NB 1080v12
 
9 czerwca 2009 Redakcja Bieganie.pl Sport

Irina Mikitenko – wywiad


Niemiecka
lekka atletyka już od dłuższego czasu przechodzi kryzys. Teraz, na trzy
miesiące przed mistrzostwami świata w Berlinie szuka się nowych gwiazd, które
nawiążą do lat świetności.
Jedną z
nich jest urodzona w Kazachstanie Irina Mikitenko.
Drobna, niepozorna i
ambitna. Talent, samozaparcie i miłość do średnio- i długodystansowego biegania
odziedziczyła po ojcu. Po tym jak po raz
drugi z rzędu wygrała prestiżowy maraton w Londynie, stała się murowaną
kandydatką do złotego medalu sierpniowych mistrzostw.


mikitenko_3.jpg


Minęło kilka tygodni od Twojego drugiego z rzędu
triumfu w londyńskim maratonie. Jak do tego teraz podchodzisz?

Nadal
jestem niesamowicie szczęśliwa. W nocy po biegu spałam gorzej niż przed.
Mentalnie nie było to łatwym zadaniem – jako obrończyni tytułu stanąć na starcie. Nie
wiedziałam za bardzo, jak mam do tego podejść, pierwszy raz byłam w takiej
sytuacji, że jechałam gdzieś jako faworytka. Często pojawiało się pytanie – a
co będzie, jeśli będę “tylko” druga? To zwycięstwo daje mi poczucie tego, że
wszystko idzie w dobrym kierunku i na pewno stałam się bardziej pewna siebie.


Do tegorocznego sezonu, tradycyjnie już
przygotowywałaś się w Kirgistanie. To mało popularne miejsce treningu.


Zgadza się. Po raz pierwszy trenowałam tam w
zeszłym roku i na wyniki nie mogę narzekać. W myśl zasady, że tego co dobre się
nie zmienia, postanowiłam i w tym roku tam pojechać. Pochodzę z Kazachstanu i
pamiętam jeszcze czasy, kiedy lubiłam jeździć do Kirgistanu. Tam na wysokości
1700 metrów trenuje mi się znakomicie, myślę, że znalazłam swoje miejsce. Gdy
byłam na obozie na ponad 2000 m npm, to czułam się znacznie gorzej, ciężko było
w trakcie zgrupowania, a potem nie było oczekiwanych efektów.


A jak
spędziłaś zimę?


Treningowo nie było najlepiej. W styczniu
miałam zrobić znacznie więcej, ale nie było ku temu warunków. Spadło mnóstwo
śniegu, czego nie braliśmy pod uwagę. Poza tym przyplątały się jeszcze dwie
choroby. Od lutego jednak wszystko szło jak z płatka.


Jak
porównuję ten rok i zeszły, to widzę w Twojej karierze aż nadto podobieństw.
Sezon zaczęłaś identycznie. Najpierw zwycięstwo w wielkanocnym biegu na 10 km w
Paderborn, potem sukces w londyńskim maratonie. To dobry omen na ten sezon?

W Londynie nie było łatwo. Konkurencja w tym roku była bardzo silna, ale jak
decyduję się gdzieś startować, jadę z nastawieniem, że chcę wygrać. W maratonie
każda drobnostka ma bardzo duże znaczenie, dlatego trzeba być od początku do
końca bardzo skoncentrowanym. Mam wrażenie, że w stolicy Wielkiej Brytanii
odbyły się takie małe mistrzostwa świata. Przecież na starcie stanęło
pierwszych siedem zawodniczek pekińskich igrzysk. Tym lepiej smakuje
zwycięstwo.


Zabrakło jednak ulubienicy miejscowej
publiczności, rekordzistki świata na 42 192 m Pauli Radcliffe.


Często ze
sobą już rywalizowałyśmy.
To nie jest tylko dobry sportowiec, to przede
wszystkim wspaniały człowiek.
Życzę
jej jak najlepiej. Z tego co wiem, po kontuzji nie ma już śladu i niebawem
wróci do biegania.


mikitenko_4.jpg

(Photo by Mike Hewitt/Getty Images Europe)


Startowałaś też w
maratonie w Berlinie. Czym te dwie imprezy się od siebie różnią?


W Wielkiej Brytanii jesteśmy zdane na siebie. Od nas, kobiet zależy,
czy będzie to bieg taktyczny czy na czas. W Niemczech wszyscy – panie i
panowie startują wspólnie i nam wtedy jest łatwiej o lepszy rezultat.
Dlatego chyba Londyn jest mniej przewidywalny. Wygrać może każdy i to
niekoniecznie ten, kto jest najlepiej przygotowany.


Zostałaś twarzą
berlińskich mistrzostw świata.
Co to dla Ciebie znaczy?


To dla mnie bardzo ważne. Sam fakt, że mistrzostwa
odbywają się w Niemczech, przyprawiają mnie o dreszcze, a co dopiero swoim
wizerunkiem je reklamować. Jestem z tego niezmiernie dumna.


Czego oczekujesz po mistrzostwach świata
we własnym kraju?


Jak o tym pomyślę, mam gęsią skórkę. Boję się, co to
będzie w sierpniu.


Po
raz pierwszy w maratonie wystartowałaś 30 września
2007 roku. W swoim debiucie byłaś na berlińskiej trasie druga z wynikiem
2:24.51. Potem rywalizowałaś na 42 195 m jeszcze trzykrotnie i zaliczyłaś trzy
zwycięstwa. Nie żałujesz z perspektywy czasu, że zdecydowałaś się na ten
dystans dopiero w wieku 35 lat?


