2 marca 2013 Redakcja Bieganie.pl Lifestyle

Razem biec przez życie


1.jpg 

Olga i Paweł Ochalowie

 

Wspólne zainteresowania i pasja łączy ludzi, zdarza się także, że praca. Ale są również zwolennicy teorii, że wszystko ma swoje granice (co za dużo to niezdrowo) i że każdy w związku choć na chwilę powinien mieć możliwość ucieczki w swój mały, prywatny świat. A jak to jest u zawodowców, dla których bieganie jest także pracą?
 
Najszybsze długodystansowe małżeństwo w kraju, Olga i Paweł Ochalowie w tym roku będą świętować „drewnianą” rocznicę ślubu. Przed Nami odkrywają odrobinę prywatności i dzielą się swoimi spostrzeżeniami na temat wspólnej biegowej pasji (pracy).

Mariusz Sułkowski: Do serca mężczyzny najłatwiej trafić przez żołądek. Ale Ty Paweł postanowiłeś zmienić tę tendencję i zdobyć serce Olgi kolacją?


Paweł Ochal: Zrobiłem, to z zaskoczenia. Byliśmy razem na półmaratonie w Szczecinie, miałem do wykorzystania pewną pulę na wyżywienie i kiedy nie zdołałem jej wykorzystać, postanowiłem zabrać ze sobą na wynos kolację. Wracając do hotelu, zobaczyłem znajomy samochód na parkingu (był to Opel, którym woził ukraińskich sportowców menager Jerzy Janowicz). Już po jednej sekundzie wiedziałem, co zrobić z kolacją. Olga z wrażenia i tak jej nie zjadła do końca, ale pomogli jej w tym inni Ukraińscy biegacze (śmiech).

Używając żargonu sportowego, podobną taktykę obrałeś przy obłaskawianiu przyszłych teściów. Jednak tym razem postawiłeś na trunki.

Jadąc na Ukrainę pierwszy raz nie miałem pojęcia, co ze sobą zabrać. Nie chciałem wyjść na niewychowanego i zabrałem kilka prezentów z Polski. Kompletnie nie miałem  pojęcia, czy się sprawdzą, ale polska wódka i czekoladki złamały pierwsze lody, tak sądzę ( nie znałem jeszcze języka), bo zostały skonsumowane na pierwszej kolacji.

 

2.jpg  

 Olga Ochal

 

Początki były trudne z racji perypetii wizowych.

Właśnie tak poznałem swoich przyszłych teściów. Olga nie dostała wizy, więc to ja postanowiłem pojechać do niej. Zrobiłem to bez namysłu, spakowałem torbę i pojechałem. Podobnych sytuacji było jeszcze kilka, tylko tym razem bardziej skomplikowanych. Jak konsul dowiedział się, że Olga ma chłopaka w Polsce, to od razu skrócił jej długość wizy. Był chyba marzec, a Olga dostała wizę na 10 dni, ważną do końca roku. To oznaczało, że może tylko 10 dni spędzić w Polsce, a o następną wizę starać się dopiero w następnym roku. Z tym też sobie poradziliśmy. Konsul nie wiedział, że jesteśmy już zaręczeni (śmiech). Reszta poszła szybko i sprawnie, ale najeździliśmy się w przeciągu dwóch miesięcy troszkę w jedną i drugą stronę. Dziś idzie nam już to znacznie sprawniej.

Jak wygląda kwestia świąt? Czy macie plan, że w tym roku spędzacie je w Polsce a kolejne święta na Ukrainie?

Dotychczas było tak, że przed świętami, czyli pod koniec listopada wyjeżdżaliśmy na Ukrainę i w zależności od terminu jaki zaplanujemy na rozpoczęcie przygotowań do sezonu wiosennego, zostajemy na Święta na Ukrainie, albo wracamy do Polski. Na razie wychodzi tak po połowie. Wyjątkiem były jedne święta, które spędziliśmy w podróży przez małą awarię w trackie powrotu do Polski.

W jednym z wywiadów obiecywałaś naukę polskiego hymnu. Jak z tym jest teraz?

Olga Ochal: Mam go zaśpiewać? (śmiech). Podstawową część znam, starczy spokojnie na zaśpiewanie go podczas dekoracji na podium.

Jaki jest podział obowiązków w domu, kto robi śniadanie?

