NB 1080v12
 
15 maja 2009 Redakcja Bieganie.pl Lifestyle

Swiss Alpine Marathon Davos


A21_524x200.jpg

Blondynka koło 30-tki stoi w drzwiach i wpatruje się w coś, co znajduje się
w pokoju. Troska rysująca się na jej ładnej twarzy prowokuje mnie do
sprawdzenia, co jest przedmiotem jej uwagi. Wstaję z trudem, podchodzę do drzwi
i niby od niechcenia zerkam do sali. Widok jak w wojennym lazarecie.

Na ustawionych w rzędach łóżkach leżą ludzie. Wszyscy podłączeni do
kroplówek. Krzątanina lekarzy i pielęgniarek. W pomieszczeniu obok zakładane są
opatrunki. Co chwilę wchodzi nowy pacjent. Większość przypadków to mniej lub
bardziej poważne otarcia naskórka: na kolanach, łokciach, na całym boku ciała.
Otarcia pobrudzone są ziemią, ślady krwi na ubraniach. Ramię mężczyzny, który
kulejąc wszedł właśnie do pokoju, wygląda nienaturalnie. Lekarz stwierdza, że
zostało złamanie i każe pielęgniarce je unieruchomić.

Widok, który zobaczyłem, wywołuje fale dreszczy przechodzących po karku –
mnie się udało, miałem szczęście, maraton górski w Davos skończył się dla mnie
bezboleśnie, jeśli nie liczyć obolałych mięśni nóg, pleców i ramion.


Swiss Alpine Marathon
Davos
: 78km, Start w Davos na wysokości 1500m n.p.m. W pierwszej części
dystansu dominują zbiegi. Po 35km trasa schodzi do poziomu 1200m n.p.m. Kiedy
organizm ma już w zasadzie dość biegania, zaczynają się ostre podbiegi, tak że
przez 15km biegacze muszą wznieść się na poziom 2600m. Później trochę oddechu,
zbieg, fragment płaski, pola śnieżne i do kolejnej przełęczy na 2600m n.p.m.
Dalej już tylko 15 kilometrów zbiegu i meta.

Strach przed maratonem pojawił się na dwa tygodnie przed startem. Definitywna
decyzja o wzięciu udziału w tym maratonie zapadła podczas Salomon Trophy w Bieszczadach na początku maja. Potem
szybko wypełniłem i wysłałem zgłoszenie. I właśnie na dwa tygodnie przed startem
zacząłem sobie uświadamiać, co mnie czeka. Powoli zaczęło do mnie docierać, że
to nie jest zwykły maraton, że będę musiał poradzić sobie ze zmęczeniem, którego
jeszcze nigdy nie doświadczyłem, że po pokonaniu dystansu klasycznego maratonu
zacznie się podbieg – 1400m w pionie. Czy wytrzymam, czy nie poddam się, mając
wtedy w perspektywie jeszcze prawie pełny maraton i podbieg na górę wyższą niż
nasze, niemałe przecież, Rysy?

Do Davos przyjeżdżam po południu w przeddzień startu, dlatego nie mam nawet
czasu, żeby poznać „na sucho” trasę biegu. Zwykle gdy wybieram się na maraton,
samochodem objeżdżam trasę, żeby poznać jej charakterystyczne punkty i oswoić
się z nią. Tym razem wystarczyć musi studiowanie mapki i profilu trasy.

Jest upalnie, co napawa mnie niepokojem. Gdy temperatura przekracza 20
stopni, podczas długiego biegu mój organizm walczy o ochłodzenie się,
wydzielając na powierzchnię skóry duże ilości wody. To powoduje odwodnienie i w
konsekwencji szybkie zmęczenie. W biurze maratonu poznaję jednak szczegółową
prognozę pogody na następny dzień. O ósmej rano ma być chłodno, a w południe
upalnie. Jednak my uciekać będziemy przed wysoką temperaturą w miarę wznoszenia
się. Dopiero na koniec, 10km przed metą, zanurzymy się w upalne powietrze w
dolinie.

