mamyzabiegane
26 maja 2020 Marta Gorczyńska Lifestyle

Biegające i zabiegane mamy


Jeszcze niedawno biegały na stadionach, podnosiły ciężary i dzień za dniem walczyły z potreningowym zmęczeniem, by potem dać z siebie wszystko na zawodach. Teraz biegają z pieluszkami, noszą na rękach coraz to cięższe maluchy, kładą się spać wycieńczone i… robią dokładnie to, co wcześniej. Przy okazji Dnia Matki wspominamy złoty dzień na ostatnich MŚ w Dosze i rozmawiamy z przedstawicielkami zabieganego środowiska: Kasią Gorlo-Olszewską, Kamilą Pobłocką-Dobrowolską oraz Mariką Popowicz-Drapałą.

Biegające mamy, choć mogłyby dawać nie tylko przykład, jak zorganizować się, żeby jednocześnie kończyć tempo i podawać dziecku butelkę, są też dowodem na to, jak wielka siła drzemie w kobiecie, gdy ma przy sercu kogoś, kogo kocha najbardziej na świecie.

W Dosze ostatniej jesieni to właśnie biegające mamy miały swój specjalny dzień. Sprinterki Shelly-Ann Fraser-Pryce oraz Allyson Felix 29 września 2019 roku mogły swoim maluchom pokazać, jak wygląda złoto mistrzostw świata.

Jamajka po zdobyciu swojego czwartego w karierze tytułu mistrzyni świata na 100 m, od razu chwyciła w ramiona dwuletniego synka. Urodzenie go, zbiegło się z finałem 100 m na poprzednich MŚ w Londynie. Do dziś Fraser-Pryce śmieje się, że złoto z Dohy to był jej najważniejszy medal.

– Mam nadzieję, że uda mi się zainspirować kobiety, by nie bały się macierzyństwa. Każdy mi mówił, że dziecko powinno przyjść dopiero po zakończeniu kariery. To nie jest prawda – podkreślała w licznych wywiadach.

Z kolei Felix, która w Katarze tego samego wieczoru wywalczyła tytuł w sztafecie mieszanej 4×400 m, przyznawała, że to właśnie z Shelly rozmawiała o byciu mamą. Z jednej strony nie chciała przerywać kariery, z drugiej zaś, marzyła o tym.

– Dodała mi odwagi. Obserwowałam, jak wraca do rywalizacji, jaką drogę musiała przejść. Teraz jest lepsza niż kiedykolwiek – mówiła Allyson, która zanim została matką zdobyła 6 razy olimpijskie złoto.

Kasia na turbo przyspieszeniu

Zabieganych mam jest na świecie mnóstwo. Biegających, do tego na wyczynowym poziomie, już mniej. Nie każda wystawia dzieci do świateł jupiterów, bo i nie zawsze też wyczynowo trenujące matki spotykają się z pozytywnym odbiorem społecznym.

Polki też potrafią. W przeszłości karierę na najwyższym poziomie po urodzeniu dziecka kontynuowała choćby Irena Szewińska. W Polsce wśród startujących aktywnie wyczynowych biegaczek są m.in. maratonki-mamy: Karolina Nadolska, Iwona Bernardelli i Monika Stefanowicz.

O tym, jak to jest być dobrze zorganizowaną mamą, od niedawna wie Kasia Gorlo-Olszewska. Biegaczka łamiąca trzy godziny w maratonie, triatlonistka, autorka popularnego bloga Run The World, a od niedawna, także mama.
 
Jak wygląda teraz Twoja „mamusiowa” codzienność?

Przyznaję, jest dość intensywna. Samo bycie mamą jest już intensywnym przeżyciem, a jak chcemy do tego dodać pracę i treningi, to bywa, że o 14:00 marzę już tylko o wieczornej kąpieli i spaniu. Tworzymy z Bartkiem (Bartosz Olszewski czyli Warszawski Biegacz, m.in. zwycięzca i rekordzista Wings For Life World Run – przyp. red.) i Niną taką może mało szablonową rodzinę, bo oboje jesteśmy mocno zaangażowanymi rodzicami, dzielimy się obowiązkami praktycznie po równo. Poza karmieniem, nie ma rzeczy, w której Bartek nie jest w stanie mi pomóc. To jest fajne, bo dzięki temu ja mogę cieszyć się powrotem do swoich aktywności, Nina tworzy silne więzi i z mamą – i tatą, a Bartek… nie ma lekko z dwiema charakternymi kobietami. Ale skoro ma jeszcze siłę na mocny trening, to nie jest tak źle. Oczywiście dni lecą jak szalone i bywa, że czuję się przytłoczona ilością obowiązków. Mówię sobie, że chyba nie dam rady, a później siadam na spokojnie, robię listę priorytetów, zjadam czekoladę albo kładę się na drzemkę razem z Ninką i robi się lżej. Nauczyłam się, że odpuszczenie sobie trochę, to czasem najlepsze rozwiązanie.

mamagorlo

W jaki sposób łączysz wszystkie obowiązki?

