new balance 880
 
9 sierpnia 2013 Redakcja Bieganie.pl Sport

Mariusz Giżyński wróci do gry?


„Giża” to jeden z najbardziej charakterystycznych polskich maratończyków, dbający w treningu o każdy szczegół i szukający biegowych innowacji. To właśnie dzięki inicjatywie Mariusza Giżyńskiego, który w 2010 roku współorganizował obóz biegowy w Kenii, znów modne i sensowne stało się trenowanie polskich biegaczy w tej części Afryki. Szukając nowych bodźców treningowych, jako pierwszy z długodystansowców zaczął korzystać z namiotu tlenowego. Przed nim najtrudniejsza walka – o powrót do biegania na najwyższym poziomie. 

 

giza1.jpg 

fot. Aleksandra Szmigiel – Wiśniewska 

 

Mariusz, nie widać Ciebie na zawodach, dlaczego?

 

Niestety leczę kontuzję. Dopadła także mnie. Tak więc leczę się. Uraz okazał się na tyle poważny i skomplikowany, że ciężko pozbyć się problemu. Cały czas jeżdżę po różnych specjalistach, badam się, próbujemy różnych metod. Jest jakieś światełko w tunelu, postęp, ale bardzo trudno to się posuwa do przodu. 

Kontuzja jest poważna?

 

Uraz dotyczy stopy, a odnowił mi się w sierpniu. Kiedyś, 4 lata temu, gdy jeszcze biegałem biegi przeszkodowe, podczas biegu źle wylądowałem w rowie z wodą i poczułem ból. Od tego momentu miałem problem, bo ból co jakiś czas nawracał. Nie mogłem biegać w miękkich butach, tylko w twardych i to pomagało. W zeszłym roku kontuzja wróciła ze zdwojoną siłą. Między innymi z tego względu zrezygnowałem ze startu w jesiennym maratonie, zmniejszyłem znacznie obciążenia treningowe, wziąłem jedynie udział w Mistrzostwach Europy Wojskowych na 20 km, pobiegłem z lekkiego treningu kilka biegów na 10 km i było nieźle. W grudniu niestety kontuzja całkowicie uniemożliwiła mi normalne trenowanie i od tego czasu stosuję jedynie formy ruchu zastępujące trening biegowy, wszystko w przerwach pomiędzy kolejnymi wizytami lekarskimi.

 

Jaki trening zastępczy wykonujesz? 

 

Głównie rower, bo na nim można się najbardziej zmęczyć. Trenuję tak jak do biegów długich, czyli zwracam uwagę na czas pracy i intensywność, robię interwały, siłę, treningi tempowe w różnych zakresach. Pływam, biegam w wodzie, robię siłę ogólną na niestabilnych platformach. W treningach rowerowych pomagają mi triathloniści (m.in. Jakub Czaja), którzy dzielą się ze mną doświadczeniem. Byli też biegaczami, więc wiedzą jak przełożyć wysiłek, aby to działało. Poza tym robiłem test wydolności kolarski, aby dopasować częstość skurczów serca, mleczany we krwi. Na pływalni ćwiczę przez godzinę, pływam 30 minut kraulem i na grzbiecie, później jeszcze przez 30 biegam z pasem wypornościowym dwoma technikami – skipową lub biegową. Na głębszej części pływalni biegową, a na płytszej skipową. Są momenty w leczeniu, kiedy nie mogę robić właściwie nic, prócz siłowni z dużymi piłkami, taśmami, gumami, aby nie podrażnić i nie obciążać stopy. Daję jej odpoczynek i chodzę na specjalne zastrzyki z płytki krwi. Metoda polega na zastosowaniu własnej, odwirowanej krwi, którą podaje się w miejsce bólu, aby pobudzić proces odnowy i odbudowy. Testowałem też lek Ortokine, którego działanie jest już potwierdzone w leczeniu stawów. Leczymy staw śródstopowo-paliczkowy.

 

Masz silny charakter, ale powiedz szczerze, jak radzisz sobie w tych bardzo ciężkich dla biegacza chwilach?

 

To jest trudne, szczególnie teraz, gdy osiągnąłem poziom sportowy, który coś znaczy. To dobre miejsce w stawce europejskiej, dające prawo myśleć o ściganiu się po medale na Mistrzostwach Europy. Wiem, co mogę poprawić i trening dotychczas mi się udawał i z roku na rok przynosił efekty. Gdy nadchodzi w takim momencie kontuzja, jest to bardzo bolesne. Mimo że wypracowało się formę i poziom sportowy, nie można tego „sprzedać”. 18 lat treningu, tyle pracy, tyle wyrzeczeń, tyle słabych i straconych sezonów, a potem rozwój. 

