Shizo Kanakuri
12 kwietnia 2022 Aleksandra Konieczna Sport

Shizo Kanakuri – Najwolniejszy maratończyk świata


Za najgorszego skoczka narciarskiego na świecie powszechnie uważany jest Eddie „Orzeł” Edwards. Na platformie YouTube ponad 6 milionów wyświetleń zebrał filmik przedstawiający zmagania z narciarską trasą Wenezuelczyka Adriano Solano, który tytułowany jest najgorszym biegaczem narciarskim w historii. Nasz bohater Shizo Kanakuri dokonał jeszcze większej sztuki – jednocześnie był nieoficjalnym rekordzistą świata, jak i najwolniejszym maratończykiem w historii. Poznajmy człowieka nazywanego ojcem japońskiego maratonu.

Shizo Kanakuri na świat przyszedł w 1891 roku i otrzymał bardzo nietypowe imię. „Shizo” dosłownie oznacza „czterdzieści trzy”. Rodzice nazwali tak siódmego z ośmiu swoich synów, ponieważ w chwili jego narodzin właśnie 43 lata miał ojciec chłopaka. Już w latach szkolnych Shizo miał zacząć biegać. Lekkoatletyka, a nawet szeroko pojęty sport olimpijski, nie cieszył się na początku XX wieku popularnością w Japonii. Historyk Kazuo Sayama dla portalu The Japan Times wyjaśniał, że mieszkańcy Kraju Kwitnącej Wiśni, którzy skupiali się raczej na sportach walki, zwyczajnie nie rozumieli francuskiej, olimpijskiej wizji sportu. O to, by Azjaci chcieli przyłączyć się do olimpijskich zmagań, osobiście zadbał Pierre de Coubertin. Zależało mu, by w kolejnych igrzyskach, które rozegrano w 1912 roku w Sztokholmie wystartowali przedstawiciele wszystkich kontynentów. Dzięki jego inicjatywie do składu Międzynarodowego Komitetu Olimpijskiego dołączył szanowany japoński zapaśnik – Jigoro Kano, który za zadanie otrzymał zorganizowanie krajowych, lekkoatletycznych, olimpijskich zawodów kwalifikacyjnych.

Eliminacje rozegrano w 1911 roku, a na ich starcie pojawili się zawodnicy, którzy nie tylko nie posiadali odpowiedniego doświadczenia, ale również w treningu kierowali się błędnymi przekonaniami na temat funkcjonowania ludzkiego organizmu. Ówcześni japońscy maratończycy wierzyli bowiem, że nie należy spożywać napojów zarówno w trakcie wyścigu, jak i podczas przygotowań. Jednym z nielicznych, który postępował nieco inaczej był właśnie Kanakuri. Na własnej skórze miał bowiem przekonać się, że odpowiednie nawodnienie przed startem pomaga zawodnikowi, a nie przeszkadza. Podobno pewnej nocy z pragnienia nie mógł zasnąć. Zdecydował się więc wypić szklankę zimnej wody z dodatkiem cukru. Następnego dnia czuł się podczas biegu zdecydowanie lepiej. Gdy on walczył z trasą, to rywale walczyli również z pragnieniem i uczuciem głodu.

Kanakuri zwyciężył w maratońskiej próbie przedolimpijskiej. Zawodnik uzyskał czas 2:32:45, co było prawdopodobnie najlepszym wynikiem na świecie. Trudno jednak jednoznacznie uznać ten rezultat za rekord świata, ponieważ trasa zawodów nie była odpowiednio zmierzona. Spekuluje się, że biegacze pokonali około 40 kilometrów.

Droga do Szwecji

Sukces otworzył Shizo drzwi do olimpijskiego startu. W podróż do Sztokholmu Japonia zdecydowała się wysłać jedynie dwóch zawodników – maratończykowi towarzyszył startujący na krótkich dystansach Mishima Yahiko. Ich wyprawę do Europy opisywała ówczesna prasa. The Japan Times pisał: „Ponieważ po raz pierwszy japońscy biegacze biorą udział w tych światowych zawodach, niemożliwe jest, aby powiedzieć, co osiągną. Ale obaj są pełni hartu i nerwów, więc można liczyć, że przyniosą zasługi dla siebie i Japonii”. Oczekiwania wbrew pozorom były więc spore, a zawodnicy mieli walczyć nie tylko o dobry wynik, ale również dumę narodową.