Staram się robić listy rzeczy ważnych do zrobienia, ale też wydawać by się mogło tych prostych, jak zakupy, czy wstawienie prania… Naprawdę, są dni, gdy wykonanie ich urasta do rangi przebiegnięcia maratonu. Wtedy, wieczorem, zasypiając ze świadomością, że masz pełną lodówkę, czy złożone pranie, czujesz się jak prawdziwy zwycięzca. Nina ma dopiero siedem miesięcy i cały czas karmię piersią, więc prawda jest też taka, że moje plany są dopasowanie w stu procentach pod córkę. Z drugiej strony dzięki elastycznej pracy Bartka, mogę wyjść na trening w ciągu dnia. Czasem też babcia wpadnie z pomocą, więc te 4-5 treningów w tygodniu nie są już takim wyzwaniem. Nie zmienia to jednak faktu, że od siedmiu miesięcy żyjemy na turbo przyspieszeniu. Rano Bartek trenuje i pracuje, później ja mam chwilę dla siebie i ani się obejrzę, jest czas kąpieli i pora snu Ninki. Bartek leci na drugi trening, a ja siadam do rozpisywania planów, czy innych obowiązków. Całe szczęście Nina zasypia już między 19-20. Pierwsze trzy miesiące pokazywała nam co znaczy,  gdy chodzi spać po północy, więc teraz jesteśmy ogromnie wdzięczni za jej litość.

Jakie jest teraz Twoje podejście do biegania? Idziesz zrobić mocny trening, czy raczej odetchnąć?

Nie ukrywam, że lubię trenować z myślą o konkretnym celu. Gdy tylko dostałam zielone światło od fizjoterapeutki i lekarza – wiedziałam, że moje treningi będą zmierzały przede wszystkim ku poprawie formy. Poza tym prowadzę treningi grupowe i personalne, więc wypadałoby coś tam biegać. Nie spieszę się jednak z niczym. Stawiam na cele długoterminowe, co w obecnych czasach nie jest w sumie trudne. Z każdym kolejnym miesiącem mogę pozwolić sobie na więcej. Ninka jest coraz bardziej samodzielna, a ja sprawniejsza. Śmieję się, że macierzyństwo to świetna baza pod maraton, więc za kilka miesięcy głupio by było go nie przebiec.

Kamila już zaraz

Choć mamą zostanie dopiero za miesiąc, już planuje, jaki trening biegowy zrobi pierwszy. Kamila Pobłocka-Dobrowolska, trenerka, medalistka mistrzostw Polski, startująca głównie na 10km i w półmaratonach, mówi mi przede wszystkim o tym, jak zmienił się jej trening biegowy w czasie ciąży.

Jak wygląda Twoja aktywność fizyczna w tym wyjątkowym czasie?

Na początku, czyli do ósmego tygodnia, biegałam codziennie, tak jak zazwyczaj. Ostatni start był 11 listopada na Biegu Niepodległości. Wtedy wiedziałam już, że jestem w ciąży i ten bieg traktowałam raczej jako trening. Bałam się biec „na maxa”, bo z tyłu głowy zapaliła mi się „lampka” że muszę uważać na maleństwo… Ostatni biegowy trening zrobiłam 17 listopada, a później przeszłam na marszobiegi i ćwiczenia wzmacniające. W sumie do końca drugiego trymestru ćwiczyłam w miarę regularnie, z tym że od piątego miesiąca zamiast marszobiegów robiłam długie spacery, nawet do 10 kilometrów. Trzeci trymestr natomiast to już głównie spacery, takie maksymalnie 3-4 kilometrowe. Inne ćwiczenia wykonuję 2-3 razy w tygodniu. Organizm pod koniec ciąży zaczyna mi się buntować, ale mimo wszystko nie narzekam. Został mi ostatni miesiąc i myślę, że ogólnie ciążę będę dobrze wspominać.

mamapoblocka

Jak będziesz wracać do biegowej formy? O ile w ogóle o tym teraz myślisz!?

Oczywiście, że myślę o tym, żeby wrócić do biegania. Większość mojego życia biegam, to też jest moja praca jako trenera, więc nie wyobrażam sobie, żeby nie biegać. Jednak nie będę się z tym bardzo spieszyć. Chcę, aby ciało wróciło do formy sprzed ciąży. Na początek będą więc tylko i wyłącznie spacery z córką w wózku, a po jakimś czasie zmienię wózek na biegowy i wtedy będziemy śmigać razem!

Kiedy córka przyjdzie na świat, będą na nie czekać biegowe buty?

Wiadomo, że każdy biegający rodzic chciałby, żeby dzieci poszły w ślady mamy czy taty. Na pewno z Emilem (Emil Dobrowolski to medalista mistrzostw Polski w biegach długich, maratończyk z życiówką 2:13:50 – przyp. red.) będziemy chcieli pokazać jej nasze sportowe życie, nasz świat. W genach pewnie też coś tam od nas dostanie. A buty oczywiście będą na nią czekać, jednak tylko od niej zależy, czy je będzie chciała założyć.