Śniadanie? Kto pierwszy, ten lepszy. Podział zawsze jest, dogadujemy się w trakcie wykonywania obowiązków, kto co ma robić, ale to ja częściej obieram, a Olga częściej gotuje (śmiech).

3.jpg 

 

Paweł Ochal 

Czy cały dzień zaplanowany jest pod kątem treningu? Robicie go wspólnie?

Dla nas najważniejszy jest trening, traktujemy go jako pracę, obowiązek i przyjemność za jednym razem, więc wszystko podporządkowane jest pod kątem treningu. Zawsze wychodzimy razem, ale po jednym kilometrze już każdy biegnie swoim tempem i wykonuje swój plan treningowy. Wyjątkiem są rozgrzewki, popołudniowe truchty regeneracyjne i dni wolne od treningu.

Czy poza bieganiem zajmujecie się zawodowo jeszcze czymś?

Obecnie nie, choć można powiedzieć, że tak. Jestem w trakcie podpisywania kontraktu z Jednostką Sportową Sił Powietrznych w Poznaniu, a Paweł ma swoją małą grupę zawodników, którym pomaga w przygotowaniach do startów.

A jak to jest z obozami, zawsze jeździcie razem?

W sumie to tak! Nie wyobrażamy sobie obozów bez siebie. Planujemy tak starty w maratonie, żeby nie komplikowały pracy treningowej drugiej osoby. Wyjątkiem był jeden obóz, na który pojechałem sam, a to przez to, że Olga była w trakcie szkolenia przygotowawczego do Wojska, pewnie gdybym mógł z Nią tam przebywać, to bylibyśmy razem. Był to dotychczas najtrudniejszy okres w naszym związku, przeżyliśmy go i jest dobrze. Wiemy teraz, że z takimi sytuacjami też sobie możemy poradzić.

Zdarza się, że wybieracie inne imprezy biegowe tego samego dnia?

Jeśli chodzi o starty, to w ciągu pięciu lat zdarzyło się nam cztery razy startować osobno w ciągu tego samego dnia, dwa razy ze względu na obowiązki jakie wykonywaliśmy. A  inne ze względów zarobkowych.

Czy każdy biegnie na zawodach dla siebie, czy czasem współpracujecie?

 

Przed biegiem umawiamy się, że każdy biega dla siebie, myślenie o partnerze w trakcie biegu nie pomaga nam skupić się na maksymalnym wykorzystaniu swoich sił, w czasie biegu trzeba skupić się na tym, co robi się w danym momencie. Wyjątkiem jest kilka biegów, w których to ja pomagałem Oldze, prowadziłem ją na jak najlepszy wynik, byłem po prostu zającem. Wtedy jest to współpraca, ja słucham uwag Olgi i dostosowuję do nich prędkość. Na jednym biegu obraliśmy taktykę, że Olga trzyma się jednego chłopaka jak najdłużej, jeśli może ucieka, a ja od startu idę mocno i uciekam od brata tego chłopaka. To był bieg, gdzie przewidziane były nagrody na najlepszą rodzinę, sumowany był czas obojga członków rodziny. Ścigaliśmy się z pewnymi braćmi, wygraliśmy zarówno indywidualnie te starcia, jak i drużynowo. Więcej współpracy nie było.

Jakie są Waszym zdaniem wady, a jakie zalety związku dwójki sportowców?

Zaczniemy od zalet, łatwiej nam je wyszukać. Dwoje ludzi, którzy kochają to, co robią i wzajemnie się kochają, nic prostszego. Mamy te same obowiązki, te same marzenia, to samo wykonujemy, możemy jeździć razem na wakacje, do pracy zawsze razem, nic lepszego się nie znajdzie dla dwojga kochających się ludzi sportowców. Kiedy jedno ma dołka, drugie zawsze jest przy nim, żeby pomóc i na odwrót. Kiedy jedno z nas wygrywa i odnosi sukces, to tak jakby było tego sukcesu dwa razy więcej, a kiedy jest niepowodzenie, to dzielimy je na pół i jest tego o połowę mniej. Co do wad, nie doszukujemy się ich, nawet ciężko nam jest coś wymyślić teraz. Czasem mamy dylemat, na które zawody jechać. Ale i tak ktoś, komuś zawsze ustąpi (śmiech).

