25 lutego 2008 Redakcja Bieganie.pl Sport

O dwóch takich, co chcą podbić świat


O Marcinie Lewandowskim kibice lekkiej atletyki na całym świecie usłyszeli w zeszłym roku. Co prawda już w 2006 pobiegł rekord Polski juniorów w biegu na 800m – 1.46,69 i był 4. na Mistrzostwach Świata Juniorów, biegnąc w finale jako jedyny Europejczyk, ale wielu uznało to za przypadkowy sukces. W 2007 Marcin zdobywa złoto Młodzieżowych Mistrzostw Europy (zawodnicy poniżej 23 lat), a przede wszystkim wykręca na 800m kolejny świetny rekord życiowy – 1.45,52. Tylko 0,12s brakuje mu do wygórowanego minimum na MŚ i przez kraj przetacza się debata, czy powinien jechać, czy nie. Wielu uważa, że znany z piorunującego finiszu zawodnik jest tam w stanie już w wieku 20 lat walczyć z najlepszymi na świecie.

Potwierdza to zresztą na wielkich światowych mitingach, w Hengelo, Madrycie, Herrerze, Saragossie, Ostrawie czy na Uniwersjadzie w Bangkoku, gdzie zajmuje wysokie miejsca. Marcin zostaje okrzyknięty największym polskim talentem biegowym i nadzieją na medale największych światowych imprez – nareszcie w prestiżowej konkurencji. Chociaż Marcin dopiero w tym roku skończy 21 lat, w historii Polski tylko czterech najbardziej utytułowanych Polaków biegało szybciej: Paweł Czapiewski (brązowy medal mistrzostw świata, najlepszy czas 1.43,22), Ryszard Ostrowski (złoty medalista Uniwersjady, 5. na MŚ, 1.44,38) oraz Piotr Piekarski (4 na MŚ, 1.45,20) i Marian Gęsicki (1.45,4). Co wreszcie najciekawsze – trenerem Marcina jest jego tylko kilka lat starszy brat – Tomek, również były zawodnik.

Największe sukcesy Marcina Lewandowskiego:
– 5 wynik w historii Polski na 800m (1.45,52)
– 4 m-ce na Mistrzostwach Świata Juniorów, Pekin 2006
– 8 m-ce na Uniwersjadzie, Bangkok 2007
– 17 medali Mistrzostw Polski (w przełajach, w halowych MP, w MP na bieżni)
– rekordzista Polski juniorów, 20 i 21-latków na 800m
– Młodzieżowy Mistrz Europy na 800m, Debreczyn 2007
– Wicemistrz Polski na 800m, Poznań 2007

Rekordy życiowe:

800m – 1.45,52 (Hengelo, 2007)

1500m – 3.42,86 (Wrocław, 2007)

Sponsorzy:
police.gifpolice_g.jpg


lewand_4.jpg
Od lewej: Tomek, Fryderyk i Marcin przed odlotem do RPA, luty 2008


Bieganie.pl: Tomek, pierwsze pytanie na gorąco: dotarła do nas informacja, że Marcin Lewandowski, nasz wielki biegowy talent, poważnie zastanawia się nad zmianą obywatelstwa? Zdementujesz to?

Tomasz Lewandowski: Niestety, nie mogę tego do końca zdementować. W tej chwili mogę powiedzieć tylko tyle: mamy konkretne oferty, negocjujemy. Nie powiem, ani z jakimi krajami, ani jak bardzo zaawansowane są to rozmowy. Zmiana obywatelstwa to nie jest prosta sprawa. Rzeczywiście istnieje jednak możliwość, że na następnych Igrzyskach Olimpijskich Marcin nie będzie już reprezentował barw naszego kraju, ale żeby do tego doszło, jeszcze wiele musi wiele wody płynąć. To nie jest taka łatwa sprawa jak zmiana klubu.

Dlaczego mamy stracić jeden z większych biegowych talentów? Nie boisz się, że kibice Wam tego nie wybaczą? Że okrzykną Was zdrajcami?

Powiem tak: nigdy bym nie przypuszczał, że może dojść do takiej sytuacji. Całe życie marzyłem o tym, że Marcin osiągnie sukces, że stanie się takim biegowym Adamem Małyszem. Wierzyłem w niego od początku, nawet wtedy, gdy wszyscy inni pukali się w głowę na tak śmiałe marzenia. Na początku było nam ciężko – niewiele osób wie, że zanim Marcin stał się bardziej znany, zanim znalazł sponsorów, ja pojechałem do pracy do Anglii, żeby mieć fundusze na jego treningi. Na to, żeby on nie pracował, tylko poświęcił się bieganiu. Teraz można powiedzieć, że się udało – Marcin ma już znane w świecie nazwisko, startuje w najlepszych biegach, osiąga znakomite czasy. Ale myślisz, że wiele się zmieniło od czasów, kiedy musiałem pracować na Wyspach na jego przygotowania? Wcale nie. Choć nasze warunki przygotowań są teraz dużo lepsze, to sport na światowym poziomie stawia również większe wyzwania. Nadal jest tak, że zmagamy się z trudnościami, których nie powinno być na tym poziomie. Walczymy o przetrwanie, o to, czy spełnimy nasze marzenia, czy Marcin stanie się gwiazdą światowego sportu. Chociaż jesteśmy i będziemy Polakami, może się okazać, że tylko zmiana obywatelstwa pozwoli nam na dalsze uprawianie biegania na najwyższym poziomie.

Udało mi się zorganizować szkolenie dla Marcina naprawdę optymalne, ale teraz czas zadbać też o siebie. A z tym jest już dużo trudniej. Będę starał się ze wszystkich sił by tym, którzy nam pomagają i w nas wierzą, Marcin podziękował rewelacyjnym wynikiem sportowym w barwach reprezentacji Polski. Jeśli nie znajdę rozwiązania, nie pozostanie nam nic innego, jak skorzystać z możliwości, jakie daje nam wyjazd za granicę. To nie jest żadne straszenie. Chyba naturalne jest, że każdy stara się zapewnić bezpieczeństwo swojej rodzinie i w miarę możliwości spełniać swoje marzenia.

Na czym polegają te trudności? Chyba nie są to kwestie finansowe, skoro Marcin jest już na tak wysokim poziomie?

Sprawy finansowe mają tu, niestety, wielkie znaczenie. Wybuchniesz śmiechem, jak usłyszysz, w jakich pracujemy warunkach. Przypomnę, że mówimy o zawodniku, który nie tylko jest uznawany za największy talent w polskiej lekkiej atletyce, wygrywa nie tylko wszystko w swoich kategoriach wiekowych na świecie – on w wieku 20 lat już jest piątym zawodnikiem na 800m w całej polskiej historii. W Europie miał w zeszłym roku siódmy czas. To nie jest jakiś junior, który osiągnął przypadkowy sukcesik.

Na co może liczyć zawodnik na tym poziomie? Ma 900zł stypendium z PZLA jako medalista ME. Mógłby mieć więcej – dodatkowe stypendium z uczelni. Niestety, wyobraź sobie, że któryś z pracowników PZLA źle wypełnił zaświadczenie o osiągnięciach Marcina – nie uwzględnił Mistrzostw Europy i Uniwersjady… Stypendium przepadło.