 

giza2.jpg 

fot. Aleksandra Szmigiel – Wiśniewska 

 

Mimo że nie możesz biegać, dużo się u Ciebie dzieje w kwestiach zawodowych i prywatnych. Ostatnio odpowiadałeś za organizację biegu She Runs The Night. 

 

Sport jest dla mnie ważny, to moja pasja, uwielbiam to robić, chciałbym się poprawiać i osiągnąć ile się tylko da, wiele poświęcam, jednak trzeba mieć plan b. U mnie jest to organizacja imprez, fajnie, że pozwala to zapomnieć o bieganiu i nabrać do niego dystansu. Wiadomo, że sport nie jest w życiu najważniejszy i wcześniej, czy później ta super przygoda się skończy. Tak się złożyło, że w ostatnich miesiącach nie trenując ze względu na kontuzję, mogłem więcej czasu poświęcić na inne zajęcia, również związane z bieganiem. She Runs The Night to był największy bieg, jaki miałem przyjemność organizować w tak znaczącym zakresie. To było duże wyzwanie, szczególnie, że mieliśmy mało czasu, było co robić, ale efekt wyszedł fantastyczny – to bardzo cieszy, mimo, że kilka rzeczy można było zrobić lepiej.

 

Niedawno zostałeś ojcem. Myślisz, że Twoja córka posiada cechy sportowca zarówno po Tobie jak i mamie?

 

Z tego co widzę, ma takie cechy charakteru, które posiadają sportowcy. Wiadomo, że to daleka droga, że ona przede wszystkim musi sama chcieć. Zobaczymy jak to się potoczy. Charakter ma odpowiedni, bo jest zacięta, wie czego chce i walczy o to mocno. Jak będzie chciała uprawiać sport, to my jej w tym będziemy pomagać.

 

Coraz modniejsze jest stosowanie przez wyczynowych sportowców namiotów tlenowych. Ty jako jeden z pierwszych biegaczy w kraju zacząłeś stosować ten bodziec. Jakie masz na jego temat przemyślenia? Kiedy jego stosowanie ma sens? Kiedy i czy jest to niebezpieczne? 

 

Stosowanie namiotu tlenowego to sprawa skomplikowana, mało jest rzetelnych opracowań naukowych na ten temat, większość to eksperymenty na różnych grupach zawodników, niekoniecznie maratończykach. 

 

Stosuję namiot opierając się na doświadczeniach z wyjazdów w góry, ogólnej wiedzy z fizjologii. Na początku pomógł mi nasz doskonały chodziarz Grzesiek Sudoł, za co mu bardzo dziękuję, bo wiele rzeczy miałem podanych na tacy. Ciekawe doświadczenia miałem również z sesji hipoksji przerywanej z dr Mikulskim w Spale.

 

Podobnie jak w moim treningu biegowym, jestem bardzo ostrożny w stosowaniu sztucznej hipoksji. Po niespełna 2 latach doświadczeń sądzę, że tzw. namiot tlenowy jest bezpieczny i daje dobre rezultaty, mimo że z czasem dowiaduję się, że początkowo stosowane bodźce były podprogowe i tylko męczyłem się w małym dusznym i hałaśliwym pomieszczeniu, ale to była droga do rozwikłania zagadki. Spotkałem się z opiniami, że są lepsze metody. Moim zdaniem ten sposób jest dobry choćby dlatego, że jego cena jest przystępna, można go stosować długotrwale i mieć do niego dostęp w każdym miejscu, gdzie się chce, szczególnie jeżeli mamy ograniczone środki na przygotowania.

 

Korzystam z namiotu w trzech celach: jako ogólne działanie hipoksji 2-3 tygodniowe sesje snu w nocy i po obiedzie, tak jakbym był na obozie w górach, jako przygotowanie do wyjazdu w góry ok. 8-10 dni przed wyjazdem oraz wykonuję wysiłki w masce podłączonej do generatora – tu mam bardzo ciekawe obserwacje, jednak żebym się nimi mógł podzielić musze to jeszcze testować, bo to co dzieje się wtedy w organizmie, to jest niezły kocioł. Mam nadzieję, że kiedyś dojdę do takich wniosków, że będzie z tego duży kop do przodu dla mojego biegania i ciekawa wiedza dla innych.