Sportowców czekała wyjątkowa wyprawa do Europy. Podróżowali statkiem oraz Koleją Transsyberyjską. Cała eskapada zajęła im aż 18 dni, podczas których starali się trenować. Kanakuri biegał po pokładzie statku, a na stacjach kolejowych wysiadał z pociągu i robił okrążenia wokół pojazdu. Do Sztokholmu biegacze przybyli więc zmęczeni i słabo przygotowani do rywalizacji. Nie wiedzieli nawet, na jakim poziomie są ich rywale. Dodatkowo na miejscu okazało się, że nie odpowiada im europejska kuchnia. Od nieznanych sobie potraw pochorował się Yahiko, którym Kanakuri musiał się opiekować.

Pierwsza śmierć

Bieg maratoński w Sztokholmie rozegrano 14 lipca 1912 roku. Po raz pierwszy w historii zawodnicy rozpoczęli, jak i zakończyli wyścig na stadionie olimpijskim. Warunki, w których rywalizowali, nie były sprzyjające – według różnych źródeł temperatura miała sięgać nawet powyżej 30 stopni Celsjusza. W stawce znaleźli się najlepsi zawodnicy na świecie, w tym zwycięzca maratonu w Bostonie z 1911 roku lub medalista poprzednich igrzysk. Najlepszy okazał się Kenneth McArthur reprezentujący Związek Południowej Afryki. To prawdopodobnie najmniej znany mistrz olimpijski w maratonie w historii – ponieważ startował głównie w Afryce, to jego wyniki nie były skrupulatnie odnotowywane. Legenda głosi, że podczas kariery przebiegł sześć maratonów i nigdy nie przegrał. Na podium stanął wraz z rodakiem Christopherem Gitshamem i Amerykaninem Gastonem Strobino.

Rozgrany w trudnych dla zawodników warunkach maraton przyniósł również tragiczne wydarzenie. W trakcie rywalizacji przytomność stracił Francisco Lázaro. Mimo przetransportowania do szpitala i udzielenia pomocy medycznej Portugalczyk zmarł. Jest to pierwszy sportowiec, który stracił życie podczas olimpijskich zmagań. Również wielu innych biegaczy, zmagając się z problemami, nie ukończyło wyścigu. Organizatorzy na mecie uhonorowali nie tylko medalistów, ale również specjalne dyplomy wręczyli zawodnikom, którzy zajęli miejsca od czwartego do dwudziestego ósmego – za kryterium otrzymania wyróżnienia przyjęto odpowiednio małą stratę czasową do triumfatora. A co stało się z dzielnym Japończykiem?

Sok z pomarańczy

Kanakuri do biegu przystąpił nieprzygotowany – nie znał europejskich tras, więc zaskoczyła go również nawierzchnia, po której musiał biec. Błędem okazało się to, że założył tradycyjne japońskie obuwie wykonane z bawełny, które nie było przystosowane do szwedzkiej trasy. Dodatkowo nadal wierzył, że nie powinien podczas biegu pić. W efekcie przegrzany organizm odmówił Japończykowi posłuszeństwa – na trasie pomiędzy 27 a 33 kilometrem stracił przytomność. Zemdlonego sportowca zauważyli lokalni mieszkańcy, którzy zabrali go do swojego domu i podali mu szklankę soku z pomarańczy. Następnie Japończyk miał zasnąć – jedne źródła podają, że spał około godziny, a następnie ruszył na pociąg do stolicy Szwecji. Inne zaś donoszą, że obudził się dopiero następnego dnia.

Fakt, że Kanakuri nie ukończył wyścigu, nie był niczym wyjątkowym. Do mety nie dobiegła niemalże połowa startujących. Tyle, że niewiedzący o porażce innych zawodników Japończyk uznał, że okrył siebie, a także swój kraj hańbą. Dlatego też postanowił, że nie będzie zgłaszał się do organizatorów wyścigu. Ci w efekcie, prawdopodobnie po poszukiwaniach, uznali mężczyznę za zaginionego. On natomiast powrócił do Japonii, gdzie zaczął działać na rzecz rozwoju krajowego sportu.