Mieliśmy miłą niespodziankę związaną z hotelem, który rezerwowaliśmy. Okazało
się, że w zarezerwowanym przez nas miejscu nie ma wolnych pokoi i portier odsyła
nas do zaprzyjaźnionego 4-gwiazdkowego hotelu obok, gdzie za taką samą cenę
mieszkamy w dużym apartamencie z kuchnią i ogromnym tarasem z widokiem na góry.
Idealne miejsce na odpoczynek przed startem i po biegu.

Poranek, godzina 6:30. Wychodzę na taras. Jest rześko. Prawdziwy balsam dla
człowieka zmęczonego upałem poprzedniego dnia. W drodze na start przechodzę obok
przystanku, gdzie sprawdzam wskazania umieszczonych tam termometru, barometru i
higrometru. Zastanawiam się, czy dożyję czasów, kiedy na przystankach
autobusowych w Zakopanem będą barometry? Przed startem oddaję depozyty i
spotykam Jurka, kolegę z drużyny z Salomon Trophy. Potem w czasie biegu, gdy
będę przeżywał najgorsze chwile, będę często myślał, jak on sobie radzi. Robimy
pamiątkowe zdjęcie, rozciągamy się i udajemy na start.

Pierwsze kilometry to zabawa. Tempo bardzo komfortowe. Po pewnym czasie
następuje podział stawki na grupy i grupki. Od jakiegoś czasu biegnę w
towarzystwie tych samych zawodników. Zagaduję ich. Oni, zorientowawszy się, że
mają do czynienia z obcokrajowcem, przyjmują rolę przewodnika. Pokazując
drewniany, niemal czarny ze starości dom, mówią: „Na prawo typowy dom
szwajcarski”; „Na lewo typowa szwajcarska krowa” – słyszę innym razem, gdy
mijamy leniwie pasącą się krowę z monstrualnej wielkości dzwonkiem u szyi. Moich
towarzyszy pytam, czy biegli już na tej trasie. Potwierdzają. Pytam, jaka jest
prognoza czasu na mecie przy obecnym tempie. W odpowiedzi słyszę, że to tempo na
pierwszą trzydziestkę. Jeden z biegaczy zainteresował się moim doświadczeniem w
biegach górskich. Nie mam żadnego, więc podaję tylko swój rekord życiowy w
maratonie – 2:32. Najwyraźniej nie robi na nim wrażenia; słyszę tylko, że to, co
robimy, to nie maraton. Nie podoba mi się ta odpowiedź. Myślę sobie nawet, że
mój rozmówca nie jest sympatyczny. Będę obserwował tego zawodnika do 30km, potem
zgubi mnie na pierwszych poważniejszych podbiegach. Teraz, już po maratonie,
wiem, że 78km w Davos to – mimo nazwy – nie maraton.

alpine_davos2.jpg

Na pewnym odcinku biegniemy w skalistej dolince wzdłuż potoku. Co jakiś czas
przebiegamy tunelami wydrążonymi w skale. Mijamy też kilka razy wiadukty
kolejowe. Pociąg wyjeżdża z tunelu, przejeżdża po wiadukcie nad strumieniem i
naszą ścieżką, i znika w czeluści tunelu. Trasa prowadzi też przez wiadukt
kolejowy, który jest bodaj największą atrakcją turystyczną okolicy. Bieg po tym
60 metrowej wysokości wiadukcie jest mocnym doświadczeniem.

Do 30km bieg jest igraszką. Znam to z maratonu. W biegach długich do pewnego
momentu trzeba mieć duży zapas; mam go i tym razem. Potem zaczyna się 5
kilometrowy podbieg, który wznosi nas o 500m w pionie i wyczerpuje sporo sił.
Cały czas biegnę. Na 35 km chwytam torbę z depozytem i decyduję się z niego
wziąć tylko butelkę z przygotowanym napojem. Koszulkę z długim rękawem, którą
zdeponowałem na wypadek, gdyby popsuła się pogoda, zostawiam. Robię to niemal w
biegu. Możliwość pozostawienia przed startem depozytu, do którego dostęp jest na
35km, to doskonały pomysł organizatorów. Wbiegniemy na wysokość 2600m, i jest to
wysokość, gdzie temperatura jest dużo niższa niż w dolinie. W przypadku
załamania pogody możliwość zmiany przewiewnej startowej koszulki na ciepłą z
długim rękawem mogła się okazać wręcz koniecznością.