Udało nam się przeforsować w gminie uchwałę, która zapewnia pomoc zawodnikowi takiemu jak Marcin. W tej chwili są to dodatkowe pieniądze. Gdyby nie one – Marcin musiałby iść do pracy, bo za 900zł trudno wyżyć. Sponsorzy i PZLA zapewniają nam warunki treningowe – to znaczy możemy wyjeżdżać na obozy, mamy sprzęt i odżywki, ale nic więcej. A wyobraź sobie, jak duże są wydatki biegacza na tym poziomie. Przede wszystkim jest nas dwóch: zawodnik i trener. Każdy musi jeść, gdzieś mieszkać, w coś się ubrać. Ja – mam dodatkowo swoją rodzinę, żonę, a niedługo będziemy mieli synka…

Gratulacje !

Dzięki. Oprócz nas w treningi zaangażowana jest masa osób, konieczny jest np. lekarz, masażysta. To nie zawsze jest na obozach PZLA. Teoretycznie, gdyby udało się nam zdobyć fundusze z wszystkich możliwych źródeł: z PZLA, ministerstwa, gdybyśmy mieli stypendium w klubie, do tego stypendium z miasta i jeszcze jakieś fundusze od sponsorów, to jest nieźle. Ale, niestety, nigdy nie ma tak dobrze. Nie mamy i nigdy nie mieliśmy stypendium z klubu. Stypendium z ministerstwa przepadło, do tego, gdybyśmy je otrzymali, musielibyśmy z rezygnować z tego z PZLA – takie są przepisy. Ze sponsorem jest ogromny kłopot, to jest coroczna drogą przez mękę, którą ja przechodzę, aby to załatwić. I tak cieszę się i dziękuję Zakładom Chemicznym w Policach, które nas wspierają. Trochę mniej, ale jednak wspiera nas nasze miasto – Police, którego włodarzom również dziękuję.

Aha – i jeszcze jedno: większość z tych pieniędzy to są fundusze na sport młodzieżowy, które skończą się, gdy Marcin zostanie seniorem, czyli już za dwa lata. A wyobraźmy sobie sytuację, w której Marcin łapie słabszą formę lub kontuzję – w tym momencie zostajemy bez kasy niemal od razu.

lewand_1.jpg
Bracia Lewandowscy w trakcie wywiadu dla bieganie.pl

Moja sytuacja jako trenera jest jeszcze gorsza. Zawodnik może liczyć na to, że im wyższe miejsce, które zajmie, tym te stypendia są wyższe. Ja dostaję taką samą kwotę niezależnie od tego, czy Marcin jest 1 czy 10 na świecie. Rok temu miałem takie same pieniądze, jakie zostały mi przyznane na rok 2008. Chcesz wiedzieć, o jakich pieniądzach tu mówimy? Ja przygotowuję Marcina do Igrzysk Olimpijskich, prowadzę też kadrę juniorów. Dostaję za to na umowę zlecenie 1200 złotych netto! Charakter umowy oznacza, że nie mogę wziąć kredytu, podpisać umowy z operatorem telefonicznym, nie liczą mi się lata pracy do emerytury. Dalej – na obozie z juniorami odpowiadam za wszystkie sprawy, 24 godziny na dobę. Jest kontuzja – dzwonię do lekarza, zawożę tam zawodnika. Dzwonię do trenerów tych moich juniorów. Myślisz, że mam na to jakieś dodatkowe pieniądze? Mylisz się – te wydatki pochłaniają zwykle około połowy mojej pensji. Żeby było jeszcze śmieszniej, umowa kończy mi się w grudniu, a nową podpisuję różnie: czasami pod koniec stycznia, czasem w lutym, czasem dopiero w marcu. Kiedy w styczniu zachorowałem, musiałem się leczyć prywatnie, bo nie miałem ubezpieczenia medycznego.

Ludzie myślą, że trener to ma dobrze – lata po świecie, zwiedza. Ja latam – ale do pracy. Kiedy jechaliśmy do Madrytu, to był przylot, odprawa, nocleg, zawody, powrót. Widziałem jedynie stadion w Madrycie, tyle
było tego zwiedzania. Na obozach treningi są dwa razy dziennie, resztę czasu zajmuje przygotowanie się do nich, rozpisanie każdemu zajęć, nadzorowanie ich. Nocami nie zawsze śpię, bo pilnuję młodzieży. To harówka – a stawka za to, za obóz w RPA, który prowadzę, dla mnie w tej chwili 40 złotych dziennie… Nie mogę podjąć żadnej innej pracy – już próbowałem. Jestem poza domem 220-250 dni w roku. Żaden pracodawca nie ma pożytku z takiego pracownika. Jedynym moim dochodem jest ta umowa-zlecenia z PZLA. Na jej wysokość nie miał wpływu ani wynik Marcina, ani wyniki juniorów, którymi się opiekuję. Co ma wpływ? Nie wiem. Niektórzy trenerzy wcale nie mają lepszych wyników, a pieniądze – większe.

Ja jednak będę trenował Marcina nawet za 500zł i wszyscy o tym wiedzą. Przecież nie zostawię brata, tym bardziej – tuż przed Igrzyskami Olimpijskimi.

No właśnie. Rozumiemy, że ze zmianą obywatelstwa nie chodzi tylko o pieniądze?

Oczywiście, że nie. Gdyby to były tylko pieniądze, można by zaryzykować, przecierpieć to wszystko, zakładając, że już niedługo Marcin będzie jako znakomity zawodnik zarabiał naprawdę dobrze i dzięki temu mnie również się polepszy. Ale tu chodzi też o kwestie organizacyjne, ludzkie. To, o co się potykam, to jakaś niezrozumiała zawiść i chęć szkodzenia.

Po pierwsze – wciąż neguje się moje osiągnięcia jako trenera. Wymyśla się jakieś niestworzone historie o moich rzekomych powiązaniach, układach, że udało mi się dzięki nim osiągnąć sukces. Jeden z czołowych trenerów w Polsce powiedział mi: „twoje wyniki są ponadprzeciętne, ale twoja pozycja jako trenera jest zerowa”. Panuje jakaś absurdalna opinia, że Marcin jest tak dużym talentem, że mógłby go trenować nawet kowal. Ja nie jestem może wielkim fachowcem, ale nie można mi zarzucić wielkich błędów. Marcin rozwija się nawet lepiej niż prorokowali fachowcy, zawsze ma szczyt formy na imprezie docelowej, prezentuje równy poziom, bez wpadek, nie ma kontuzji, nie jest wyeksploatowany.

Kiedy jako junior pobiegł pierwszy dobry wynik – 1.48 na 800m, fachowcy stwierdzili, że świetny rezultat, że teraz trzeba zrobić to i to. Ja zrobiłem po swojemu i Marcin pobiegł rok później 1.46. Wtedy fachowcy orzekli, że to przypadek. No to rok później pobiegł jeszcze szybciej. Fachowcy na to, że takich talentów to już było wiele, że oni sami ich mieli. Ale gdzie są te talenty? Dookoła wciąż słyszę spekulację, że u innego trenera Marcin rozwinąłby się lepiej. Ale gdyby krowa miała paski, byłaby zebrą. Czy gdyby Kipketer albo Mottram mieli innych trenerów, biegaliby szybciej? Takie gdybanie jest bez sensu, wykonuję dobrą robotę i oczekuję może nie miłości, ale szacunku do siebie. Ale często nie mam nawet tego.