Miejskie legendy

Historię poszukiwań Japończyka na łamach „History of Yesterday” przedstawiał Prateek Dasgupta. Kanakuri i jego zaginięcie w Szwecji stało się swoistą miejską legendą. Wspominali o nim dziennikarze sportowi, a media powracały do historii biegacza. W 1953 roku media donosiły, że Japończyk pojawił się w Bostonie, gdzie występował w roli trenera jednego ze startujących maratończyków. Inna z gazet, w tym samym roku, twierdziła, że Kanakuri osiadł w Szwecji. Miał zmienić nazwisko na Svensson i pracować jako piekarz oraz ogrodnik.

Ostatecznie zagadkę zniknięcia mężczyzny rozwikłała szwedzka telewizja. Odkryła, że 76-latek wiedzie spokojne życie w swoim kraju. Sytuację zdecydował się wykorzystać Szwedzki Komitet Olimpijski, który skierował do niego specjalne zaproszenie. Zaproponowano, by Japończyk powrócił na trasę wyścigu i go dokończył. Tak też się stało – do mety dotarł dokładnie po 54 latach, ośmiu miesiącach, sześciu dniach, pięciu godzinach i 32 minutach od startu. Jego wynik znalazł się w Księdze Rekordów Guinnessa. Sam zainteresowany swoją historię podsumowywał słowami: „To był długi wyścig. Po drodze zdobyłem żonę, sześcioro dzieci i dziesięcioro wnucząt, a to wymaga czasu”. Jego postaci poświęcono również miejsce w miniserialu o japońskim sporcie.

Ojciec maratonu

W czasie, gdy w szwedzkich kartotekach Kanakuri widniał jako osoba zaginiona, to biegacz przygotowywał się do nowych startów. Planował wziąć udział w kolejnych igrzyskach. Te w Berlinie w 1916 roku zostały jednak odwołane z powodu wybuchu I wojny światowej. Na trasy w Europie mężczyzna powrócił więc w 1920 roku. Podczas olimpijskich zmagań w Antwerpii zajął 16 miejsce. To jednak tylko jedno z wielu jego osiągnięć. W szczególności przyczynił się do modyfikacji obuwia, w którym startowali późniejsi maratończycy. Za cel obrał sobie również popularyzację biegów długich w Japonii i poprawienie poziomu krajowych zawodników. W 1912 roku na własne oczy przekonał się bowiem, jak wiele różni jego rodaków od najlepszych biegaczy na świecie.

W związku z tym mężczyzna przyczynił się do stworzenia wyścigu „Hakone Ekiden”. Jest to bieg sztafetowy, który trwa dwa dni i transmitowany jest w narodowej telewizji. Rywalizuje w nim dwadzieścia zespołów złożonych ze studentów. Cieszy się on ogromną popularnością, a także olbrzymim prestiżem. Pisarz Adharanand Finn stwierdził nawet, że możliwość walki w Hakone Ekiden jest dla sportowców większym wyróżnieniem niż olimpijski start. Dodatkowo forma zmagań nawiązuje do japońskiej kultury – wynik zespołu zależy bowiem od każdego jej członka.

Shizo Kanakuri zmarł w 1983 roku w wieku 92 lat. Od 1912 roku do dziś Japonia wywalczyła niemal 400 medali letnich igrzysk olimpijskich. Wielu z nich mogłoby nie być, gdyby nie postać „najwolniejszego” maratończyka świata.

Aleksandra Konieczna
Aleksandra Konieczna

Pasjonatka sportu, którą bardziej niż listy wyników i cyferki interesują ludzkie historie. Szuka odpowiedzi na pytanie: „jak do tego doszło?”. Zwolenniczka długich dziennikarskich form i opowiadania barwnych historii. W szczególności zajmuje się sportami zimowymi, żużlem oraz lekkoatletyką