3 maja 2014 Redakcja Bieganie.pl Sport

Marian Woronin – pierwszy biały sprinter, który dotknął magii


W tym roku mija dokładnie 30 lat od biegu w którym Polak, Marian Woronin ustanowił zdumiewający rekord Europy na 100 metrów: 10,00 sekundy. Był to równocześnie najszybszy wynik białego człowieka na świecie, który przetrwał aż 26 lat. Polski sprinter grubymi zgłoskami zapisał się w historii lekkoatletyki. Kim był i jakie osiągnięcia posiadał najszybszy Polak wszech czasów?

1.jpg
Marian Woronin
Talent najszybszego człowieka Polski zauważył po raz pierwszy w szkole podstawowej, nauczyciel wychowania fizycznego,Andrzej Emilianowicz. To on posłał go do Winicjusza Nowosielskiego, trenera juniorów pracującego w Polskim Związku Lekkiej Atletyki. Gdyby nie te dwie osoby to pan Marian, uczeń Technikum Kolejowego zostałby dróżnikiem, nastawniczym albo zwiadowcą na którejś z podwarszawskich stacji kolejowych. Jego życie mogło potoczyć się też zupełnie inaczej ze względu na rodzinę, która mieszkała we Francji (dziadkowie i matka). To właśnie kraj nad Sekwaną mógł wybrać na miejsce swojego stałego pobytu najszybszy kolejarz świata. Wybrał jednak treningi nad Wisłą, w Warszawie. To tutaj zbierał pierwsze sprinterskie szlifyi i to tutaj nauczył się zasady, że tylko ciężką pracą można rozwinąć swój talent. Ćwiczył 6 godzin dziennie (trzy godziny rano i trzy popołudniu), tak było przez cały okres budowania formy. „Sport często bywa brutalny i niewdzięczny, ale w ogromnej większości przypadków do wszystkiego, do czego się dochodzi, dochodzi się ciężką pracą.”-takie motto towarzyszyło Marianowi przez cały czas jaki spędził biegając po bieżni.

Charakterystyczne dla okresu w jakim trenował było to, że brakowało dosłownie wszystkiego. Nawet wtedy kiedy dostał się do reprezentacji swoją siłę zmuszony był budować nie na suplementach, których było mało ale na kurczakach i tym co akurat serwowano na stołówce bo o rarytasach ze sklepów nawet się nie myślało. „Schabowy to była rzadkość”-wspomina z nostalgią. Nie było częstych obozów, nie było jedzenia jakiego tylko się chciało, odnowa biologiczna, masaż, supelementacja to było coś czego zazdrościło się Zachodowi. I to właśnie naprzeciwko tego wyprzedzającego nas technologicznie Zachodu musiał wyjść Polak. „Dla nas najważniejsza była reprezentacja, koszulka z białym orłem na piersi. Reprezentować Polskę to był cel. Nie liczyły się pieniądze i nagrody, których nie było ale to żeby być po prostu lepszym od przeciwnika”.

W wieku 18 lat przebiegł w Rzymie 100 metrów w czasie 10,77 (-1,0 m/s), był daleko w tyle. Pracował jednak dalej. Kolejny rok to już 10,55, następny 10,53, kontuzja, 10,50… coś się zatrzymało. Minęły 3 lata, a praca z treningów nie chciała przynieść właściwych rezultatów. „Trzeba zaciskać zęby i nie poddawać się. Zwycięstwo w końcu nadejdzie”- mówił Marian, a trzeba zadać sobie pytanie ile osób w tym miejscu by po prostu zrezygnowało. W końcu nadszedł rok 1980 i Igrzyska Olimpijskie w Moskwie. To w tym roku Woronin zaczął w końcu biegać. 10,46-10,43,10,35 i w końcu spełnienie marzeń i wystąpienie w olimpijskim finale. Angina nie pozwoliła mu na wiele ale siódme miejsce było i tak sporym osiagnięciem. Ten sam wynik Woronin powtórzył potem na 200 metrów, a w finale sztafety 4×100 metrów sięgnął po wicemistrzostwo olimpijskie. Kto wie jak by potoczyła się jego historia gdyby nie wspomniana właśnie angina, która położyła go do łóżka tuż przed igrzyskami.

