philips
 
23 września 2019 Redakcja Bieganie.pl Lifestyle

mój autorytet biegowy


Planuję napisać o moim autorytecie biegowym. Przychodzi mi na myśl bardzo naturalnie, rzekłbym nawet, że wpisany jest w mój genotyp. Potrzebuję jednak chwili namysłu, by opisać, czemu tym autorytetem się dla mnie stał. I paru słów, by jego postać nie zlała się dla Was z ekspertem.

Dzisiaj rzadziej nazywamy kogoś autorytetem, częściej ekspertem właśnie. Mniej potrzebujemy wartości – bardziej umiejętności. Ekspert zna stosowne skróty, ma papiery, a najczęściej odwagę, by poświadczać swoją fachowość deklaracjami i licznymi wypowiedziami. Frekwencja buduje jego pozycję. Faktyczne doświadczenie łatwiej przy tym maskować, niż kiedykolwiek wcześniej. Łatwiej też brylować na salonach internetów naprędce uaktualnionym stanem wiedzy, zamiast budować się latami prób i błędów własnych.

Bo próby i błędy kosztują dziś zbyt wiele. Czasu, pieniędzy i sił. Napisałem to wszystko, bo trudno rozmawiać o autorytecie biegowym bez kontekstu eksperta. Autorytet to dla mnie ktoś, kto zainspirował takiego eksperta jak ja i wychował takiego jak ja przeciętniaka do przyzwoitego biegania.

Pochodził z małej wioski, w której przednówek pachniał kiszoną kapustą, a do miasta szło się z niedzielnymi butami na ramieniu, by je na progu kościoła założyć. W technikum w wielkim jak cały świat mieście zaczął trenować i choć we wsi pukali się w czoło, że po co i na co to, na sianokosy trzeba wracać i że nienormalny jakiś, bo ciągle biega – wytrwał. Gdy dostał pierwszą koszulkę klubową, spał w niej w nocy. Gdy mu kolce pierwsze ukradli, wstydził się przyznać i nie pojechał na międzynarodowy mecz mówiąc, że chory.

Wiem, że nie był zdolny, raczej zacięty i cierpliwy. Wiem, że szanował starszych zawodników za pracowitość i trenerów za zaangażowanie, mimo tego, że lekko podpici nie zawsze kojarzyli, co tam trzeba na treningu zrobić. Wiem, że potrafił wybrać się na 40-kilometrów w zimie i ścigać się z powrotem z rekordzistą Polski w maratonie. Wiem, że psa przybłędę z innym kolegą na śmierć zabiegali i żałowali potem. Wiem, bo mówił, że na studiach w stolicy nie miał pieniędzy na jedzenie, z przyjacielem głodowali nieco i nie zawsze przez to biegało się dobrze. Wnioskuję z tego, jak mówił, że bawił się sportem i że to była największa przygoda jego życia.

Był wobec mnie cierpliwy i cieszył się z drobnych sukcesów. Każdy trening był z zapasem, żaden ponad moje siły. Wyznaczaliśmy z linijką na mapie sztabowej pętle w lesie, a na bieganie jeździliśmy żółtym maluchem. Gdy robiłem ciągły, trzymał poliestrowe dresy i czekał na mnie wytężając wzrok na końcu długiej prostej pod dębami. Gdy byłem dziewiętnasty na juniorskich mistrzostwach w przełajach i mu to szybko przez telefon wykrzyczałem, zaniemówił z wrażenia, jakbyśmy razem zdobyli medal olimpijski. Gdy poprawiłem się na belkach na lidze i do tego wygrałem, tak jak on przed laty na lidze na belkach wygrywał, widziałem, że musiał odejść kawałek na bok, by nikt nie zobaczył.

Dobrze Kuba! – krzyczał w trakcie zawodów na każdym kole. – Nic się nie stało – często pocieszał. – Trzeba odpocząć, będzie dobrze – kreślił plany na kolejne batalie. Razem siadaliśmy, przedzierał się przez moje załamanie i wymyślał takie treningi, bym mógł zająć głowę. Przywoływał z pamięci i starych dzienniczków zabawy biegowe i tempówki pachnące żużlem. Pozwalał na moje błądzenie, ale zawsze wiedziałem, że mam dokąd na trening wracać. Skąd wybiec i gdzie kończyć.

Jest tu nadal. Mówi wciąż o sporcie z pasją. Pyta zawsze o moje treningi (po ile tam biegam, czy noga naderwana boli), mimo że już świata nie zawojujemy, nigdy nie mieliśmy zawojować, a razem o tym marzyliśmy. Próbuje nadążać za wynikami, zawsze wierzy w fair play i cieszy się, gdy nasi w telewizji biegają szybko.

Czyta ten felieton, pewnie za blisko komputera. Włączył internet i jednym palcem wstukał nazwę strony, chociaż nie umie odpisać na sms. Widzę go w okularach, pod naszym wspólnym zdjęciem, wśród moich pucharów i medali, które boją się z mamą przesunąć, bo to przecież Kuby pokój.

 

 

____________________

Kuba
Wiśniewski jest redaktorem naczelnym bieganie.pl. Na razie brak mu
czasu na wypisanie pełnej listy swoich osiągnięć. Swoje frustracje i
niespełnione ambicje prezentuje między innymi na
 Instagramie.