Pociągam łyk napoju i cieszę się, że go sobie przygotowałem. Zawiera sporą
dawkę kofeiny, która jest mi teraz potrzebna. 5 kilometrowy podbieg dał mi się
we znaki, zaczynam odczuwać zmęczenie i przeraża mnie perspektywa, że najgorsze
jeszcze przede mną. Nie wiem czy to nie autosugestia, ale przez następne kilka
kilometrów wydaje mi się, że zawarta w napoju kofeina zadziałała i jakbym odżył.
Niestety, w pewnym momencie zmęczenie powraca, zaś asfaltowa dróżka zamienia się
w alpejski szlak i rośnie nachylenie terenu.

A21_524x250_2.jpg

Pojawia się znak 40km i opuszcza mnie optymizm. Jestem wyraźnie zmęczony, a
perspektywa czekającego mnie przewyższenia i jeszcze 38km do mety powoduje, że
niemal tracę nadzieję na pokonanie całego dystansu. Przed startem rozważałem,
jaki czas na mecie by mnie satysfakcjonował. Już dawno odrzuciłem plan maksimum,
właśnie zrezygnowałem z planu optymistycznego, i zacząłem zastanawiać się, na
jaki czas mogę liczyć, gdybym w tym momencie przeszedł w marsz. Nie wiem, jak to
się stało, bo nigdy w życiu nic podobnego mi się nie przytrafiło, ale w pewnym
momencie zaczynam najpierw w myśli, a potem na głos mówić słowa modlitwy.
Zaczynam pojmować, co odczuwali rycerze idący z pieśnią na ustach na śmiertelną
bitwę. Pomaga mi to, odciąga też od przerażającej i obsesyjnej myśli, że
najgorsze jeszcze przede mną.

W pewnym momencie odczuwam, że moje mięśnie czterogłowe nie pracują
normalnie. Podczas prostowania nóg pojawia się w nich najpierw niewielki skurcz.
Z czasem zjawisko to narasta. Zaczynam się bać. Nigdy czegoś podobnego nie
odczuwałem i nie wiem, czy to minie, czy się może rozwinie. Niestety, skurcze
się nasilają i pojawiają w innych mięśniach nóg. To jest moment krytyczny biegu.
Gdy wypatruję znaku 45km, muszę przejść w marsz, a przy tym bardzo uważać, jak
stawiam nogi. Wyprostowanie powoduje skurcz mięśnia czterogłowego, zbyt
gwałtowne zgięcie skutkuje bolesnym skurczem mięśnia dwugłowego, natomiast
mocniejsze wybicie się ze stopy generuje skurcze łydek. Poza bardzo krótkimi
odcinkami, gdzie wypłaszczenie terenu pozwala mi na bieg, drogę do schroniska
Kesch na wysokości 2632m będę pokonywał marszem. Przestaje mi zależeć
na czasie, chcę tylko ukończyć bieg. Krytyczne 5km do 55km pokonuję w tempie
ponad 10 minut na kilometr.

Widok schroniska Kesch Huette działa na mnie niczym promyk światła
na zagubionego w jaskini. To najwyższy punkt biegu. Oznacza to, że wyżej nie
trzeba już biec. Gdy pokonuję ostatnie metry podbiegu, po raz kolejny słyszę
swoje imię i zachęty do walki: „Pawel, Pawel, heja, heja, Pawel, Pawel, weiter,
weiter, klasse, klasse, heja, heja!”. Pomaga mi to i wywołuje we mnie wstyd, że
nie wystarczyło mi sił, aby dotrwać w truchcie aż do tego momentu. Gdy mijam
schronisko, ktoś pyta o moje samopoczucie. Jestem pod wrażeniem, bo w głosie
słyszę prawdziwą troskę. Czuję się wyczerpany. Odpowiadam, że świetnie. Później
dowiem się, że pytającym był dyrektor maratonu. Od tego momentu jest już z góry,
co skłania mnie do biegu. Trasa prowadzi trawersem. Biegnę mając u stóp
przepiękną dolinę. 60 kilometr to znowu ostry podbieg i kolejna przełęcz
Skalettapass, której nazwa mimo woli kojarzy mi się ze szkieletem, tak
jakby opisywała wygląd maratończyków, którzy dotarli do tego miejsca. Tutaj
znowu mam osobisty doping: Pawel, Pawel, heja, heja. Od tego momentu już tylko w
dół.