 4.jpg

Anna Jesień 

A jak to wygląda w sytuacji, kiedy jedno z małżonków jest trenerem, a drugie jego zawodnikiem? Jakie są relacje i odczucia? Czy łatwiej jest pokonywać przeszkody (dosłownie i w przenośni)? O wypowiedź w tej kwestii poprosiłem rekordzistkę Polski w biegu na 400m przez płotki, Annę Jesień (trener: mąż, Paweł Jesień).

Anna Jesień: Z mojego punktu widzenia trening jest bardziej efektywniejszy, gdy trener może poświęcić całą swoją uwagę zawodnikowi. Zanim Paweł został moim trenerem razem trenowaliśmy płotki u jednego trenera. Juz tam poznał mnie jako osobę i zawodniczkę. Bardzo mnie dopingował. Rozumiał moje częste wyjazdy na obozy, ponieważ byłam w Reprezentacji Polski. Obserwując mnie wiedział, że mam większe możliwości i dlatego namówił mnie do wspólnego trenowania. Widział mnie na co dzień, wiedział, czy miałam ciężki dzień i w ten sposób mógł korygować trening, czego nie może trener nie mąż. Dzięki temu, że mamy wspólny cel każde z nas koncentruje się na swoim, on na opracowaniu planu i wyegzekwowaniu go ode mnie, a ja daje z siebie 120% żeby go wykonać. Nie wtrącam się do treningu, wierzę mu i jak widać przynosi to efekty. Paweł zna mnie na tyle, że w trakcie treningu wie, czy mam dosyć, czy nie. W domu nigdy nie kłóciliśmy się z powodu treningu. Po nieudanych zawodach wspierał mnie i mówił, co trzeba poprawić. Uważam, że w naszym przypadku sprawdza się współpraca. Jest nie tylko moim trenerem, ale także psychologiem, masażystą (nie zawsze mogliśmy pojechać na obóz z fizjoterapeutą.

 

5.jpg 

Iwona Lewandowska 

Postanowiłem także zajrzeć do świata pary biegowej Iwona Lewandowska – Michał Bernardelli. 
 
Iwona Lewandowska, Michał Bernadelli: Sportowiec musi być przyzwyczajony do ciągłych wyjazdów na obozy sportowe i zawody. Ze względu na Michała pracę bardzo rzadko wyjeżdżamy razem. Ale w Warszawie jeśli tylko jest okazja wychodzimy razem pobiegać, oczywiście nie na wszystkich treningach. Każdy ma swój plan do zrealizowania. Wzajemnie motywujemy się, ale nie tylko w sprawach biegowych. Każda osoba w związku powinna mieć swoją pasję i niekoniecznie musi być ona wspólna. Najważniejsze jest zrozumienie i zaufanie. Najistotniejsze to wspierać się wzajemnie. Na pewno wspólna pasja nas połączyła – poznaliśmy się na obozie sportowym. 

***

Jak widać bohaterowie mojego artykułu są zwolennikami opcji, że wspólna pasja zbliża ludzi. Doskonale się uzupełniają i wzajemnie mobilizują. Myślę, że sportowcowi łatwiej znaleźć zrozumienie u osoby, która także jest sportowcem, która zrozumie, że czasami trening, czy zawody stoją na pierwszym miejscu. Profesjonalny sportowiec, to osoba, która niewiele czasu spędza w domu (obozy, treningi, zawody), partnerowi z poza tego świata trudno to zrozumieć i zaakceptować. Choć nie jest to oczywiście regułą. Jest także duże grono małżeństw i par zajmujących się zupełnie czymś odmiennym i też sobie świetnie radzą. Rozpatrując jednak przypadek biegaczy zdecydowanie podpisuję się pod tym, że wspólna pasja łączy i pomaga w życiu. Wspólny trening o 6:00 rano jest zdecydowanie przyjemniejszy i łatwiejszy niż samotne przemierzanie kilometrów. Puentą niech będzie stwierdzenie Pawła i Olgi:
 
Kiedy jedno ma dołka, drugie zawsze jest przy nim, żeby pomóc i na odwrót. Kiedy jedno z nas wygrywa i odnosi sukces, to tak jakby było tego sukcesu dwa razy więcej, a kiedy jest niepowodzenie, to dzielimy je na pół i jest tego o połowę mniej.

Redakcja Bieganie.pl