No to kto tak utrudnia Wam życie? Inni trenerzy, PZLA?

Odpowiedź nie jest prosta, są różni ludzie. Z jednej strony współpraca z PZLA jest dla nas bardzo korzystna pod tym względem, że oni finansują zgrupowania. Jeśli chodzi o tę sprawę, to właściwie nie mam zastrzeżeń. Owszem, są problemy co do terminów obozów albo z tym, że jest ich za dużo w kraju, a za mało za granicą, w dobrym klimacie. Ale to drobiazgi. Pod tym względem chyba żaden inny związek na świecie nie zapewnia tak dobrych warunków. Ale dalej jest już gorzej. Jeśli planuję obóz od 21 stycznia, to np. dlatego, że Marcin ma sesję egzaminacyjną. Tego już PZLA nie bierze pod uwagę. Warunki na obozach są różne – od w miarę komfortowych aż po takie jak na słynnym obozie leczniczym w Tunezji, skąd zawodnicy ewakuowali się na własny koszt, uciekając przed karaluchami. Dojazdy – słabiutko, czasami wręcz skandalicznie, jak np. dojazd do Debreczyna na Młodzieżowe Mistrzostwa Europy. Działacze zafundowali nam koszmarną kilkunastogodzinną podróż – tuż przed najważniejszą imprezą sezonu! Ja chciałem dojechać z Marcinem nawet na własny koszt, ale w cywilizowany sposób. Działacze się nie zgodzili, twierdząc, że wszyscy jadą razem i nie ma innej możliwości. Później okazało się to nieprawdą, bo kilka osób odjechało, przyjechało, jak tylko chciało.

Odżywki: niby są, ale mało i do odbioru tylko w siedzibie PZLA w Warszawie, skąd z Polic jest kawałek drogi. Na 6 tygodni obozu dostajemy np. dwa opakowania Vitargo, co wystarcza nam na dwa tygodnie w tyk klimacie. Niestety w wielu sprawach jakaś niewidzialna ręka stara się utrudniać nam życie tylko dlatego, że nazywamy się Lewandowscy. Poprosiłem w PZLA o aparat do pomiaru zakwaszenia – inni dostali, ja nie. Przez przypadek dowiedziałem się, że inni zawodnicy na tym poziomie dostają pulsometry – musiałem się upominać, inaczej Marcin nie miałby go do dyspozycji. Była też sprawa z tym Pucharem Europy…

Właśnie, o co tam chodziło? W Pucharze Europy startuje przecież najsilniejsza reprezentacja, wszyscy myśleliśmy, że zobaczymy w niej również Marcina Lewandowskiego. Czy niestartowanie tam to była twoja decyzja?

Nie, to nie była moja decyzja. Opowiem dokładnie jak to wyglądało, bo dobry przykład tego, jakie stosunki panują wewnątrz krajowej reprezentacji. W moich pierwotnych planach nie było startu na Memoriale Kusocińskiego (impreza PZLA) ani Pucharze Europy. Jasno miałem powiedziane przez PZLA przed sezonem: cel to Młodzieżowe Mistrzostwa Europy. Pod ten cel wszystko ułożyłem. Jedno było dla mnie jasne: Marcin między 20-25 dniem po zjeździe z obozu prezentuje najwyższą formę. Łatwo więc odjąć 20 dni od startu w Debreczynie. To daje dzień, w którym Marcin powinien zakończyć obóz. Tenże obóz powinien trwać 25 dni (dzień podróży na miejsce, dzień na powrót, 9 dni aklimatyzacji, 14 dni treningu). To daje datę rozpoczęcia obozu. Ustalona została przeze mnie, a zaakceptowana przez PZLA na 1.06.2007 r. Powołanie na zgrupowanie otrzymaliśmy właśnie z taką datą. Otrzymałem też informację od jednego z pracowników związku (wysoko postawionego), że cyt. jeśli ktoś chce biegać na Pucharze Europy, wszyscy muszą się eliminować na „Kusym”, no chyba, że ktoś pobiegnie 1.45, to wtedy po co?”

Chyba nie sądzono, że ktoś tak szybko pobiegnie, a nawet, jeśli, to nie więcej niż jedna osoba. Sugerując się tymi słowami, w Hengelo, gdy Marcin pobiegł 1.45,52 na 800m, podjąłem decyzję, że Marcin pojedzie na obóz trzy dni wcześniej na koszt własny, by ewentualnie zakończyć go tyleż samo krócej, bo być może będzie potrzebny reprezentacji na PE, ale nie nalegałem na prawo startu. Nie było to celem, wolałbym by Marcin został dłużej na obozie i mieć pewność dobrej dyspozycji podczas MME. Wyraziłem jednak stanowisko, że jeśli będzie taka potrzeba, Marcin wyjedzie z obozu wcześniej, bezpośrednio udając się do Monachium, by wystartować na 1500m (taki był start potrzebny metodycznie od razu po obozie, ostatecznie Marcin pobiegł 1500m we Wrocławiu). Zakupiłem nawet bilet (oczywiście na własny koszt).

Nasz serdeczny kolega – Paweł Czapiewski – w międzyczasie pobiegł poniżej 1.46. I wiedzieliśmy, że będzie startował w Warszawie, co da mu nominację na PE. My byliśmy gotowi odpuścić start w Warszawie. Ale nagle pracownicy związku zaczęli dwoić się i troić, namawiając mnie, nawet szantażując, by Marcin wystartował na Kusocińskim – wbrew wcześniejszym ustaleniom!

Najśmieszniejsze jednak, że zanim Marcin pobiegł 1.45.52, na stronie PZLA można było zapoznać się z listami startowymi na „Kusego”. Wyobraźcie sobie, że Marcin, będąc czwartym na świecie juniorem rok wcześniej, legitymujący się wynikiem 1.46, był wpisany w drugą serię biegu na 800m! Nawet po biegu w Hengelo przez pierwszych kilka dni Marcin z nowym rekordem życiowym był wpisany do drugiej serii, bo chciano go skonfrontować z mistrzem olimpijskim Nilsem Schumannem, który na prośbę jego menedżera i uzasadnienie słabej dyspozycji miał biegać w drugiej serii. Każdy inny zawodnik na tym poziomie biegałby w lepszej serii, ale Lewandowski…

Trzymając się swoich założeń i celów (MME) oraz zaakceptowanych przez PZLA planów startowych i powołania na zgrupowanie wydanego przez PZLA, nie przerwałem obozu. Związek chcąc mnie ukarać, nie pokrył nam kosztów powrotu do kraju ze Szwajcarii. Nie chciano też wydać odżywek na Marcina nazwisko (a więc i moje) mojemu koledze. Dlaczego oni karzą zawodnika za decyzje trenera? Dzwoniłem w tej sprawie kilkanaście razy do pani Prezes, ale nie udało mi się z nią skontaktować. Marcin musiał startować na Mistrzostwach Polski Seniorów, mimo że zwiększało to ilość startów do czterech w 9 dni (na 11 dni przed MME, najważniejszą imprezą sezonu!). Każdy wie, że Marcin nigdy tak dużo nie startował. Czyż teraz, na tuż przed Debreczynem nie powinno się Marcina chronić?