 

 giza3.jpg 

23 Bieg Niepodległości, fot. Jakub Kruszka 

 

W środowisku trenerów i niektórych zawodników jesteś posądzany o „gwiazdorzenie” po sytuacji, gdy opuściłeś jedno z kadrowych zgrupowań w Szklarskiej Porębie. Co myślisz o takich opiniach?

 

Jest kilku trenerów, którzy tak mówią. Myślałem, że są moimi przyjaciółmi, ale okazało się, że jest inaczej. To w sumie dla mnie też jakieś doświadczenie. Jeśli chodzi o „gwiazdorzenie”… Wiem, ile musiałem włożyć wysiłku i środków finansowych, choć to już nie jest najważniejsze, aby dojść do wysokiego poziomu sportowego. Dokonałem tego sam, oczywiście z pomocą trenerów, ale tak naprawdę zawodnik sam z siebie musi dać najwięcej, mimo że pomoc trenerska jest czasem nieoceniona. Znam siebie i swój organizm, wiem co mi szkodzi, a co pomaga. Jeśli na obozie mają być o wiele gorsze warunki mieszkalne niż w domu, to naprawę wolę zostać i trenować w domu. Taki trening na pewno da mi więcej. Jeśli coś nie jest tak jak miało być według umowy, to się na to nie godzę. Mam już 32 lata, więcej przeżyłem sezonów niż niektórzy trenerzy. Przeżyłem już każde warunki obozowe, kiedyś mieszkałem w 12-osobowym pokoju i nie było problemu.

 

Jako najstarszy zawodnik na zgrupowaniu mówiłem w imieniu całej grupy, zaznaczyłem problem na pierwszym spotkaniu organizacyjnym, zrobiłem to w sposób spokojny, z gotową propozycją rozwiązań, jednak wywołało to wrogą reakcję trenerów. Wyjechałem z obozu ze względu na kontuzję. Gdyby nie kontuzja, to zapewne bym przeżył to wszystko i został na obozie. Wyjechałem, zwróciłem uwagę i może dzięki temu już nie będzie więcej takich skuch. 

 

Twój blog o bieganiu jest jednym z najpopularniejszych. Jaki jest na to sposób? 

 

Sposobem jest z pewnością umieszczanie ciekawych treści. Ostatnio niestety zaniedbałem bloga przez brak czasu, kontuzję, Zosię i pracę. Lubię pisać, bo fajnie jest się dzielić swoimi doświadczeniami. Uważam, że ma to sens. Fajnie mieć interakcję z czytelnikami. Z wymienionych przyczyn trudno mi realizować niektóre projekty, przykładem jest choćby artykuł o treningu wysokogórskim, który pisałem przez 3 lata… Ciągle się czegoś uczę i nie chcę wypuszczać jakiegoś artykułu, jeśli wiem, że się po krótkim czasie zdezaktualizuje.

 

Kiedyś ktoś powiedział, że ucząc innych, uczy się samego siebie. To prawda, bo wtedy poszukuje się wiedzy i skupia się mocniej, dogłębniej analizuje. To pomaga mi w karierze biegacza, bo mam wszystko bardziej usystematyzowane. Czasem jest presja, bo generalnie ludzie pomagają, gratulują wspierają, ale są też tzw „hejterzy”, którzy próbują dogryźć, zbić z tropu. Ale takie coś mi w sumie też pomaga, bo gdy dzieje się przed samym maratonem, przygotowuje mnie niejako do tego wysiłku i bólu, z którym będę musiał się zmierzyć. Podczas maratonu jestem sam i wtedy muszę walczyć, nie liczyć na pomoc innych. Jednak jak biegnę, to czuję, że nie biegnę tylko dla siebie. To pomaga, gdy ma się ludzi, którzy na ciebie liczą i takich, którym chce się udowodnić, że ma się rację. 

 

Gdybyś złapał złotą rybkę, to o jakie trzy życzenia byś ją poprosił?

 

Żeby Zosia była zdrowa i się dobrze rozwijała. Żeby moja żona i cała rodzina także zdrowo się trzymała. A sobie bym życzył medalu mistrzostw Europy.

 

Trzymamy kciuki!

 

*** 

Zobaczcie relację Mariusza z pierwszego wyjazdu do Kenii – TUTAJ, oraz jego BLOG