17 czerwca 2010 Redakcja Bieganie.pl Sport

Jacek Bocian, Mistrz Świata z 1999 roku. 17 czerwca biegaj z nim we Wrocławiu.


 spotkajbocianabozian 1


Idąc na spotkanie z Jackiem Bocianem zapominałem, co chwilę, że Mistrz Świata w sztafecie 4x400m z 1999 roku nie jest już czynnym sportowcem. Dziwne to uczucie, bo przecież nieodległe są czasy, kiedy to mogliśmy podziwiać jego sportowy kunszt na ekranach telewizorów. Fakt, iż ma dopiero 34 lata uświadamia, że mógłby biegać do dziś. Sztafeta, której był członkiem ma szczególne miejsce w historii polskiego sportu. Przez kilka lat dostarczała nam wiele emocji i radości. Była pewnym punktem lekkoatletycznego teamu niemal na każdej wielkiej imprezie rangi międzynarodowej. Jak jeden z autorów jej sukcesów odnalazł się po zakończeniu kariery? Czy wróciłby raz jeszcze do uprawiania sportu na poziomie wyczynowym? Przeczytajcie tekst poniżej…

Zacznijmy od tego czy nie brakuje Ci wyczynowego biegania?

Ostatnio śniło mi się, że jestem przed startem i w sumie jak się obudziłem to byłem szczęśliwy, że to tylko sen.

Dlaczego?

Wiesz, co człowiek już odzwyczaił się od tego stresu

Właściwie, co było przyczyną, nazwijmy to przedwczesnego końca Twojej kariery, miałeś 29 lat…

Kontuzja, ja właściwie miałem pasmo kontuzji. To były różne sprawy, był achilles, miałem zabieg czyszczenia achillesa, po którym doszedłem do siebie. Jednak przede wszystkim miałem problemy z przyczepami mięśni czworogłowych. Już wcześniej miałem urazy, których powodem była moja konstrukcja, mam dość specyficznie ułożone kręgi, co powodowało, iż byłem kontuzjogenny.

A czy decyzja o definitywnym zakończeniu kariery była bardzo trudna? Ciężko było Ci się odnaleźć?

Moja kariera wyciszała się stopniowo. To nie było nagłe, byłem przyzwyczajony do częstego nękania przez kontuzje. Musiałem liczyć się z zejściem z bieżni.

A czy po tym przymusowym zejściu z bieżni czujesz się spełniony? Medale Mistrzostw Świata, Europy, miałeś chyba okazję wystarczająco nasycić się sukcesami?

Zdecydowanie nie czuję się spełniony. Medal olimpijski to jest jedyne, co pozwoliłoby czuć się zawodnikiem zupełnie kompletnym. Tym bardziej, że to było wówczas w zasięgu ręki. Byliśmy na prawdę świetnie przygotowani. Wystarczyło właściwie tylko pobiec… i dobiec. Tym bardziej, że zdyskwalifikowano po latach sztafetę amerykańską, wystarczyło, zatem zająć tylko czwarte miejsce.

Wielka szkoda, na przestrzeni ostatnich lat to była chyba jedyna szansa na olimpijskie podium?

Cztery lata później w Atenach były słabe wyniki (srebro 3:00,60). Nie wiem, co miało wpływ na obniżenie poziomu, ale gdybyśmy wtedy biegali w takim składzie jak w Sydney to medal byłby niemal pewny. Sezon ateńskich igrzysk miałem zupełnie odpuszczony właśnie przez wspomnianego wcześniej achillesa.

A czy satysfakcjonuje Cię Twój indywidualny rekord życiowy na 400m 45,99?

Tu również można było zrobić znacznie więcej. Wystarczy spojrzeć na wynik z hali 46,68 uzyskany w Spale. Było to jeszcze w czasach gdzie nie startowało się z połowy prostej, a z łuku wbiegając tuż po starcie pod górkę. Poza tym u nas była taka specyfika, że przygotowywaliśmy się do głównych startów na imprezie międzynarodowej, gdzie z reguły kładliśmy nacisk na sztafetę. Tam właśnie miał być szczyt formy. Wiadomo, że wyniki uzyskuje się na mitingach. U nas trener właściwie ustalał schemat mitingów w celu stopniowego windowania formy.