Później by nikt nie pamiętał, że wystartowaliśmy na memoriale Kusocińskiego na czyjąś prośbę, a nagle Marcinowi nie
starczyłoby sił na MME i potem odezwałyby się głosy – co to jest, pierwszy wynik w Europie, a nawet w finale MME nie był. Postawiłem więc na swoim, za co byłem później notorycznie karany.

Jakie były konsekwencje?

Byłem u pana Olszewskiego (szef szkolenia PZLA) i spytałem, czy mogę liczyć w tym roku na kontrakt, a on powiedział, że za to co mu zrobiłem z Kusocińskim, to w ogóle pomyłka, że rok temu dostałem. Odbiło się to bardzo dużym echem wśród działaczy i jest to mi wypominane na każdym kroku. Najgorsze jest to, że to była moja decyzja, a zawodnik ponosi konsekwencje. Jest to dla mnie dziwne, tak jest chyba tylko w tym przypadku – bo jesteśmy braćmi. Marcina w końcu nie powołano na Puchar Europy, mimo że miał najlepszy wynik w Polsce.

lewand_2_1.jpg
Trener i zawodnik przed wylotem do RPA

Niestety, w Polsce nie ma żadnych jasnych kryteriów powoływania do reprezentacji. Gdyby było oficjalnie wiadomo, że np. na Puchar Europy jedzie pierwszy Polak z mem. Kusocińskiego, nie można by robić wyjątków, że bierze się lepszego, który nie startuje w eliminacjach, tylko dlatego, że ma lepszy wynik. Trzeba jasno określić: albo jedzie najlepszy Polak (wg rankingu) albo pierwszy z Kusego. Niestety, teraz nie ma żadnych reguł, jedzie ten, kto ma lepsze „układy”. A znowu wyjaśnię: start w PE jest dla Polaków o tyle ważny, że łatwo jest zdobyć wysokie miejsce, tam nie ma dużej konkurencji, a za te miejsca są wysokie stypendia. Wystarczy, że jesteś w pierwszej szóstce na PE (co nie jest trudne, bo startuje 8 zawodników) i masz zapewnione szkolenie oraz stypendium. Zawodnik będący na 6 miejscu podczas PE ma dokładnie takie samo szkolenie jak medaliści MŚJ, MEJ, MME. Stypendium – 4 miejsce podczas PE = 1 miejsce MME – 1150 zł brutto. To jest dla każdego zawodnika szansa.

Aha – same zasady to nie wszystko, trzeba je jeszcze egzekwować. Bo były już takie przypadki, że zasady niby były – ale i tak je zmieniano w ostatniej chwili.

Przedstawiona przez Ciebie wizja zawodowej kariery nie brzmi zachęcająco dla potencjalnego biegacza…

To jeszcze nie wszystko, takich problemów jest dużo więcej. Przykre jest, że zawodnik pracuje, sprzedając produkt, siebie, dostarczając emocji, często narażając swoje zdrowie, powodując spustoszenie wewnętrzne organizmu – i otrzymuje za to uścisk dłoni prezesa oraz medal. Wiele zależy od organizatorów imprez, ich kreatywności. Dobrze, że za
medal często otrzymuje się nagrodę z uczelni, miasta czy gminy, ale źle, że gdy ktoś przestaje być studentem, a zdobywa medal ciężką pracą, nie otrzymuje żadnej nagrody. Nie dziwię się, że tak wielu biegaczy jest sfrustrowanych, skoro wiedzą, że jedyne, co może dać im osiągnięcie sportowe, to nie jest nagroda, a nominacja do kadry Polski.

Orzełek na piersi, strój reprezentacyjny – owszem, zadośćuczynią wszystkim startom, wysiłkowi. Niestety, zawodnicy otrzymują sprzęt (niezakupiony z pieniędzy publicznych, a przekazany przez sponsora) niekompletny lub sprzed kilku lat, za duży lub za mały (taki, jaki się ostał). Wyjeżdżając na tydzień mają przydział jednej koszulki! Zdarzało się też, że dres reprezentacyjny zawodnicy, którzy nie awansowali do finału, musieli zwrócić po zawodach. Ten sam dres trafiał później do zawodników, którzy wyjeżdżali na kolejne imprezy! To ma być nagroda za wynik? Na świecie jest tak, że reprezentant kilku lub wielomilionowego kraju ma zaszczyt reprezentowania go. Ale i przywileje. Jednym z nich jest otrzymanie odzieży sportowej w barwach narodowych od „a do z”. I to na własność, bez obowiązku zwrotu.

My zmagamy się z takimi przyziemnymi problemami, chociaż Marcin jest jednym z najlepszych zawodników na świecie. Dlatego bierzemy pod uwagę zmianę obywatelstwa. A pomyśl, jakie problemy mają ci trochę słabsi, którzy reprezentują już niezły poziom i chcieliby być jeszcze lepszymi. My, jeśli Marcinowi powinie się noga, pewnie jakiś czas przetrwamy – jesteśmy tak silnym teamem, że wychodzimy z każdych opresji. Finansowo może być różnie, ale organizacyjnie damy radę wszystkiemu. Przez kilka lat budowałem nasze relacje ze sponsorami, zawsze byłem wdzięczny ludziom, którzy pomogli i głośno im dziękowałem. Wiem, że jak tylko coś się stanie, na pewno uzyskam pomoc, której będę potrzebował. Do tej pory zawsze, gdy potrzebowałem pomocy, uzyskałem ją od rodziny, przyjaciół, sponsora ZCH, GSC- Hermes. Na nich nigdy się nie zawiodłem. Niestety, w ogólnym rozrachunku uważam, że nie ma tutaj miejsca dla mnie. Nie mam siły męczyć się z urzędnikami, którzy zza biurka nie dostrzegają problemów, nie wyrażają chęci na ich rozwiązanie. Mam za mało wsparcia organizacyjnego, technicznego. Do tego dochodzą bardzo zawistni i zazdrośni ludzie, którzy wyrządzają nam wiele krzywdy.

Dlatego bierzemy pod uwagę zmiany, nawet radykalne. Zmiana klubu na zagraniczny jest łatwiejsza do przeprowadzenia niż zmiana obywatelstwa. Dużo szybciej też następuje. Tam Marcin będzie miał stworzone tak samo dobre warunki do treningu, ale przede wszystkim ja będę miał zatrudnienie, zabezpieczenie dla mojej rodziny. Będę mógł dalej się rozwijać, realizować. Tam docenia się fachowców i fanatyków. U nas tylko podcinają skrzydła. Jak wychylisz się poza szereg, mniej cię szanują.

Jest więc różnica pomiędzy tym, jak traktuje się Ciebie w Polsce jako trenera, a jak za granicą?

Jest. Muszę jednak zaznaczyć – w Polsce są też trenerzy, którzy zachowują się normalnie, wspaniali ludzie. Pamiętam taką sytuację, gdy zapytałem o radę mojego serdecznego kolegę Marka Jakubowskiego, trenera z wielkimi osiągnięciami. Powiedział mi: „Tomasz, ja nie miałem zawodnika na takim poziomie, nie wiem jak Ci pomóc z Marcinem.” Ten sam trener wypytując mnie o trening nie poprzestał, gdy powiedziałem mu, że podstawą w treningu Marcina jest sprawność ogólna, teraz też sprawność specjalna. Pytał o formę, metody, ilości, intensywność itd. On rzeczywiście szukał odpowiedzi, nie uważał, że już zna wszystkie odpowiedzi.

