Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Prywatności. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.

Zamknij
Epidemia kontra trenerzy - jak radzi sobie Warszawski Biegacz?

Bartek Olszewski vel Warszawski Biegacz to jeden z najpopularniejszych długodystansowców, a zarazem trenerów biegania w Polsce, rozwijający teraz choćby New Balance Run Club. Sam określa się mianem amatora, choć dysponuje niezłymi życiówkami na dystansach od 10 km (32:25) do maratonu (2:25:16). Największe sukcesy notował jednak w ulicznych ultra – zostając m.in. najlepszym biegaczem w historii Wings For Life World Run. W 2017 roku w tzw. starej formule rywalizacji pokonał w ciągu 5h 30 min aż 88,24 km (średnia 3:44/km). Od młodości sportowiec, choć zaczynał od koszykówki. Od października zeszłego roku mąż i tata. Od wiosny 2020 – podobnie jak tysiące osób w Polsce – postawiony w niecodziennej dla zagorzałego biegacza sytuacji.

CZYTAJ RÓWNIEŻ: EPIDEMIA KONTRA TRENERZY BIEGANIA


Jak zmieniało się Twoje nastawienie – do epidemii koronawirusa i przede wszystkim jej skutków?

Ale tylko w kontekście biegania czy życia prywatnego?

Myślę, że jesteś jeszcze większym świrem biegowym niż ja, więc pewnie nie sposób tych dwóch aspektów oddzielić…

(śmiech) Wiesz, na początku wszyscy robiliśmy swoje. Wszyscy gdzieś przecież lokalnie biegali. Myślę, że do nas nie dotarło, na jaką skalę rozwinie się problem. Pamiętam, że z Kasią zapisaliśmy się na 10 km do Babic (Katarzyna Gorlo-Olszewska aka Kasia Run The World to żona Bartka, wspólnie wychowują 7-miesięczną Ninę – na zdjęciu poniżej, przyp. red.). Odwołano maratony, ale my jakoś pomyśleliśmy, że czego jak czego, ale jakiejś małej dyszki to nam nie odwołają… No ale później sytuacja rozwinęła się odmiennie.
Mimo wszystko dalej trenowałem, w miarę normalnie, jak gdyby sezon miał się jednak odbyć. Myślałem o kilku dyszkach, startach głównie w kraju. Moim głównym celem był start w majowym Wings For Life, tym razem planowałem startować w Polsce.
No, ale pamiętam pierwszy taki mój kryzys. Wróciłem z któregoś biegania i Kasia powiedziała mi, że odwołali Wingsa. Już wcześniej przestałem wierzyć, że ta impreza się odbędzie, ale wiesz jak to jest, dopóki zawody są w kalendarzu, to jest nadzieja. Dalej się trenuje.
No tak, wspominali o tym też sportowcy szykujący się do igrzysk w Tokio. Niby w kwietniu wszyscy wiedzieli, że to kompletnie niemożliwe, by igrzyska odbyły się w terminie, ale każdy dalej się do nich szykował.

Nie powiem, że się załamałem i poddałem absolutnie, ale na 3-4 dni, jak to się często śmieję – miałem „kryzys biegowy”. Nie chciało mi się w ogóle biegać, raczej leżałem na kanapie, jadłem lody i piłem piwo.
Myślę, że trochę uratowało mnie, że trenowaliśmy z grupie. Od jakiegoś czasu biegam z chłopakami w Warszawie, właśnie zakładamy klub „Piekielni Warszawa”. Wczesną wiosną prawie codziennie biegałem z Piotrkiem Mielewczykiem albo Bartkiem Falkowskim. W czasie mojego kryzysu wyciągnęli mnie na trening i stwierdziłem, że będę przygotowywał się dalej. Nie mogli mi za bardzo odjechać, bo nie miałbym z kim trenować.
(śmiech)
Kilka sezonów wychodziłem z kontuzji, trenowałem co najwyżej na 80% moich możliwości, 2-3 lata straciłem, bo pomimo, że doszedłem prawie do starej formy, to nie mogłem jej poprawić przy tym treningu. Powiedziałem sobie, że są te zawody, czy ich nie ma, ja nie widzę swoich maksymalnych możliwości na jesieni, czy wiosną 2021. Biegam dość spokojnie, liczę, że imprezy wrócą, chcę być wtedy gotowy – ale gdy dowiem się, że np. za 2 miesiące wracamy na ulicę, to nie chce zaczynać planować treningu, tylko być w życiowej formie.

Miałeś pod koniec 2017 roku poważną kontuzję, złamanie zmęczeniowe kości krzyżowej. Teraz jesteś w pełni zdrowia?