Były nieraz pretensje do trenera Lisowskiego, że faworyzuje swoją „standardową” grupę i nie daje szans innym na występy międzynarodowe…

Teoretycznie eliminacją dla nas były Mistrzostwa Polski. Jednak na tej imprezie nie mieliśmy jeszcze szczytu formy i mogły zdarzać się niespodzianki. Później faktycznie pojawiały się głosy, dlaczego zawodnik „x” nie pojechał, mimo że był przed zawodnikiem, „y”, który otrzymał kwalifikację. Trener jednak prowadził nas od podstaw, przerabiał z nami trening od okresu przygotowawczy po okres startowy. Znał nas, wiedział, kiedy mamy zacząć poważnie biegać.

A propos Mistrzostw Polski. Twój wynik 45,99 ma szczególną wymowę. Uzyskany właśnie podczas krajowego czempionatu nie dał Ci wówczas medalu!

No tak, poziom na MP był wówczas tak mocny, że indywidualnie na otwartym stadionie nie miałem nigdy medalu. Srebro miałem na hali w 2001 roku. Chociaż była też i pod dachem taka sytuacja, że z wynikiem 46,68 znalazłem się poza podium. Wtedy wygrał „Maciek” 46,58. Zmieściliśmy się w czwórkę w 0,1s!

Który to był rok?

1999, jechaliśmy wtedy do Maebashi po rekord świata. Pobiegliśmy ten rekord, ale niestety Amerykanie pobiegli szybciej. Chcieliśmy już rekord pobiec w eliminacjach, ale „Rychu” miał kolizję z Japończykiem na pierwszej zmianie. Udało się poprawić rekord Polski, a w finale jak wspomniałem szybciej od RŚ, ale za to ustanowiliśmy rekord Europy.

2 lata później była Lizbona…

Jeżeli chodzi o widowiskowość to było podobnie, bo decydował finisz, oczywiście w tym przypadku na naszą korzyść. Jednak tam była fatalna bieżnia pod względem profilu, wiraże były strasznie ostre, wyrzucało na zewnątrz po wyjściu, trzeba było w pewnym stopniu hamować. Wynik był słabszy niż w Japonii, ale my do tej hali jakoś szczególnie się wówczas nie przykładaliśmy. Byliśmy po bardzo ciężkich przygotowaniach do Sydney i ta robota, którą wykonywaliśmy pod IO oddała nam jeszcze na hali.

Idąc chronologicznie, dalej były Mistrzostwa Świata w Edmonton. Jeśli się nie mylę chyba niedawno przyznano Wam medal za tą imprezę…

Dokładnie, mamy brąz z Edmonton. Tam biegałem w eliminacjach. Przez kontuzję, moje dwa pierwsze starty w tamtym sezonie to eliminacje i finał na MP. Mimo że w finale byłem dopiero ósmy trener postawił na mnie, bo wiedział, że wystarczy mi stosunkowo krótki okres dojścia do formy. Poza tym po MP jechaliśmy jeszcze na obóz do St.Moritz i tam można było jeszcze dużo poprawić.  Tak więc do Kanady jechałem z niewielkim bagażem startowym. W finale było 4-te miejsce, po latach mamy medal…  Przez dyskwalifikacje sztafety USA, trochę te klasyfikacje się pozmieniały. Awansowaliśmy również na najwyższy stopień podium w klasyfikacji końcowej Mistrzostw Świata w Sewilli ’99. To już niestety są takie medale IAAF-owskie, nie te oryginalne. Te właściwe był fajniejsze.

Zapewne jednak trochę boli, że nie mogliście tych medali odbierać podczas właściwej imprezy. Pomijając wszelkie aspekty emocjonalne, na pewno byłaby też różnica finansowa…

Przełożenie finansowe byłoby na pewno zupełnie inne. Mieliśmy wówczas sponsorów i oczywistym jest fakt, że wyższe stawki były przewidziane za mistrzostwo świata niż za srebrny medal. Również wydźwięk medialny byłby zupełnie inny. Biorąc pod uwagę Sewillę, to był jedyny medal zdobyty wówczas przez polską ekipę, a gdyby był jeszcze złoty to na pewno jego znaczenie wzrosłoby jeszcze bardziej.

To w sumie ile masz medali imprez najwyższej rangi?

Złoto z MŚ w Sewilli, złoto z HMŚ w Lizbonie, srebro z HMŚ w Maebashi, brąz z MŚ w Edmonton i srebro z ME w Budapeszcie gdzie biegałem w eliminacjach.

Ale z tego co pamiętam pierwszy wielki sukces osiągnąłeś jeszcze jako junior zdobywając tytuł wicemistrza Europy w tejże właśnie kategorii wiekowej.

Tak, to były 2 medale, srebro indywidualnie 46,59 i brąz w sztafecie. To było na Węgrzech w Nyiregyhaza.

Trenowałeś wówczas jeszcze we Wrześni pod okiem trenera Kaczora.