Zazwyczaj każdy się pyta o rzeczy bardzo ogólne, ile biega ciągłego, a po ile ten ciągły. Mnie by nic nie mówiło, gdyby ktoś mi odpowiedział: 6 km po 3.30. Teoretycznie to nie jest szybko i wiele. Ale jak ten ktoś doda, że rano przed tym treningiem, ten zawodnik biegał SB 10x 500m podbiegu, lub 12 x 300 skipu, a na następny dzień po tym ciągłym, biega WS 10 x 1000m z przerwą 1 minutową po 2.55-3.00, to zmienia całkowicie moje zdanie. To bardzo mocny zakres.

W Polsce proponowano mi pracę w zamian za zmianę barw klubowych przez nas obu. Ale nawet nie spytano o kwalifikacje. Tylko dlatego, że w danej chwili Marcin miał super wynik, ale nie miało znaczenia jak bardzo perspektywiczny jest, jak bardzo wyeksploatowany treningiem. Natomiast za granicą (Holandia, Niemcy, Anglia, Norwegia, Słowenia) za każdym razem jak rozmawiałem o jakiejkolwiek współpracy, czy to firma sportowa Adidas, czy najlepszy menedżer na świecie, czy zwykły klub sportowy, czy szkoła, przeprowadzano ze mną rozmowy kwalifikacyjne, miałem wrażenie, że poddawano próbie. Musiałem udowodnić swoje kompetencje. Gdy zdradzałem wyniki Marcina oraz osiągnięcia pozostałych zawodników, spotykałem się ze słowami uznania, otrzymywałem gratulacje. U nas liczą się
układy, polityka, tam – umiejętności.

Jeśli zmienicie klub na zagraniczny, to co się stanie z Twoja grupą w Policach? Ponoć powstał tam niezły team?

W Policach prowadzę grupę przy uczniowskim klubie sportowym. Pomiędzy obozami koncentruję się najbardziej na nich. Gdy wyjeżdżam na zgrupowania kadrowe staram się ich zabierać ze sobą, by mogli trenować z moimi kadrowiczami. Jeśli wyjadę, na pewno nie będę w stanie prowadzić grupy w Policach. Ciężko teraz przewidzieć, czy się rozpadnie. Będę się starał wprowadzić kogoś na moje miejsce, by dalej ciągnął tą ekipę.

A jak w ogóle oceniłbyś polski system szkolenia?

Wydaje mi się, że struktura szkolenia centralnego w Polsce jest bardzo dobrze rozwinięta. Zawodnik przechodzi przez szczeble szkolenia: klubowy, wojewódzki, centralny. W większości krajów taka struktura w ogóle nie występuje. Każdy szkoli się na własny koszt, bądź sponsorów. Jedynie naprawdę światowa czołówka ma zapewnione przez związek optimum szkoleniowe. U nas dba się o szeroką kadrę. To naprawdę duży plus, bo Polacy w większości nie są bogaci, jest to więc spora pomoc. Ale jeśli chodzi o ocenę organizacji tej struktury, to uważam, że należy sporo poprawić, bo nieporządek, nieład, nieubranie działań związkowych w garnitur zasad, granic, system promujący szkolenie młodzieży i niedbający o seniorów, niszczy cała tą strukturę od środka. Ostatnie moje przemyślenia prowadzą jednak do wniosków, że być może Norwegia, gdzie szkolenie centralne w ogóle nie występuje (nawet nie ma kadr wojewódzkich), postąpiła słusznie. Tam jednak sport wspierany jest przez sponsorów, u nas nie ma jeszcze na to warunków.

nowicki_lewy.jpg
Bartek Nowicki i Marcin Lewandowski w RPA – dwóch najlepszych obecnie w Polsce średniodystansowców

OK. Zajmijmy się teraz Lewandowskim-trenerem. Opowiedz nam trochę o swojej koncepcji treningu. Skąd czerpiesz inspirację?

Nie możemy zamykać się tylko na swoją filozofię treningową. Kilka lat temu, gdy zdobywałem doświadczenie trenerskie, uczestniczyłem kilkanaście razy w roku w szkoleniach, seminariach, konsultacjach, wykładach sportowych, metodycznych, trenerskich. Bardzo dużo też czytam literatury anglojęzycznej, mój asystent Tomasz Jurkowski jest biegły z języka niemieckiego i wyszukuje wszystko, co może być przydatne w treningu, w prasie, literaturze, TV niemieckiej. Utrzymuję stały kontakt z trenerami najlepszych zawodników w Europie i na świecie, wymieniamy się uwagami, często szukamy rozwiązań z sytuacji problematycznych. Nie ukrywam, że podpytuję, gdy tylko mogę, o różne sprawy związane
z treningiem. Jednakże nigdy nie traktuje czyichś wypowiedzi, wskazówek, nawet w fachowej i specjalistycznej literaturze, jako pewnik. Czytam, słucham, obserwuję, następnie sam analizuję, zadaję dalsze pytania i wyciągam wnioski, wybierając z tego to, co uważam za słuszne, co jest mi potrzebne.

Uważam też, że myśl szkoleniowa w Polsce może być zdecydowanie skuteczniejsza, pod warunkiem, że trenerzy zechcą dzielić się miedzy sobą wiedzą i umiejętnościami i zaprzestaną traktować się jak rywali. Bo dziś często nawet jeśli ktoś ma słuszną koncepcję, nie wyjdzie ona na światło dzienne, nikt więc z niej nie skorzysta. Ja na szczęście jestem otoczony przez świetnych trenerów, którzy częstokroć do samego rana dyskutują ze mną i dzielą się swoimi uwagami. W ten sposób uczymy się od siebie nawzajem.

Ja bardzo dużo czytam i mimo skończonych studiów, dodatkowych fakultetów, kilku szkoleń, sam jeszcze studiuję, tak dla siebie, wszystko, co mi jest potrzebne. Muszę znać trochę psychologii, wiedzieć, jakie podać witaminy, jakie jedzenie. Czytam np o Sebastianie Coe, co robić, żeby nie zatracić szybkości nawet w zimę. My to robiliśmy do tej pory inaczej, szybkość zaczynaliśmy w kwietniu, a mimo to Marcin jest taki szybki, że na końcówce to praktycznie mało kto potrafi z nim wygrać. Trener Szałach powiedział super świetną myśl, która mi dała dużo do myślenia: „nie liczy się sama szybkość w sobie, szybkość maksymalna, prędkość jaką można rozwinąć na 100m, ale liczy się, by być jak najmniej zmęczonym na 600m”. To potwierdziło moją zasadę, że trzeba przeprowadzać trening bardziej tlenowy czy wytrzymałości szybkościowej, a szybkość maksymalna nie jest do niczego potrzebna.

Czy mierzycie mleczan i co chcecie przez to sprawdzać?