Kolejnym sprawdzianem jego formy były Mistrzostwa Europy. Szło coraz lepiej. W finale Woronin pobiegł 10,20 i wywalczył brązowy medal. Jego imprezą docelową były jednak igrzyska w Los Angeles. To tam Woronin i spółka mieli pokazać, że potrafią wygrywać z potęgami. W końcu nadszedł oczekiwany 1984 rok. Polak trafił z formą jak znalazł. 9 czerwca 1984 roku na Memoriale Janusza Kusocińskiego w Warszawie, na dwa miesiące przed igrzyskami, Woronin przebiegł „setkę” w czasie nowego rekordu Europy, 9,99 sekundy (po tygodniu zmieniony na 10,00) i został liderem list światowych. Carl Lewis, gwiazda tamtego okresu, miał się kogo obawiać. Do ich pojedynku na igrzyskach jednak nie doszło. ZSRR zbojkotował amerykańskie igrzyska, a wraz z nim wszystkie podległe mu państwa. Pozostała w sercu złość i żal. Olimpijski finał wygrał z wiatrem, Carl Lewis uzyskując rezultat 9,99 sekundy. Na medal brązowy, który zdobył Ben Johnson wystarczył natomiast wynik 10,22… I znowu można mówić „co by było, gdyby(…). Gorącą atomosferę i niedosyt podgrzewa fakt, że wszyscy finaliści finału z Los Angeles zostali złapani potem na dopingu. Marian Woronin w przeciwieństwie do nich, nigdy. Rok później Woronin jeszcze raz zaatakował rekord Europy. Były jednak gorsze warunki i skończyło się na 10,11 i zdobyciu Pucharu Europy w Moskwie. 

Jest jeszcze jeden aspekt kariery Woronina o którym wielu zapomina. To jego sukcesy na halowym dystansie 60 metrów. Mało kto wie ale Woronin był aż 5-krotnym Halowym Mistrzem Europy na 60 metrów (wygrywał za każdym razem kiedy startował), był też rekordzistą świata na tym dystansie kiedy w 1987 roku przebiegł go w czasie 6,51 sekundy. Nie znajdziemy współcześnie zawodnika, który mogłby powtórzyć pododne osiagnięcie, natomiast Woronin w latach 80-tych był niekwestionowanym królem halowych  bieżni jak współcześnie Usain Bolt na bieżniach otwartych. Skąd wzięła się tak wielka dominacja Polaka akurat na 60 metrów? „Dystans 60 metrów w szkole podstawowej to była moja specjalność. To tam odnosiłem najwięcej zwycięstw, być może dlatego, że o powodzeniu decydowała tam czysta szybkość, a nie jak na 100 metrów, wytrzymałość szybkościowa”. A Woronin talent miał wybitny. Podparty pracą czego dowodzą jego wyniki z początkowego okresu ale jednak talent. I można powiedzieć  tylko „szkoda”, że nikt nie może dorównać mu współcześnie. 
O wyniku 10,00 czy jak wolą inni 9,992 wiedział Christophe Lemaitre, obcnie najszybciej biegający biały człowiek. W wywiadach powtarzał, że chciałby pobiec w końcu szybciej od rekordu Polaka. I w 2010 roku po 26 latach czarów w końcu udało się. Francuz przebiegł „setkę” w 9,98 i odczarował „rekord Mariana”. Historia rozpoczęła nowy bieg. Znajdzie się wiele osób, które zakwestionują bieg Polaka jako podejrzany, uzyskany w zbyt szczęśliwych warunkach itd.  Niech jednak te same osoby spojrzą na inne wyniki Woronina, na jego osiągnięcia i w końcu jeszcze raz na sam bieg. Niedowiarków Woronin zaprasza do siebie przed telewizor. Bieg ma nagrany na taśmie. Widać jak na dłoni, że Polak „puszcza” końcówkę, a warunki pogodowe to nie „wichura w plecy” jak mówią niektórzy. Dla kibiców bieg 10,00 zostanie zapamiętany na zawsze. Dla samych zawodników ma on jednak wartość identyczną jak rezultat 6,51 uzyskany we francuskim Lievin. To jak trudno biega się w rejonie 6,5 sekundy widać było w latach 80-tych, widać także współcześnie. A Marian zrobił to na zupełnym luzie, chyba nawet (ze względu na brak zainteresowania mediów?) nie zdając sobie sprawy jak wielkiej rzeczy dokonał.

Poniżej przedstawiamy wywiad, w którym Marian Woronin jeszcze raz opowie jak to było osiągnąć dwa, tak fantastyczne rezultaty: 10,00 oraz 6,51.

Jak wyglądał bieg w którym zatrzymał pan czas na 9,992 sekundy?
To był bieg wygrywający, pozbawiony presji, stresu. Gdybym wtedy wiedział, że taki jestem mocny to prawdopodobnie zdobyłbym się na siły, żeby pobiec nawet poniżej 9,9 sekundy. Uważam, że tak. 0,1 sekundy było do ściągnięcia. Niestety pewnych rzeczy nie można powtórzyć. Rekord jest tylko jeden. Oficjalnie czas został zapisany przez władze jako 10,00 ale to czy to są cztery czy trzy cyfry ma znaczenie tylko prestiżowe. Bez względu na okoliczności był to rekord Europy.

2.jpg
Marian Woronin – obecnie
Wynik zaokrąglono potem na 10,00 sekundy. Co się czuje kiedy widzi się na zegarze taki wynik?