Dokładnie.

Można powiedzieć, że przeszedłeś przez dwie diametralnie różne szkoły trenerskie. Adam Kaczor to tzw. stara, dobra szkoła trenerska, bazująca raczej na przysłowiowym „nosie”. Metody trenera Lisowskiego to nowinki techniczne, a co za tym idzie pełny monitoring treningu…

W momencie, kiedy przyszedłem do trenera Lisowskiego jeszcze takiego monitoringu nie było. To zaczęło się od współpracy z lekarzem byłej ekipy NRD-owskiej.

Oj! To źle pachnie.

Może i źle pachnie. Nie interesowało nas to, kto i jak nas widzi, może różni ludzie mieli o nas różne zdanie.  My po prostu robiliśmy swoje. Irytujące jest właśnie zdanie ludzi, którzy twierdzą, że aby uzyskiwać takie wyniki trzeba brać środki dopingujące. Ciężko się bronić przed takimi oskarżeniami, bo my wiemy, że nic nie braliśmy, możemy mówić o tym otwarcie, ale jak to udowodnić?

Ale mieliście szereg kontroli i nigdy żadna nic nie wykazała, więc myślę że to jest właśnie najlepszy dowód Waszej czystości.

Niby tak, ale zawsze znajdzie się grupa ludzi, którzy będą kwestionować ciężką pracę, dokładając do tego jakieś niestworzone historie. Mieliśmy kontrole na zawodach, ale wpadali również pobierać nam próbki na zgrupowaniach.

Z jakiego ramienia były te kontrole? Krajowe czy IAAF-owskie?

To były kontrole polskie, ale z ramienia IAAF-u właśnie. Najgorzej było na imprezach mistrzowskich, kiedy np. badano nas po zdobyciu medalu. Człowiek odwodniony, a tu trzeba mocz oddać. Na szybko trzeba było przyjąć dużą ilość płynów, co wcale nie było przyjemne i nie od razu dawało efekt. W Maebashi np. impreza się skończyła, wszyscy na nas czekali, a my nie mogliśmy sobie poradzić z tym problemem.

Ale wracając do tego lekarza, który zmienił podejście do obudowy technicznej treningu…

Ten lekarz był człowiekiem, który miał tak ogromne doświadczenie, że naprawdę ciężko jest go przecenić. Od tamtego momentu, kiedy on przyjechał do nas na obóz i pokazał trenerowi jak powinien wyglądać pełny monitoring wtedy się zaczęło.

A czy uważasz, że na metodach trenera Kaczora można było jeszcze dalej robić progres, czy potrzebne były już radykalne zmiany?

Wydaje mi się, że można było pójść jeszcze do przodu, chociażby przez zwiększenie obciążeń. Ja jako junior nie byłem specjalnie eksploatowany. Robiłem stosunkowo niewiele siły, zresztą u trenera Lisowskiego też nie.

To ze względu na Twoją konstrukcję?

Nie. Po prostu nie było mi to szczególnie potrzebne. Ja wywodzę się ze szkoły w Żerkowie, gdzie naturalną koleją rzeczy są tam starty w biegach przełajowych. Może nie byłem jakiś super szybki, ale pewien poziom tej cechy motorycznej miałem wrodzony. Przez to bieganie crossów wyrobiłem sobie cechy wytrzymałościowe i potrafiłem utrzymać prędkość na całym dystansie. Wracając do trenera Kaczora, trzeba też zauważyć że ten wynik 46,59 uzyskałem w wieku 19 lat więc postęp mógł jeszcze przyjść z naturalnym rozwojem organizmu.  Jednak w przypadku seniora znacznie większe obciążenia wiążą się ze startami w wielkich imprezach, trzeba wytrzymać więcej biegów. Biorąc pod uwagę starty indywidualne i sztafetę to może być nawet 5 startów na jednej imprezie. Trener Lisowski stawiał również na to, aby wytrzymać taki „maraton”.  To zupełnie inna sprawa niż bieganie na mitingach gdzie chodzi o najlepszy wynik. Tutaj ważne było, aby przez kilka dni prezentować stabilny poziom.

No właśnie… Powiedz mi w takim razie, czego brakuje obecnym, czołowym czterystumetrowcom w naszym kraju? Patrząc na ich indywidualne rekordy życiowe aż tak bardzo nie odbiegają od waszych wynikowych osiągnięć. Trener Lisowski był pewnego razu gościem spotkania biegowego „Pumy”. Zapytałem, co wyróżniało waszą ekipę, jakie cechy posiadaliście, które pozwalały wam być przez kilka lat tak skuteczną sztafetą. Odpowiedział – tytaniczna praca, ale przede wszystkim ogromna waleczność ambicja.