Tak. Chcemy sprawdzać zmęczenie organizmu. Na dzień dzisiejszy ja coraz sceptyczniej podchodzę do mierzenia kwasu mlekowego. Zbyt wiele parametrów wpływa na jego wynik. Więcej niż na mój subiektywny odbiór i ocenę treningu. Teraz bardziej kieruję się „nosem”. Mierzę kwas, ale tak bardzo się nim nie sugeruję. Marcin wszystkie drugie zakresy robi do 2-2,5 mmoli, a tylko nieliczne powyżej 2,5. Mierzymy głównie po treningach tlenowych, czyli żeby potwierdzić, że trening wykonany był poniżej progu, że to był trening budujący, a nie eksploatujący. Jeśli było by inaczej, zmieniłbym kolejną jednostkę treningową.

Jeśli chodzi o trening to jakieś ramy macie opisane, ale jeśli coś się dzieje, to wszystko zmieniasz?

Tak, to jest tylko schemat. Trening dzień po dniu mam rozpisany tylko na dwa tygodnie, bo wszystko szybko się zmienia i często trzeba improwizować, wprowadzać korekty . Na tym polega optymalizacja procesu szkoleniowego.

Jak wygląda wasz trening siły biegowej, ile taka jedna seria siły trwa?

Odcinki które Marcin robi to są nie dłuższe niż 150m w podbiegach. Tak około 20min. Są treningi, że tylko chcemy, żeby coś zrobił na zaliczenie, żeby się przemęczył, a są takie, że chcemy uzyskać jakiś rezultat ruchowy, jakiś nawyk ruchowy. Innym razem – chcę, żeby się autentycznie zmęczył. Ja większy nacisk kładę na sprawność ogólną i specjalną. Przez całą zimę nie robimy siły biegowej, dopiero później, natomiast przez cały okres przygotowawczy robimy sprawność ogólną i specjalną, czyli: obwody, stacje, piłki lekarskie, płotki, siłownia – z własnym obciążeniem raczej bez obciążeń dodatkowych. Teraz, będąc na zgrupowaniu w RPA, gdzie mamy idealne warunki pogodowe, wychodzimy z siłowni, żeby wykonać
trening siły biegowej. W Polsce pewnie dalej byśmy ćwiczyli na sali, aż do wiosny.


Dokładnie planujesz dietę Marcina?

To jest tak, że od czasu do czasu daję mu tylko wskazówki. A jeśli chodzi o wspomaganie, suplementy, to ja ściśle wybieram, co i w jakim okresie, o której godzinie ma zrobić.

Możesz podać taki schemat suplementacji?

Marcin raczej nie je mięsa, więc musi uzupełnić białko, czyli brać aminokwasy, ale tylko po głównym treningu, natomiast codziennie izotonik uzupełniający płyny, rano multiwitamina i obowiązkowo na noc magnez.

Nie je mięsa? I Ty jako trener na to pozwalasz?

Marcin rzeczywiście nie je mięsa, nie je od kiedy pamiętam. Ale nie do końca. Po prostu nie przepada za mięsem, ja zresztą też. Jedni nie lubią ziemniaków w żadnej formie, a inni mięsa. Ale nie wynika to ze światopoglądu, wyznania, postanowień czy wskazań co do uprawiania sportu. Po prostu kwestia gustu. Ja wiem, że zawodnik musi jeść mięso, szczególnie czerwone. Nie boję się jednak o utratę zdrowia u Marcina z tego powodu. Badamy jego krew i całe ciało regularnie. Nie ma żadnych braków białkowych, braków w strukturze kostnej. A spustoszenia białkowe, wywołane treningiem, uzupełniamy w postaci odżywek sportowych. Marcin jada kurczaka i potrawy kurczakowe, je ryby, sery i przetwory mleczne. Inne rodzaje mięsa nie przechodzą mu po prostu przez przełyk. Zresztą na przykład Vitargo białkowe również powoduje odruchy wymiotne. Aha, jest wyjątek! Gdy nasz tato zrobi takie własnej roboty kabanosy z sarenki czy jelonka, dzika, to wcinamy obaj jak króliki.

A jakie Marcin je aminokwasy?

Zestaw aminokwasów, ale jak czasami ich nie mamy, to uzupełniamy je aminokwasami rozgałęzionymi czyli BCAA, a jak nie ma i tego, to odżywkę białkową. Dożylnie ani w zastrzykach nic nie bierze.

Ile Marcin waży i ma wzrostu?

65kg, wzrost 180.

A jak wygląda w Polsce odnowa biologiczna?

Powiem tak: jesteśmy daleko w tyle! Brak u nas wyspecjalizowanych fizjoterapeutów i lekarzy sportowych. Trenerem odnowy biologicznej musi być zawsze trener sportowy. Na zgrupowaniach kadry PZLA często brakuje lekarza. A jak
ważną rolę pełni on na 30-40 dniowym zgrupowaniu zagranicznym dla 10-20 osób, to chyba każdy sobie zdaje sprawę. Brakuje też masażysty. Dlatego coraz częściej trener poszerza swoje umiejętności o sztukę masażu, by wspomóc proces
szkoleniowy i zawodnika. Odnowa biologiczna w Polsce kojarzy się z sauną, a opieka lekarska ze zwolnieniem lekarskim, gdy złapie się kontuzję. Tymczasem oba zagadnienia są o wiele szersze, bo zawierają odpowiednią dietę, wspomaganie (tutaj nie mam w ogóle doświadczenia, bo nigdy nie korzystałem z tego przywileju dla Marcina), profilaktykę, szybką diagnozę, leczenie, rehabilitację.



lewy_podium_23.jpg

Marcin Lewandowski na pierwszym miejscu podium Młodzieżowych Mistrzostw Europy 2007


Opowiedz coś o współpracy z Josem Hermensem, jak to się zaczęło i co wam to daje?

W Pekinie na MŚ Juniorów podszedł do nas jeden z jego pracowników i zagadnął. Najpierw nawet nie wiedziałem kto to jest, powiedział że z Global Sport Comunications. Na początku nie skojarzyłem kto za tym stoi. Ale jak mnie zaprosili na spotkanie to przedtem sprawdziłem. Na pierwszym naszym spotkaniu był trener, który mnie sprawdzał pod względem szkoleniowym, trenerskim. Dopiero przy kolejnych spotkaniach był Jos i Nel Spencer, odpowiedzialny za promocje i reklamę w Adidasie. Powiedzieli, że nas biorą, pod warunkiem, że ja będę trenerem. Bardzo im się też spodobało, że czerpiemy mnóstwo metod treningowych z innych dyscyplin sportowych. My np. tańczymy na treningu w parach bez muzyki, robimy aerobik czy wymyślamy różne ćwiczenia zaczerpnięte z innych dyscyplin sportowych. Pytali też bardzo dużo o trening, ile jednostek treningowych wykonujemy w ciągu dnia, ile jednostek w tygodniu, miesiącu, jaki kilometraż, intensywność, ile interwalów. Stwierdzili, że zawodnik jest perspektywiczny i w związku z tym doszło zawiązania się współpracy.

