NB 1080v12
 
10 listopada 2015 Redakcja Bieganie.pl Sport

Jak się biega w Ekwadorze na wysokości 2800 m npm? Relacja.


Relacja naszego czytelnika z biegu w Quito, w Ekwadorze. Quito, to stolica Ekwadoru, 40 km od Równika, najwyżej położona stolica
Państwa (2800m npm), ponad 2 mln  mieszkańców, otoczona wulkanicznymi
pięcio i sześciotysięcznikami. Quito ma największą, najlepiej zachowaną
starówkę z obydwu Ameryk. Co ciekawe, historyczne centrum Quito razem z
krakowską starówką jako pierwsze w 1978 roku zostały uznane przez UNESCO
za Światowe Dziedzictwo Kultury.

***

Trenowanie w nowym miejscu zawsze jest ciekawe. Nowe miejsce, nowe twarze mijane na bieżni, nowa wysokość. Tutaj – w Quito 2820m npm.  Wysoko dość. Pulsoksymetr* na początku wskazywał wartości 80. Po tygodniu – 85. Na razie nie chce być więcej.  

W każdym razie. Jak się człowiek wyprowadza w nowe miejsce to zapisuje się na wszystko co jest. Tak było w Rumunii – tak jest i w Ekwadorze. Nieważne, że przyjechałem tu 6 tygodni temu i nadal zatyka mnie jak za szybko mówię albo zerwę się z łóżka – międzynarodowy bieg o mistrzostwo policji, Policia Heroses de la Paz. 10 km gdzieś via Quito. 

Problemy zaczynają się zaraz na etapie zapisów. Nikt nic nie wie.  Zapisać oficjalnie można się w każdej jednostce policji , ale oczywiście tak nie jest. Szczęśliwie podczas jednej z niedzielnych wypraw z rodziną na rower znajduję mobilny punkt zapisów. Wpisowe – 15$, zapłacone. Dostałem plakat wielkości A5 i… jakimś cudem miła funkcjonariuszka wymyśliła żeby mi napisać na odwrocie gdzie udać się po pakiet startowy. To jest 15 edycja biegu, wiec wszyscy tutejsi biegacze wiedzą gdzie iść. A przyjezdnych nie ma – więc po co pisać. Na plakacie nie ma też dokładnego miejsca startu i godziny. 

Miejscem odbioru pakietów okazał się Klub Oficerski Policji. Fiesta, baloniki, latinomuza, pieczone banany i piwo. Udało mi się potwierdzić zasłyszaną plotkę, że start jest o 7 rano. 7 rano na 10km? Ale wiem już, że słonko w Quito już około 10 potrafi dać się nieźle we znaki, więc akceptuję pokornie. Przy wyjściu zaczepia mnie jeszcze jakiś kolega i łamanym angielskim oferuje pomoc – umawiamy się na 6 rano na stacji benzynowej.  Ma mi pomóc  dostać się na start, który jest gdzieś tam.

O 6 jestem na stacji. Pomoc Fernanda okazała się o tyle bezinteresowna co… niebyła. Po prostu nie przyszedł. A może przyszedł później? Dobrze, że o tej godzinie każdy ubrany w biegowe buty jedzie na start – zaczepiam jakiegoś kolesia, on dwóch innych i we czterech taksówką jedziemy na start.

Linia startu – fiesta, a jakże. Latino muza, grill z pieczonymi bananami, sprzedawcy bitej śmietany i kruszonego lodu z polewą o smakach – zielonym, czerwonym i niebieskim. Raczej nie odważę się nigdy sprawdzić jaki kolor jak smakuje. Na pewno są słodkie.  10 minut do startu, wszyscy coś tam podbiegają, machają nogami ale raczej bez entuzjazmu. Sporo nastolatków i starszych.  90% startujących w koszulkach biegu, a że to bieg policyjny, to dookoła raczej niebiesko. Ja w tri stroju z orzełkiem i MKon bufce wzbudzam spore zainteresowanie. Robią mi fotki  – wiec musze wciągać brzuch.

5 minut do startu. Latinomuza cichnie i zaczyna się przemowa. Ognista. O tym że biegniemy ulicami miasta Quito, stolicy Ekwadoru. Że te ulice są jak tętnice a MY jak krew z bijącego serca miasta krążymy tymi ulicami ku chwale ojczyzny, prezydenta i naszego zdrowia (dokładnie w tej kolejności).