Szczęśliwa Marika, to szczęśliwy Ignacy

O tym, jak doskonale łączyć  obie role dosłownie zawodowo, wie także sprinterka Marika Popowicz-Drapała, medalistka mistrzostw Europy, olimpijka z Londynu i Rio de Janeiro, którą teraz prawie na każdym treningu, z trybun obserwuje mały synek.

Jak to jest być jednocześnie mamą i olimpijką?

Odpowiem trochę przekornie, że nie wiem. Gdy zostałam olimpijką byłam na zupełnie innym etapie mojego życia oraz kariery.  Każdy start na Igrzyskach to była inna historia. Londyn to spełnione marzenie sportowca. Rio de Janeiro to zwycięstwo siły woli i charakteru  – wróciłam po zerwanym więzadle krzyżowym. A Tokio? Chciałabym być tam jako mama. Mogłaby to być może taka moja mała manifestacja, że macierzyństwo nie musi oznaczać rezygnacji z pasji, że dziecko może być trampoliną do sukcesu. W to wierzę.

mamamarika

W jaki sposób bycie mamą wpłynęło na Twoją zawodową karierę?

Bardzo długo dojrzewałam do macierzyństwa. Miałam 29 lat, gdy zaszłam w ciążę. Wcześniej przez 16 lat byłam czynnym sportowcem. Praktycznie co roku zaliczałam imprezy mistrzowskie. Na koncie miałam już wtedy blisko 50 medali mistrzostw Polski i dwie kwalifikacje na igrzyska olimpijskie. Powrót do sportu po porodzie wydawał mi się tak naturalny jak oddychanie. Odzyskanie formy stało się dla mnie nowym wyzwaniem i celem. Lubię wyzwania, więc postanowiłam spróbować. Nie bałam się tego, co będzie. Sport naprawdę uczy życia, a mi podczas mojej kariery pokazał każde swoje oblicze. Doskonale dał mi odczuć, że wszystko jest „na chwilę”. Mistrzem jesteś w momencie, gdy odbierasz medal, kolejnego dnia już pracujesz na nowy sukces. Słowo klucz to: wsparcie. Miałam i mam wsparcie mojego męża (Radosław Drapała to były sprinter, wicemistrz Europy juniorów w sztafecie 4×100 m, pracujący teraz jako fizjoterapeuta – przyp. red.), rodziny, trenera, klubu Zawisza Bydgoszcz, a przede wszystkim Wojskowego Zespołu Sportowego w Bydgoszczy oraz bydgoskiej firmy Metalkas. Mój trening to teraz tylko wisienka na torcie, więc jak jestem na treningu, to staram się wykorzystać maksymalnie każdą jego sekundę. I chyba dopiero teraz naprawdę się nim cieszę. Bo ja już naprawdę nic nie muszę. Ja chcę! I to jest piękne uczucie.

Kiedy teraz na nowo odnosisz sukcesy, jak czujesz się z tym, że być może ten mały ktoś ogląda Cię z zapartym tchem w telewizji? 

Ignacy to moja motywacja, mój motor napędowy, mój najcenniejszy medal, ale staram się nie zapominać o tym, że dla niego najważniejsze jest, żeby mama po prostu była z nim i dla niego. Na zawodach walczę o to, żeby urwać jak najwięcej setnych, w życiu walczę, żeby ten czas zatrzymać. Na mistrzostwach Polski w Radomiu łzy leciały mi ciurkiem po policzku po zdobyciu srebrnego medalu, bo choć to niewiarygodne, to widziałam w oczach synka radość i dumę. Po zdobyciu złotego medalu na halowych mistrzostwach Polski w Toruniu szukałam go wzrokiem. Gdy nie zobaczyłam moich chłopaków na dekoracji bardzo szybko zrozumiałam powagę sytuacji. Uśmiechałam się, cieszyłam, ale serce płakało. Noc spędziliśmy w szpitalu. Ten złoty medal wywalczyła już nie zawodniczka tylko mama, którą jeszcze długo męczyły wyrzuty sumienia, że realizowała swoją pasję – zamiast być wtedy ze swoim dzieckiem. Nie jest łatwo pogodzić te dwie role, ale na pewno warto spróbować. Bo szczęśliwa mama to szczęśliwe dziecko!

Fot. Marta Gorczyńska, z wyjątkiem fot. Katarzyny Gorlo-Olszewskiej z rodziną – Paulina Górnicka

Marta Gorczyńska
Marta Gorczyńska

Biega szybko, biega długo, biega wszędzie, z tym, że głównie z aparatem. Porywa się z nim na słońce i próbuje robić wszystko naraz. Dla rozwijania pasji zbankrutuje, poleci na koniec świata, a i tak wróci z uśmiechem na twarzy, bo jak twierdzi - z pasją albo wcale.