Po minięciu mety na zegarze nie było wyniku 10,00. Było 9,99 sekundy i taki wynik podały potem wszystkie światowe media. Dopiero po tygodniu sędziowie dopatrzyli się, że było tam 9,992, a więc zgodnie z zasadami wynik należało zaokrąglić. Być może gdyby taki wynik 9,99 padł w okolicznościach, gdzie rekord Europy wynosiłby 10,00 to nie zaokrąglano by go. Gdyby to były wcześniejsze lata 80-te to wynik 9,99 był do klepnięcia. Sędziowie po dopatrzeniu się +0,002 sekundy uznali, że zarówno 9,99 jak i 10,00 jest rekordem Europy. Nie ma więc znaczenia, że zostawią go takim czy takim.  
Jaka była stawka tego biegu? Z jaką przewagą przekroczył pan metę?
Stawka była żadna. Przewaga trzy metry. Drugi na mecie był Leszek Dunecki, który uzyskał czas 10,31 lub 10,32. Nie było wtedy jakichś nagród, biegało się dla siebie, a bieg memoriałowy na 100 metrów był biegiem o pietruszkę. No i cóż… Życzę każdemu, żeby mógł uzyskać podobny wynik w swojej karierze. Rekord jest tylko jeden i zawsze może się udać, że warunki, forma i szczęście sprawią, że będzie on równie niezwykły. 
A co z innymi wynikami? Podejmował pan próby bicia własnego rekordu kontynentu?
Rok później myślałem, że uda mi się go poprawić na Pucharze Europy w Moskwie. Wygrałem wówczas z czasem 10,11 ale znowu inne okoliczności, inna stawka, inny wiatr. Sędzia bieg puścił z falstartem, po drodze jeszcze obejrzałem się za siebie. Poza tym byłem skupiony na zwycięstwie, nie myślałem, żeby atakować rekord Europy. 
Trzeba było czekać aż do 1988 roku, żeby pana rekord poprawił czarnoskóry Brytyjczyk, Linford Christie (9,97). Natomiast dopiero w 2010 roku pana wynik poprawił inny biały zawodnik (Lemaitre 9,98). Skąd bierze się tak wielka trudność w łamaniu bariery 10 sekund?

Nie powiedziałbym, że jest ciężko pobiec poniżej 10 sekund. Potrzeba po prostu człowieka z talentem, który by to zrobił, trzeba takiej osobie poświęcić odpowiednio dużo czasu i można próbować. Kluczową rolą jest jednak talent. W obecnych czasach są zupełnie inne warunki, inne możliwości. Ja w swoich czasach mogłem sobie pozwolić na dwa zagraniczne, dwu-tygodniowe obozy w roku, natomiast dzisiaj zawodnicy jeżdżą ile chcą i w takie miejsce o których mi nawet się nie śniło. Mimo to brakuje ludzi, którzy zakręciliby się wokół tej „dziesiątki”. Brak talentu, inne podejście? Nie wiem. Mi się udało i życzę każdemu, żeby doświadczył czegoś podobnego. 
Wróćmy jeszcze do biegu 6,51 gdzie ustanowił pan rekord świata, 6,51. Jaką historię skrywa w sobie ten bieg?
A to już jest cała historia. W latach 1979-1982 zostawałem cztery razy pod rząd mistrzem Europy i media w ogóle się tym nie interesowały. Postanowiłem więc z tego zupełnie zrezygnować. I w 1987 roku przez przypadek, owczesny prezes PZLA, Czesiek Ząbecki namówił mnie żeby wystartować jeszcze raz obiecując mi możliwość ścigania się z Amerykanami. Wygrałem… pobiłem rekord Europy, to był wtedy też rekord świata i to była tzw. końcówka mojej kariery. Wszystkie te biegi z Mistrzostw Europy w Lievin to była jedna, wielka, cudowna zabawa. 
Jak wyglądały te biegi z Mistrzostw Europy „drabinka po drabince”?
Na eliminacje tego biegu przyjechałem z moim wspaniałym trenerem, Tadeuszem Cuchem. Nabiegałem 6,62, potem w półfinale 6,52 co było wyrównaniem rekordu świata i Europy. No i potem wróciliśmy do hotelu na obiad i że tak powiem zabarłożyłem bo zjadłem obiad i poszedłem spać. Jak już się obudziłem to nie było żadnego autobusu, odjechały na halę i z trenerem wpadliśmy na pomysł, żeby pojechać taksówką. Bez przygotowania, bez rozgrzewki przystąpiłem do finału. Było 6,51… Może pobiegłbym szybciej, może byłoby 6,50 lub lepiej. To było to samo co na Skrze gdzie pobiegłem 10,00 . W skoku wzwyż, w skoku o tyczce można założyć pewną wysokość. W sprincie się nie da tego założyć. To albo idzie albo nie idzie. 
Redakcja Bieganie.pl