Start. Znaczy się 7 rano….Hymn. I to nie ma to tamto. Hymn odśpiewany w ilości 4 zwrotek przez prawie 8 tysięcy ludzi. Salutujący policjanci, wszyscy bez czapek… narodowo dość.

Start…  Przez ostatnie 5 lat nie biegałem w Polsce. Nie wiem jak to jest przeciskać się w Warszawie na Orlen Maraton czy spadać z Bulwaru na biegu niepodległości w Gdyni. Tu się przekonałem.  Wystartowało nas ponad 8 tysięcy a już po jednym kilometrze wbiegliśmy w uliczki Centro Historico. Jednokierunkowe. Masa biegła więc równym tempem. Ręka w rękę, noga w nogę, oddech w kark.  Do pierwszego podbiegu.

Podbiegi. W sumie na 10 kilometrach było ich 6 i w sumie dawały 167 metrów przewyższenia. Czy to dużo? Nie wiem. Jedyny podbieg jaki znam na zawodach do tej pory to Calea Victorei w Bukareszcie – jakieś 500m na 21km. Wiem, że te podbiegi dały mi nieźle w kość. Sam bieg na 2400 jest ciekawy. Ale na tych 10 km umierałem 6 razy. Poprawiłem wynik HR Max o jakieś 3 uderzenia. Po każdym podbiegu równie stromy zbieg – który nie daje wytchnienia, bo naprawdę trzeba szybko przebierać nogami.  Do tego w międzyczasie wyszło słonko i zrobiło się naprawdę ciepło i nieprzyjemnie.

pan32
Trudno powiedzieć jak to jest zorganizowane, razem w zawodnikami wbiegają na metę inne osoby, nie koniecznie związane z biegiem

Zawsze na biegach ustawiam się gdzieś w połowie stawki – daje mi to komfort wyprzedzania przez pierwsze kilka kilometrów tych wolniejszych. Dostaje od tego kopa. Biegnę na 4:20 – zgodnie z planem i wydaje mi się, że nieźle.  Tutaj wyprzedzają mnie wszyscy. Młodzi z jakimś sztandarem. Dziadki z łydkami jak moje uda i 14 letnie dzieci. No masakra. Rzucam soczystą kurwą. I kolejną.  Wiem, że jak się zatrzymam to po mnie. Jakoś sobie to w głowie układam i cisnę dalej.

Dobiegam do punktu Hydratie. Ale mają tylko Gatorade – i to wersję Ekwadorska, czyli dosłodzoną extra. A ja nie chcę pić, tylko się oblać bo mi ciepło. Widzę na chodniku kobietę z wielkim kartonem wody zawiązanej w woreczki.  Biorę dwa. I nie wiem – zatrzymać się i odwiązać supeł czy przegryźć worek zębami. Przegryzam. Czuję prawie na języku że mój organizm właśnie przywitał się z połową Ekwadorskiego społeczeństwa oraz poprzez  kranówkę zyskał kilku nowych mieszkańców. O tym ilu i jak bardzo przyjaznych przekonam się kilka dni później. Cisnę dalej.

Meta.  Zdziwiła mnie jedna rzecz. DOKŁANIE  10 tysięcy metrów. Nie dwa więcej . Dokładnie w punkt. 44 minuty. Średnie tempo: 4:28, średni  puls – 169, max – 196. Żyję.

Na mecie oczywiście fiesta. Latinomuza ogłusza. Są sprzedawcy wszystkiego – arbuzy, lody, pieczone banany, szaszłyki i wata cukrowa. Ciekawy biznes to zdjęcia. Co 15 metrów stoisko – podium, wielki puchar i za jedyne 10$ wygrałeś bieg i masz na to dowód w postaci fotki. Przesuwamy się dalej. Strefa mety jest taśmowa. Przechodzi się tunelo-namiotami. W pierwszym dostaję się pić. W drugim jest punkt żywieniowy. To Ekwador, więc – banany. Potem trzeba odwiązać czipa i stanąć w ogonku po pakiet „metowy” – czarną torbę z bananem, woda, medalem w worku i kanapką. Czas do domu – jest 8 rano.

Pulsoksymetr – urządzenie wskazujące wysycenie krwi tlenem, w normalnych warunkach wartość powinna być w okolicach 100.

Redakcja Bieganie
Redakcja Bieganie.pl