NB 1080v12
 
10 marca 2010 Redakcja Bieganie.pl Lifestyle

Chcieć to móc


podkarpacie.jpg

Większości pasjonatów biegów ultra przyświeca jedno motto, chcieć to móc. Słowa te można odnieść nie tylko do sportu, ale także do większości działań w naszym życiu.

Jeszcze 3 lata temu bieganie było dla mnie czymś abstrakcyjnym i tak niewyobrażalnym, że gdyby ktoś mi wtedy powiedział, że w przyszłości będę biegał w zawodach na 100km, to pomyślałbym, że ten ktoś stracił rozum. Szczerze mówiąc nie wiedziałem nawet, że rozgrywa się takie zawody, że ktoś jest w ogóle w stanie przebiegnąć 100km.

Pasja biegania pojawiła się w moim życiu dość niespodziewanie. Kiedyś zajmowałem się amatorsko kulturystyką. Niestety wiązało się to z utrzymywaniem sporej wagi, co z kolei rodziło pierwsze problemy zdrowotne. Przez jakiś czas byłem leczony na nadciśnienie tętnicze. Doszedłem wtedy do wniosku, że jestem zbyt młody na trwałe kuracje farmakologiczne i że czas najwyższy zabrać się za siebie i pozbyć "balastu". To były moje nieśmiałe początki biegania. Przyjeżdżałem wtedy do miasta późną nocą i robiłem 1.5 km pętlę ulicami wokół rynku. Kiedy pierwszy raz udało mi się przebiec całość bez zatrzymywania, byłem z siebie naprawdę bardzo dumny, to było moje pierwsze zwycięstwo. Zmotywowało mnie to do tego stopnia, że już po kilku tygodniach spróbowałem swoich sił w Krośnieńskim Biegu Konstytucji, wtedy jeszcze na dystansie 10km. Na mecie byłem piąty od końca, ale cieszyłem się niesamowicie.

Z czasem odkryłem w sobie, iż nie jestem biegaczem szybkim, ale bardzo dobrze czuję się na długich dystansach. Wtedy przyszedł czas na pierwszy Maraton. Przerosło to moje najśmielsze oczekiwania. Ponad dwa tysiące zawodników, mnóstwo kibiców, niesamowita oprawa. To wszystko sprawiło, że poczułem się naprawdę wyjątkowo. Maraton udało się ukończyć z czasem 3:43:51 i choć byłem bardzo zmęczony, wiedziałem, że nie jest to jeszcze koniec moich możliwości. Czas ten pozwolił mi na zajęcie 6 miejsca w kategorii osób niedowidzących, gdyż jestem osobą niepełnosprawną, chorującą na wrodzoną, niepostępującą ślepotę zmierzchową. Mój kolega, Maciek Sąsiadek z Ropczyc, którego poznałem na imprezie o nazwie „Kryptonim kotlina” (jest to zimowa edycja SELEKCJI), namówił mnie do biegania imprez na orientację. Są to przeważnie marszobiegi na dystansie 50 lub 100km. Zdecydowałem się na start w 100km imprezie na orientację o nazwie "Nocna Masakra" Niestety po 70km wycofałem się, ponieważ temperatura wynosiła -24 stopnie, a moje przygotowanie sprzętowe nie było odpowiednie. Kolejnymi naszymi wyzwaniami były starty w ekstremalnych grach terenowych Kryptonim Kotlina oraz Selekcja. Maciek ukończył Selekcję w 2007 roku a w 2008 startował w niej jako instruktor. Ja swoich sił próbowałem w 2009. Po 3 dniach odpadłem z powodu naderwania zaczepów bicepsa, które miało miejsce podczas konkurencji na wodzie. Do dzisiaj śni mi się to po nocach i jest drzazgą na mojej ambicji.

podkarpacie_1.jpg

Podczas wyjazdu na jedną z takich imprez, zaczęliśmy się zastanawiać dlaczego w naszym regionie nie ma żadnego biegu ultra. Doszliśmy do wniosku, że mamy piękne okolice i świetne tereny do rozgrywania tego typu biegów. Postanowiliśmy wtedy zorganizować bieg z Sanoka przez Krosno do Jasła. Bieg o nazwie Podkarpackie Trójmiasto.

Niestety, bardzo szybko, okazało się, że urzędy wcale nie są zainteresowane ani współpracą, ani samodzielną organizacją. Odpowiedź przyszła jedynie od Urzędu Miasta w Jaśle.
Odpowiedziano nam, że jak załatwimy wszystkie formalności, to wtedy możemy się zgłosić do Urzędu. Jeśli sami mielibyśmy wszystko załatwiać to po co nam urzędy?