A co nam to daje? Najważniejsza sprawa – załatwia nam starty. No i daje poczucie bezpieczeństwa. To jest facet który ma Bekele, Gebrselassie, Kipchoge, wszystkich najlepszych na świecie zawodników i on korzysta z najlepszej na świecie opieki, zaplecza. My, dzięki temu, że go znamy, wiemy, że może zapewnić pomoc Marcinowi w razie jakiegoś niepowodzenia. Gdybyśmy mieli jakiś problem finansowy to wiemy, że też pomoże. Raz w roku sponsoruje sprzęt dla całej naszej grupy. Daje możliwość przyjechania z całą ekipą do swoich ośrodków sportowych za symboliczna kwotę i korzystania z całego zaplecza i lekarza. Ma też ośrodki gdzieś w górach, które prowadzą byli olimpijczycy. On ma naprawdę wielkie możliwości. Zobacz mitingi Golden League, transmitowane w telewizji. Tylko sędziowie albo dziennikarze są na płycie boiska plus Jos, który zawsze jest ze stoperem, mierzy, krzyczy, podchodzi do bieżni. Jesteśmy pod wielkim wrażeniem, jak to wszystko działa profesjonalnie. Nam czegoś takiego właśnie potrzeba. To
jest facet, który może wszystko w świecie sportowym.

A jak układacie plan startowy? Ma na to wpływ PZLA, menedżer?

Przy układaniu planu startów najważniejszy jest cel. Jeśli w tym roku są to Igrzyska, muszę tak ułożyć starty, by wypełnić
minimum, ale żeby szczyt formy był w sierpniu, podczas najważniejszych zawodów.
Do tego dochodzą sprawdziany, testy, starty kontrolne. Menedżer nie wymaga startowania na jakichkolwiek zawodach. Nie ma więc konfliktów na tej linii. Ja ustalam wstępny plan i przekazuję go do PZLA oraz do menedżera. Do tej pory nigdy jeszcze (z wyjątkiem
roku 2007) PZLA nie miało uwag do planu startów Marcina. Wówczas Hermens kontaktuje się z organizatorem i prosi o prawo startu Marcina w zawodach. Do tej pory zawsze się udawało (z wyjątkiem Madrytu, gdzie Marcin startował w drugiej serii). Jeśli w danym czasie nie ma zawodów w Europie, to ja (lub mój asystent – T. Jurkowski) zajmuję się znalezieniem biegu w Polsce. Na takich biegach też można uzyskać super wynik. Często jest tak, że pogoda dopisuje, zawody organizowane są na dobrym stadionie (Białogard, Wrocław, Sopot, Kozienice), zbierają się i zmawiają najlepsi – to i wyniki są dobre. Ale wystarczy, że najlepsi rozjadą się po mityngach zagranicznych lub nie mogą się porozumieć w kwestii prowadzenia biegu, od razu odbija się to na wyniku. Uważam jednak, że najlepsze wyniki można uzyskać na dzień dzisiejszy tylko za granicą, z dwóch powodów:

Najwięcej można stracić, lub zyskać, na ostatnich 200 metrach w przypadku biegu na 800m, ostatnich 500/1500m, 1000m/5000, 2000m/10000m, 800m/3000prz. Niezbędna w tym przypadku jest rywalizacja. Jeśli biegnie się wówczas samemu, niezwykle ciężko jest wykrzesać z siebie nowe siły, natomiast może uczynić to nasz umysł, reagując na przeciwnika. Dodatkowo dochodzą przeciwności ze strony pogody. Biegnąc w grupie, niejako w tunelu powietrznym, nie traci się sił na walkę z wiatrem. Ważne jest więc, by biegać z lepszymi od siebie, bo oni mogą „dociągnąć”
cię do mety.

No i druga sprawa: kibice. Ich entuzjazm, okrzyki, atmosfera zawodów, prestiż imprezy – to silne bodźce, powodujące wyciśnięcie ostatniej kropli energii z organizmu. W Polsce na razie brakuje tego, nie ma takiej atmosfery.

No właśnie, jak sądzisz, dlaczego zawody w Polsce odbywają sie przy pustych trybunach?
Kiedyś na zawody lekkoatletyczne na stadion X-lecia przychodziło kilkadziesiąt tysięcy osób, więcej niż na mecze
piłkarskie. Uważam, że bardzo silnym narzędziem manipulacji uwagą kibiców są media. One wybrały politykę ukierunkowaną na gry drużynowe (głównie piłka nożna), gdyż to się sprzedaje najlepiej.
Wystarczy tylko trochę uwagi poświęcić w mediach lekkoatletom, a z iskry będzie wielki płomień, tak jak z Małyszem, Kubicą, Jędrzejczak. Potrzeba też nam kreatywnych menedżerów i organizatorów imprez. Wszyscy razem mogą stworzyć efektowne widowisko, a to przyciągnie ludzi. Bez pomocy mediów zawsze będziemy w tyle.

Jak wyglądają takie wewnętrzne relacje między bratem-zawodnikiem a bratem-trenerem? Kłócicie się? Jak wygląda wasze życie prywatne?

Marcin od kilku lat ma dziewczynę – Magdę, z którą bardzo się zżył. Ja mam kochaną żonę Sylwię, z którą oczekujemy z
niecierpliwością potomka.
Czas na normalność Marcin ma w październiku, podczas przerwy posezonowej i roztrenowania. Luźniej jest też w listopadzie podczas wprowadzenia w trening. Każdą niedzielę mamy wolną od treningu, wtedy jest czas dla rodziny, na odpoczynek, relaks, modlitwę. Dla mnie październik jest ciężki,
ponieważ analizuję miniony sezon każdego zawodnika, wyliczam proporcje, wyciągam wnioski i przygotowuję projekt szkolenia na kolejny sezon. Walczę też wtedy o sponsora, zajmuję się marketingiem. I jeśli normalność traktujemy jako wspólne wypady, kino, wycieczki, imprezy, spotkania towarzyskie, to ja jestem nienormalny, bo to mam naprawdę bardzo rzadko. Odpoczywam, gdy jestem chory, bo uziemiony nie wiele mogę zdziałać.

Nasze relacje są zazwyczaj bezkonfliktowe. Często zdarza się różnica zdań na tematy życiowe, ale nigdy na tematy sportowe, metodyczne. Marcin mi ufa w 100%. Niestety, nasze relacje braterskie zanikły. Sport wymaga profesjonalizmu nawet pomiędzy treningami. Gdy siedzimy przy niedzielnym obiedzie w domu i Marcin nie ma na nogach skarpetek, nawet wtedy zwracam mu uwagę i nie może on ze mną dyskutować na ten temat. Podczas treningów nie może liczyć na żadne pobłażanie z mojej strony czy faworyzowanie go. Jak podpadnie, egzekwuję błędy
i on ponosi konsekwencje.

Czy kiedykolwiek wątpiłeś, że uda Ci się doprowadzić Marcina do sukcesów?

Tak, zdarza mi się zwątpić. Nie wątpię w wielki talent Marcina, ani w jego predyspozycje, możliwości. Z roku na rok stwierdzam, że jest on większym talentem niż sądziłem jeszcze rok wcześniej. On udowadnia mi moją niewiedzę. Kiedyś powiedziałem przed zawodami, że jeśli pobije w nich rekord Polski, to muszę spalić swoje zapiski treningowe, bo za
nic nie chciał z nich wyjść taki super wynik. Ale przecież sport to nie matematyka. Marcin pobił ten rekord, ja – nie spaliłem swoich notatek. Są mi one bardzo potrzebne nawet dziś. Ale wtedy uwierzyłem w słowa mojego asystenta: „On może być lepszy niż Czapi. Może być najlepszy na świecie.” Teraz wierzę, że wszystko jest możliwe.

