kolejne odcinki sprinterskie do Amerykanów.

W końcu przyszedł czas na wspominany do dziś wyścig na 800 metrów. Mistrz Olimpijski z Melbourne, Tom Courtney vs duet Makomaski-Kazimierski. Tempo od początku bardzo mocne. Courtney prowadzi bieg. Na 200 metrów przed metą rozpoczyna się długi finisz gdzie trójka zawodników nadaje świetne tempo. Kilkanaście metrów do mety i wciąż nie wiadomo kto wygra. Końcówkę jednak torpeduje Zbigniew Makomaski, który o 0.1 sekundy pokonuje Amerykanina i ustanawia nowy Rekord Polski, 1:46.7.

„Stadion jest nasz” słychać z trybun! Co więcej, Polska wciąż ma szansę na zwycięstwo w tym meczu. Bieg na 10 000 metrów zdaje się to potwierdzać. Kolejny niezniszczalny duet Ożóg-Kierlewicz nadaje bowiem niewiarygodne tempo i z uśmiechem na twarzy wpada na metę jako pierwszy. Kolejny dystans 3000 metrów z przeszkodami to popisy Chromika i Krzyszkowiaka. Obaj wpadają na metę z czasem uwaga!… lepszym od rekordu świata! 8:32.0 i 8:33.6! Amerykanie nie mogą uwierzyć! Polacy nacierają niczym miażdżący walec. Walka w kolejnych konkurencjach jest niesłychana. Polacy wygrywają w dysku, ulegają jednak w tyczce, kuli  oraz sztafecie 4×400 metrów i muszą z co prawda podniesioną głową ale jednak oddać zwycięstwo Amerykanom. Wiktoria była blisko! Ostateczny wynik to 115:97. Gdyby nie konkurencje sprinterskie, które w sposób bezpardonowy zostały zdominowane przez czarnoskórych Amerykanów to…  efekty można sobie tylko wyobrazić!

Światowa opinia była olśniona polskim Wunderteamem. Co również ciekawe w drugim meczu rozgrywanym w tych samych dniach reprezentacja lekkoatletek pokonała Amerykanki 54:52! Przegraliśmy tam wszystkie sprinty. Nie daliśmy się jednak w pozostałych konkurencjach. Echa tego triumfu były mniejsze ze względu na większe zainteresowanie męskimi meczami ale to i tak piękny powód do dumy. Po „meczu stulecia” Polska była typowana na faworyta zbliżających się Mistrzostw Europy do których zostało już tylko niewiele bo ponad 20 dni. 

 

CO BYŁO DALEJ? JUŻ W PRZYSZŁYM TYGODNIU DRUGA CZĘŚĆ HISTORII WUNDERTEAMU, TYLKO NA BIEGANIE.PL!
Redakcja Bieganie.pl