Jednak takie niepowodzenia wcale nie stanowią dla nas przeszkód. Postanowiliśmy, że pobiegniemy sami dla siebie, bez organizowania oficjalnej imprezy. Chcemy udowodnić wszystkim, że nie ma rzeczy niemożliwych.

*****

Jest! Udało się. Kolejne z naszych sportowych marzeń się spełniło. Takimi słowami witaliśmy Jasielski rynek – ale wcale nie było łatwo!

7 marca, o godzinie 8 rano, zgodnie z planem, wyruszyliśmy z rynku w Sanoku na trasę biegu Podkarpackie Trójmiasto. Towarzyszyło nam 2 biegaczy z Sanoka: Andrzej Michalski oraz Jerzy Nalepka, którzy w symboliczny sposób wyprowadzili nas z Sanoka i dobiegli z nami do Pisarowiec. Dalej trasę pokonywaliśmy już sami. Niestety pogoda nam nie sprzyjała, silny wiatr wiejący z północnego zachodu, śniegi i ujemna temperatura, sprawiały, że biegło się ciężko. Ale na początku nikt się tym specjalnie nie przejmował.

podkarpacie_540.jpg
zdjęcie: nowiny24.pl

Wyśrubowane tempo i dobre samopoczucie na początku biegu sprawiły, że w Iwoniczu zorientowaliśmy się, że biegniemy tak szybo, jakby Krosno miało być końcem naszej trasy. Wtedy też zwolniliśmy tempo i biegliśmy spokojnie w stronę Krosna. Na rynku miła niespodzianka, spora grupka kibiców (głównie znajomi i rodzina) dodała nam sporej dawki motywacji.

Kilka minut przerwy na uzupełnienie płynów oraz energii i po chwili biegliśmy dalej, w kierunku Jasła. Wtedy już wiedziałem, że to będzie krótszy, ale zdecydowanie cięższy etap. Składało się na to kilka czynników. Dość znaczne już zmęczenie, kilka sporych podbiegów i długie, nużące proste. Pierwszy poważny kryzys przyszedł już podczas podbiegu pod górę w Potoku. Wtedy człowiek musi „przełączyć się z biegu nogami na bieg głową”, ani przez chwilę nie można myśleć o poddaniu się i zejściu z trasy. Jeśli dopuści się taką myśl, to już będzie koniec. Najlepszą metodą na walkę z takim kryzysem jest rozmyślanie o rodzinie, o tym co będzie jutro, generalnie trzeba myśleć o wszystkim, tylko nie o tym, co się teraz dzieje z naszym organizmem. A organizm już od jakiegoś czasu daje poważne znaki do zatrzymania. Sztuką jest je lekceważyć. Kiedy kryzys minął, pocieszałem się jedną myślą, że w miejscowości Zimna Woda zacznie się bardzo długi zbieg i wtedy odpoczniemy. Myliłem się. Owszem górka była, ale wcale nie odpoczęliśmy. Trzeba było się mocno pilnować, żeby nie upaść na twarz.

Dalej bardzo długa prosta, której przebiegnięcie trwało dla mnie wieki i już byliśmy prawie na miejscu. Kiedy wbiegliśmy na rynek byłem bardzo zadowolony, ale jak zawsze po ciężkich biegach obiecywałem sobie, że to już ostatni raz. Jednak dziś już wiem, że ta impreza nie była ostatnią.

W tym miejscu chciałbym podziękować wszystkim, dzięki którym bieg się odbył. Maćkowi Sąsiadowi z Ropczyc (współorganizator), Mateuszowi Kołodziejowi z Ropczyc (asystował nam na rowerze na całej trasie, wioząc nasze napoje i odżywki, to bardzo ciężka praca w tych warunkach pogodowych), Andrzejowi Michalskiemu i Jerzemu Nalepce z Sanoka (asystowali nam na trasie Sanok – Pisarowce), firmie Asics Polska (za świetną odzież, która wyśmienicie spełniła swoje zadanie), firmie Solaria Copacabana (za transport osób i sprzętu), kibicom za wsparcie na trasie biegu, moim rodzicom i mojej dziewczynie (za wyrozumiałość dla mnie i dla mojej pasji, która bardzo często pochłania mi mnóstwo czasu) oraz wszystkim mediom, dzięki którym o naszym biegu mogli dowiedzieć się inni. W szczególności dziękuję portalowi www.sportkrosno.pl, portalowi www.jaslo4u.pl oraz gazecie Nowiny.

FORUM DYSKUSYJNE

Redakcja Bieganie
Redakcja Bieganie.pl