Talent Marcina potwierdzają nie tylko wyniki sportowe, ale i wyniki wszelkich badań wydolnościowych, biochemicznych czy fizjologicznych. Ale żeby z wielkiego talentu zrobić biegacza, to nie jest takie łatwe. Ile mieliśmy talentów, a ile z nich zostało? Okazuje się, że sam talent nic nie przesądza. Trzeba jeszcze w odpowiedni sposób go rozwijać, budować. Żeby mieć dobrego zawodnika, nie wystarczy tylko go trenować. Trzeba go poznać, kształtować w nim odpowiednie cechy wolicjonalne, podejście życiowe, trzeba go wychowywać. A to już nie jest takie proste. I tego się zawsze bałem. Żeby być mistrzem, nie wystarczy mieć talent. Mistrzostwo to suma tysięcy składników. Mistrzem staje się nie ten, kto
ma największy talent (choć jemu jest najłatwiej), ale ten, kto zadba o największą liczbę – tych wpływających na wynik sportowy – czynników. Jeśli się obawiam, to tylko tego, jak wiele z nich rozpoznam i o jak wiele z nich będę mógł zadbać oraz o to, o jak wiele z nich będzie mógł zadbać Marcin.

A jakie są najsilniejsze Wasze strony?

Najsilniejsze? Hmm… Myślałem, że zapytasz o te najsłabsze. Jeśli chodzi o mentalność, charakter, to uważam, że najmocniejszą cechą Marcina jest całkowite oddanie się i poświęcenie. Niewiele osób potrafi się tak oddać temu, co robi. Wierzy w siebie, jest waleczny, zawzięty. Jeśli chodzi o predyspozycje fizyczne, to uważam, że największym jego atutem jest bardzo wysoki pułap tlenowy i duża siła naturalna. W biegu natomiast najmocniejszą jego stroną jest silny finisz. Moją mocną stroną, jako trenera, jest konsekwencja i opanowanie, kreatywność i elastyczność.

A co powiesz o swojej wcześniejszej karierze jako zawodnika?

Myślę, że sam się zajechałem. Byłem częścią struktury, która nie pozwoliła mi tylko trenować i studiować. Musiałem iść do pracy. Łączyłem wszystkie trzy rzeczy. Biegałem często w nocy po 23. Nie wyszło mi to na dobre, długo nie wytrzymałem. Odnośnie jeszcze zmian w szkoleniu: nie można odseparować w całym szkoleniu tylko samego treningu. Sam trening mistrza nie czyni. Mało tego: robić ciągle więcej nie daje gwarancji progresji. W Polsce generalnie wcale źle się nie trenuje. Bardziej należałoby zmienić całą strukturę, politykę startową, podejście do odnowy biologicznej, szkolić nie tylko zawodników, ale i trenerów.

Myślisz, że Marcinowi w Polsce wyrośnie jakiś mocny rywal?

Chciałbym, żeby tak było, ale nie wiem, kto mógłby nim być. Paweł Czapiewski nie miał kilka lat temu równych sobie w kraju i pewnie nie spodziewał się, że w ciągu trzech sezonów wyrośnie mu młodszy o 9 lat przeciwnik. Ciężko powiedzieć, kto „wystrzeli”. Młodych zdolnych, utalentowanych jest wielu, ale czy ktoś z nich przetrwa i dojdzie do takiego poziomu sportowego – ciężko powiedzieć. Czym dojdzie ich więcej – tym lepiej.Powiedz jeszcze, co z Waszą stroną WWW, była dla kibiców cennym źródłem informacji, dlaczego jest tak rzadko aktualizowana?

Ostatnio w ogóle nie jest. Jesteśmy na etapie przetwarzania jej. Ponieważ zajmuję się tym ja, człowiek instytucja – to nie zabrałem się za to, uznając to za mniej ważną sprawę. Jestem dietetykiem, psychologiem, menedżerem, spowiednikiem, przyjacielem, trenerem, treserem Marcina – to pochłania mnie najbardziej i ma pierwszeństwo przed stronami WWW. Udało  mi się jednak powołać do naszego TiMu człowieka, który jest nie tylko przyjacielem naszym, ale zna się na sporcie, sam bardzo dobrze biegał, a przede wszystkim specjalizuje się w tworzeniu stron internetowych. To Marcin Kiedrowicz. Obiecał, że do przełajów strona będzie gotowa i że będzie aktualizowana codziennie. Również za Waszym pośrednictwem chcemy przekazywać szerszemu gronu najistotniejsze informacje o Marcinie.

No to bieganie.pl postara się dostarczać kibicom najświeższych informacji o Teamie Lewandowskich (TiM – jak Tomek i Marcin). Powiedz nam na koniec: jakie macie najbliższe plany?

6 marca wracamy z RPA i startujemy 8 jakiś test w krosie, tydzień później MP w przełajach i 25 jest wylot z powrotem do RPA na trzy tygodnie. Powrót 15 kwietnia, a pod koniec kwietnia dwa starty kontrolne, 29 wylot do Predazzo, zjazd na Hengelo na 24 maj i… próba uzyskania minimum.

W takim razie czekamy, życzymy powodzenia i trzymamy kciuki!

Dzięki. Pozdrawiamy wszystkich kibiców i dziękujemy za wsparcie, jakiego nam udzielają.


Porównanie wyników Marcia z kilkoma z najlepszych „ośmiusetmetrowców” w historii.

  Coe Kipketer Bucher Schumann Borżakowski Czapiewski Lewandowski
Wiek 29/10/1956 12/12/1970 19/10/1976 20/05/1978 12/04/1981 30/03/1978 13/06/1987
177/54 172/62 186/75 192/77 182/70 178/57 180/64
16 1:59.9 1:50.3 X 2:03.6 1:53.6 1.57.39 1.55.46
17 1:56.0 1:52.0 1:56.40 1:53.0 1:47.7 1.52.93 1.51.77
18 X 1:47.0 1:48.32 1:48.35 1:46.13 1.49.66 1.48.86
19 1:53.7 1:47.2 1:45.71 1:46.61 1:44.33** 1.48.28 1.46.69
20 1:47.7 1:45.7 1:46.41 1:44.89 1:42.47 1.46.57 1.45.52
21 1:44.95 1:46.19 1:45.33 01:45.1 1:44.20 1.46.71 ??
22 1:43.97 1:45.62 1:44.96 1:44.22 1:43.68 1.46.07
23 1:42.33 1:45.46 1:42.92 1:44.32 1.43.92 1.43.22
24 1:44.7 1:43.29 1:43.12 1:44.16 1:44.2 1.44.32
25 1:41.73* 1:42.87 1:42.55 X 1.47.05
26 1:44.78 1:41.83 1:43.93 X 1.46.39
27 1:43.80 1:41.11* 1:44.23 X 1.45.39
28 1:43.64 1:43.18 1:45.56 1.48.48
29 1:43.07 1:42.57 1:45.2
*WR **Jun.Eur.Rec.