Wielu chłopaków nie wytrzymuje obciążeń, są nękani często kontuzjami. Chyba najbardziej stabilnym jest obecnie Marcin Marciniszyn. Od kilku sezonów utrzymuje ten sam poziom. Ogólnie jest potencjał, jest spora grupa perspektywicznych zawodników, ale jakoś nie mogą trafić w szczyt formy w jednym momencie. Jeden ma formę, drugi akurat nie. W naszym przypadku było z reguły tak, że utrzymywaliśmy wszyscy jednakową, wysoką dyspozycję. Obecnie jakoś nie można tej mocnej czwórki uzbierać w jednym czasie.

Czasami Marek Plawgo musi służyć pomocą…

Tak, na tyle, na ile mu zdrowie pozwala. U nas też był taki okres, że jeszcze „Janek” (Paweł Januszewski) nam pomagał. Chyba Budapeszt był takim przełomowym okresem, gdzie po zostaniu Mistrzem Europy postawił definitywnie na płotki. Ale nie jestem pewien dokładnie jak to było.

Pamiętasz swój pierwszy start na 400m?

To było chyba coś koło 52 sekund.

A od początku, tzn. od juniora młodszego jedno okrążenie było Twoim koronnym dystansem?

Tak, dokładnie. Oczywiście zdarzało mi się startować również dwusetkę.

Czy tutaj nie leżała po części przyczyna pewnej niemożności przebicia się w biegu indywidualnym, tzn. czy nie byłeś po prostu za wolny? Twój rekord życiowy na 200m 21, 34 pozostawia trochę do życzenia…

Ja 200m mogłem na pewno pobiec znacznie szybciej. Ale trener wystawiał mnie niezwykle rzadko, bo wiedział, że jestem kontuzjogenny i bał się ryzykować.

Jaki najlepszy wynik uzyskałeś biegnąc w sztafecie?

Coś około 44,9.

Byłeś podporą nie tylko sztafety reprezentacyjnej, ale również klubowej, posiadacie przecież „kosmiczny” rekord Polski jak na sztafetę klubową!

3:02,78 w składzie z Robertem Maćkowiakiem, Piotrkiem Rysiukiewiczem i Marcinem Jędrusińskim.

Kariera sportowa to oczywiście starty, ale również i zgrupowania sportowe. Które miejsce darzysz największym sentymentem?

Bez wątpienia Spałę. To drugi dom, tam nam niczego nie brakowało. Od warunków treningowych, po bardzo dobre jedzenie i odnowę biologiczną wszystko było rewelacyjne. Cała obsługa ośrodka była niezwykle sympatyczna. Jadąc do Spały wiedziałem, że zrobię kawał dobrej roboty treningowej i odpocznę również psychicznie.

A z zagranicznych miejsc?

Sierra Nevada w Hiszpanii. Stadion na wysokości 2400m n.p.m. Jeździliśmy tam w okresie kwietnia i maja i bardzo często padał tam jeszcze śnieg. Na stadionie robiono dla nas czasami wręcz tunele żebyśmy mogli biegać. Spędzaliśmy w wysokich górach z reguły po 3 tygodnie.

Adaptacja na takiej wysokości przebiegała bardzo ciężko?

Niespecjalnie. Trening był pod to dostosowany, zaczynaliśmy od delikatnego truchtu, ale później wchodziliśmy w normalny, mocny rytm. Zwłaszcza jeden trening zapadł mi w pamięć, kiedy to nie mogliśmy biegać na dworze, bo leżał śnieg. Robiliśmy trening na hali – 400m w formie interwału 8x50m, z nawrotami. Oj to wtedy pamiętam, czułem normalnie krew w płucach! Tak mnie przepaliło, że ciężko to zapomnieć.

Na obozach spędzaliście ze sobą masę czasu. Wasze fizyczne dyspozycje historia zna i będzie pamiętać. A jak to wyglądało charakterologicznie? Jakim temperamentem dysponował każdy z Was z osobna?

W tej sztafecie każdy miał swoje zdanie i każdy był indywidualnością. Piotrek Haczek temperament góralski. Potrafił walczyć o swoje, przepychał się, torował sobie drogę łokciami. Piotrek Rysiukiewicz miał dużo do czynienia z muzyką, grał na gitarze, Rychu obdarzony był w znacznym stopniu zdolnościami oratoryjnymi. Tomek Czubak – zadziorny i impulsywny, co jak najbardziej w sporcie jest przydatne. Prasa przyczepiła łatkę Robertowi Maćkowiakowi kreując go na lidera i przywódcę zespołu. Tak naprawdę nie czuliśmy jakiegoś stopniowania między nami, byliśmy równi. Może wynikało to bardziej z tego, że ludzie chcieli niektóre rzeczy widzieć po swojemu. Robert biegał zawsze na ostatniej zmianie, był z nas najstarszy…

A tworzyły się wśród Was jakieś wewnętrzne podgrupy?