Po ostrym zbiegu jestem w końcu doliny, która poprowadzi mnie aż do
wymarzonej mety. Zanim to nastąpi, przede mną jeszcze około godziny biegu.
Dolina jest przepiękna. Pasące się krowy podzwaniające dzwonkami, urocze
drewniane domy, szum potoku wijącego się wśród ukwieconych alpejskich łąk i do
tego zapach krótkiego alpejskiego lata, jedyny w swoim rodzaju, który czuję
jeszcze na wspomnienie o Szwajcarii.

Gdy mija kolejna godzina, widzę ujście doliny. Nagle mężczyzna siedzący na
łące z synem swojskim akcentem wyczytuje moje imię i nazwisko. To bardzo
sympatyczny moment biegu. „Doskonale, jest pan pierwszy Polakiem, długo tu na
pana czekaliśmy, meta już blisko.” Uśmiecham się, pozdrawiam machając ręką.
Jeszcze kilkaset metrów i widzę miasto, a z oddali dochodzą odgłosy komentatora
ze stadionu w Davos. Jednak trasa nie prowadzi od razu na stadion. Nagle skręca
i… widzę podbieg. Organizatorzy postanowili urozmaicić końcówkę biegu i
poprowadzili trasę lasem ponad polem golfowym. Nie jest to duży podbieg. Podczas
zwykłego treningu być może nawet nie zwróciłbym na niego uwagi. Teraz jednak po
prostu stanąłem jak wryty i pokonałem go marszem. Po prostu nie mogłem już
podbiegać. Na ulicach miasta, około kilometra przed metą, nagły ból w klatce
piersiowej zmusza mnie do zatrzymania się. Boli serce. Kolejne nowe
doświadczenie. Po kilku głębszych oddechach ból mija i ruszam. Niestety, chwila
słabości kosztowała mnie dwa miejsca.

Mijam linię mety, nie mam siły żeby stać. Rozum podpowiada mi, że
powinienem uzupełnić ubytki płynów, więc wypijam kilka kubeczków, biorę w rękę
banany i kładę się na tartanie – to wspaniały odpoczynek po 7 godzinach i 35
minutach morderczego wysiłku. Gdy po kilku minutach postanawiam wstać, nie wiem
jak to zrobić. Żeby wstać, trzeba zgiąć nogi. Gdy tego próbuję, łapią mnie
bolesne skurcze. Po kilku próbach rezygnuję. Jak wstać? Przez kilka minut
zbieram siły; naprężam wolę, przygotowując się do szybkiego podniesienia się.
Wreszcie udało się.

Mam zatkane uszy i przełykanie śliny nie pomaga. Wzrokiem szukam strzałek
kierujących do miejsca, gdzie można odebrać rzeczy. Zaraz potem biorę prysznic i
udaję się na masaż. W kolejce stoi kilka osób, ale czekanie opłaca się. Sprawne,
delikatne, ale mocne dłonie doświadczonej młodej masażystki poświęcają moim
zmęczonym mięśniom około 20 minut. Gdy wstaję, czuję się znacznie lepiej.

Przechodzę obok pomieszczeń, w których podłączeni do kroplówek leżą
odwodnieni biegacze. Idę do hotelu, dzierżąc w dłoni koszulkę z napisem
Finischer. To koszulka, na którą naprawdę zapracowałem.

Następnego dnia po maratonie jest najgorzej. Mięśnie nóg, grzbietu, pośladki,
ramiona są obolałe. Mam trudności z wstaniem z łóżka, nie mówiąc już o chodzeniu
po schodach. Minie jeszcze pięć dni, zanim spróbuję niezgrabnego, wolnego
truchtu, podczas którego będę miał wrażenie, że uczę się dopiero biegać. Teraz
wiele dni po maratonie wiem, że jeśli tylko zdrowie pozwoli, w przyszłym roku
wezmę udział w biegu w Davos jeszcze raz.

Redakcja Bieganie.pl