Czego mam żałować?
Wręcz przeciwnie. Jestem szczęśliwa, że się w końcu na to zdecydowałam.

mikitenko_8.jpg


(Photo by Bryn Lennon/Getty Images Europe)



W zeszłym roku byłaś niepokonana. W tym
sezonie zajęłaś trzecie miejsce w półmaratonie w Rzymie. Seria zwycięstw została
przerwana.


Oczywiście,
że tego żal, ale zaraz sobie powtarzam, iż lepiej być trzecią w Rzymie, niż w
mistrzostwach świata. Sport ma to do siebie, że nie zawsze może wygrywać ta
sama osoba. Trzeba umieć żyć z porażkami. Ważne jest, by umieć się z nich uczyć.


Zdobywasz
coraz więcej doświadczenia w bieganiu maratonu, ale jednocześnie oczekiwania
kibiców znacznie wzrosły. Czy teraz jest Ci coraz łatwiej rywalizować, czy
trudniej?


Hm… Trudne pytanie i nie ma na nie jednoznacznej odpowiedzi. Doświadczenia
mam znacznie więcej, zmodyfikowałam również trening. Zwiększyłam o dziesięć
procent obciążenia. Tygodniowo pokonywałam 220 km, ale nigdy więcej niż 35 km.
Z drugiej strony wymagania rosną z każdym startem, i to nie tylko kibiców, ale
też znajomych, rodziny i moje własne.


Co się
zmieniło w Twoim życiu odkąd zaczęłaś odnosić międzynarodowe sukcesy?


Nic. Kompletnie nic. Moi rodzice cały czas mnie wspierają, moje dzieci i
mój mąż to zagorzali kibice.
Tak było od samego początku
i tak jest i teraz.


Wróćmy jeszcze do
ostatniego startu w Londynie. Gdy obserwowało się to z boku można było odnieść
wrażenie, że było to “one–woman-show”.


To był fantastyczny bieg. Jako zeszłoroczna
triumfatorka nie miałam ułatwionego zadania, ale naprawdę ciężko trenowałam i
wiedziałam, że jestem dobrze przygotowana. Ta pewność jest też bardzo ważna.
Teraz jestem po prostu szczęśliwa.


Był taki moment, w
którym czułaś, że zwycięstwo masz już w kieszeni?


Przy 32 kilometrze nie widziałam już żadnego powodu,
dla którego miałabym nie wygrać. Czułam się mocna, a moje nogi mnie niosły.
Ciężko było na trzy kilometry przed metą. Wiał naprawdę silny wiatr, a ja
biegłam sama. Straciłam sporo energii.


Mówisz tak, jakbyś od
początku była pewna wygranej.


Tak nie
było, ale faktem jest, że wierzyłam w swoje możliwości. Czułam, że jestem w
formie. To był taktyczny bieg, a ja już na początku zauważyłam, że moje rywalki
nie wytrzymają mojego tempa. Poza tym widziałam, że inne zawodniczki mnie nie
lekceważą i obserwują, co robię. To też dodaje sił.

W zeszłym roku zaskoczeniem był Twój triumf w
Londynie, w tym był oczekiwany. Które zwycięstwo lepiej smakuje?


Chyba to
teraz (uśmiech). Nie pamiętam, żebym była tak szczęśliwa.


Twój mąż, Aleksander, który jest jednocześnie
Twoim trenerem, ma w zwyczaju jechać obok Ciebie na rowerze. W Londynie jest to
zabronione. Jak on to wytrzymał?


Jechał
metrem
🙂 Zatrzymywał się na każdej możliwej stacji,
tak bym mogła go jak najczęściej widzieć. Najważniejsze rzeczy omówiliśmy
oczywiście jeszcze przed rywalizacją. Wszystko poszło tak, jak to sobie
wyobraziliśmy.


A dzieci? Rodzice?


Moi rodzice
śledzili wszystko wraz z dwójką moich dzieci w domu przed telewizorem. Myślę,
że od soboty wieczór siedzieli przed ekranem tylko po to, żeby niczego nie
przegapić. Jak tylko przebiegłam linię mety, zasypali mnie sms-ami. Jak wróciłam
do hotelu, rozmawialiśmy przez skype’a. Oni się tak samo cieszą jak ja. Moja
młodsza córeczka powiedziała do mnie przed startem: „Mamo biegnij szybko, to
wrócisz szybciej do domu“. Potem była trochę zawiedziona, bo zamiast krócej, to
mój pobyt w Londynie trochę się przedłużył.


To co teraz? Jaki
kolejny cel?


Kierunek
Berlin. Bardzo bym chciała zdobyć złoto na mistrzostwach świata, zwłaszcza że
bieg jest dokładnie w moje urodziny. Najważniejsze jest jednak dla mnie w tej
chwili zdrowie. Nie chciałabym, żeby coś mi teraz wyskoczyło. Przez kontuzję
już raz musiałam zrezygnować z olimpijskiej rywalizacji, boję się, że coś takiego znowu
może się przytrafić.


A jak będziesz się do
niego przygotowywać?


Do mistrzostw zostało naprawdę niewiele czasu. Po dwóch tygodniach odpoczynku wracam do treningu.
Niestety nie ma raczej możliwości, bym teraz jeszcze startowała. Szkoda, bo
czuję, że jestem naprawdę dobrze przygotowana. Trzeba jednak wyznaczać sobie
priorytety, a takim są dla mnie tegoroczne mistrzostwa świata. Wybieram się
teraz na obóz do St. Moritz,
chcemy trochę, w porównaniu do zeszłego roku, zwiększyć jednostki treningowe.


Czego, oprócz
kłopotów zdrowotnych, jeszcze się boisz? Co może stanąć na przeszkodzie?


Upał. Nie
znoszę biegać, gdy jest gorąco. To koszmar dla mnie.

Redakcja Bieganie.pl