W okresie, kiedy startowaliśmy i jeździliśmy na zgrupowania, zdecydowanie była trójka młodych i trójka starych tzn z jednej strony „Maciek”, „Czubek”, „Rychu”, a z drugiej „Haku”, „Długi” i ja. Ale na bieżni rozumieliśmy się wszyscy bez słów i przyświecał nam zawsze jeden cel.

Kiedy już dochodziłeś do formy, jakie miałeś proporcje wagowo – wzrostowe?

73kg i 180cm.

A obecnie?

No wzrost się nie zmienił, a waga koło 75kg. Nie mam z tym większego problemu, cały czas w różnych formach jestem aktywny fizycznie.

A jak szacujesz swój obecny potencjał. Załóżmy czysto hipotetycznie, że nie trapią Cię żadne kontuzje, narzucasz sobie z powrotem ciężki reżim treningowy… Ile szacunkowo byłbyś w stanie nabiegać na 400m?

To byłoby trudne, brak kontuzji prawie niemożliwe. Ale ok, powiedzmy, że jest tak jak mówisz.

Załóżmy, że zaczynasz się przygotowywać teraz, a startujesz dopiero w 2011r.

Myślę, że byłby to wynik w okolicach 48 sekund. Ale ciężko jest zakładać, że nie byłoby kontuzji i ciężko byłoby wrócić do reżimu treningowego. To byłaby praca od podstaw.

To byłoby ciekawe doświadczenie dla kibiców zobaczyć znów Jacka Bociana w akcji. Pewnie niejednemu łezka mogłaby się zakręcić w oku. Wykonałeś kawał dobrej roboty dla polskiego sportu  i myślę, że każdy kibic życzyłby Ci teraz przede wszystkim zdrowia. Ja również do tych życzeń się dołączam i dziękuję za rozmowę.

Dziękuję.

A dla czytelników mamy konkurs. Kto jest na zdjęciu (od lewej) ? Dla zwycięzców trzy koszulki PUMA. Odpowiedzi prosimy podawać na forum wrocławskiego odłamu Puma z Biegiem Miasta. Na odpowiedzi czekamy do 20:00. Prosimy podać Imiona, Nazwiska oraz obecnie zajmowane funkcje (kto poda najwięcej szczegółów ma największe szanse na wygrane 🙂 ) . Spośród równorzędnie dobrych odpowiedzi rozlosujemy nagrody.

bocian 2

Sylwetka zawodnika:

Jacek Bocian, ur.15.09.1976 w Kaliszu
Kluby: „Orkan” Poznań (1991-1996), „Śląsk” Wrocław (1996-2005)
Trenerzy: Adam Kaczor, Józef Lisowski
Osiągnięcia (chronologicznie)
1995
Mistrzostwa Europy Juniorów Nyiregyhaza – 400m (46,59) – srebro
Mistrzostwa Europy Juniorów Nyiregyhaza – 4x400m (3:09,65) – brąz
1997
Młodzieżowe Mistrzostwa Europy Turku – 4x400m (3:03,07) – złoto
Rekord Polski w sztafecie klubowej 4x400m (3:04,52)
1998
Mistrzostwa Europy Budapeszt – 4x400m (start w eliminacjach 3:03,59) – srebro
1999
Halowe Mistrzostwa Świata – 4x400m (3:03,01) – srebro
Mistrzostwa Świata Sewilla – 4x400m (2:58,91) – złoto
Rekord Polski w sztafecie klubowej 4x400m (3:03,16 i 3:02,78)
2000
Igrzyska Olimpijskie Sydney – 4x400m (start w eliminacjach 3:01,30) – 6m w finale
2001
Halowe Mistrzostwa Świata – Lizbona (3:04,47) – złoto

Rekordy życiowe:
200m – 21,34 – 1999
400m – 45,99 – 2000
4x400m – 2:58,91 – 1999

Progresja wyników (400m):
1993 – 48,73
1994 – 48,36
1995 – 46,59
1997 – 46,73
1998 – 46,37
1999 – 46,09
2000 – 45,99
2001 – 46,68
2002 – 48,12
2003 – 47,86
2005 – 47,88