Tak i co więcej, na dystansach do półmaratonu jestem w życiowej formie. Przecierałem się z kolegami na treningach na bieżni. Odpadły mi zawody wiosenne, Wings i chociaż lubię dużo biegać, to automatycznie zacząłem więcej robić konkretnych, krótkich, mocnych treningów. Raz z Piotrkiem i Łukaszem Oskierko robiliśmy najpierw 5 km, gdzie ja zrobiłem czas może 5 sekund wolniejszy od życiówki, a potem była jeszcze czwórka…
Jeszcze trochę się „wycieniuję” i jestem dobrej myśli.

Ej, epidemia chyba Cię aż tak nie rozleniwiła? Za dużo ważysz?

No brakuje mi 2-3 kilo do mojej wagi startowej. Teraz mam 67-68 kg. To się też zmieniło, że skoro nie odbywają się zawody - to i ja nie walczę w takim stresie jak bokser, z wagą.Było o Twoim własnym bieganiu w czasach pandemii, a jak reagowali na nią Twoi podopieczni?

Gry wprowadzono zakaz biegania po lasach i parkach, to chyba był dla większości z nas przełomowy moment. Biegacz stał się persona non grata. Wiesz, stało do Lidla w kolejce 100 osób, ale jak przebiegałem obok, to się wszyscy na mnie patrzyli jak na jakiegoś wroga. To był niesamowity społeczny fenomen.
Napisałem do wszystkich moich zawodników maila, że w sytuacji, jaką mamy, jeśli chcą sobie zrobić przerwę, jeśli chcą poczekać, aż się czasy zmienią – to spokojnie, poczekajmy tydzień, dwa, nie będę zmuszał ich na siłę do treningu. Tym bardziej, że i tak nie ma zawodów.
Powiem ci, że chyba dwie osoby faktycznie się wstrzymały. Jedna z nich konkretnie trenowała pod maraton, druga nie miała innej opcji – bo biegała zazwyczaj po parku w mieście, ale go zamknięto.
Ale to wszystko okazało się chwilowe, większość osób trenuje u mnie dla przyjemności, z pasji. Miałem też dwóch zawodników, u których w obecnej sytuacji rolę odgrywał aspekt finansowy. Jeden z nich, fizjoterapeuta, z dnia na dzień został bez dochodów. Napisali mi uczciwie, że muszą się wstrzymać. Śmieję się, że wprowadziłem im Tarczę Antykryzysową 5.0, więc nie mieliśmy przerw w treningach.

Czy i w jaki sposób - zmieniałeś trening swoim podopiecznym? Zaciągnąłeś im ręczny, czy może zorganizowałeś jakieś zawody?

Podszedłem do każdego indywidualnie. Każdy jest inny i ma inne cele. Niektóre osoby zrobiły testy, inni trenowali do Wingsa, więc 3 maja pobiegli z aplikacją.
Tych, którzy przygotowywali się do maratonu, a chcieli się sprawdzić – zniechęcałem do przebiegnięcia maratonu na treningu. Uważam, że to by było za duże niszczenie organizmu, tak naprawdę na nic. Treningowo to nic nie da, czasu nie zrobisz też takiego jak na zawodach.
Najczęściej moi zawodnicy robili sprawdziany na 5 km. Pomyślałem, że warto popracować nad tym, co zazwyczaj zaniedbujemy – szybkością i ogólną sprawnością. Zmniejszyliśmy objętość, pobiegaliśmy trochę zabaw biegowych, żeby urozmaicić trening. To jest też o tyle dobre, że wiesz, zrobisz sprawdzian na 5 km, dzień, dwa i możesz dalej trenować.

I co potem? Roztrenowanie jak po normalnym, pełnym sezonie startowym?

W większości przypadków płynnie wchodzimy w następne przygotowania. Oczywiście zależnie od tego, kto i jak ciężko trenował. Wielu moich podopiecznych biega 4 razy w tygodniu, więc rzeczywiście odpoczywaliśmy, ale tylko trochę… Sami zawodnicy chcieli biegać dalej, więc po prostu na dwa tygodnie przerzucaliśmy się na jakieś lekkie rozbiegania, przebieżki. Pewnie odczuwasz brak bezpośredniego kontaktu z zawodnikami - jak podczas treningów, spotkań, czy obozów, które organizujecie z Kasią (na zdjęciu powyżej - przyp. red.)... Odkryłeś mimo to w ostatnim okresie coś nowego, co okazało się cenne treningowo?

Ogólnie sprawdziły się różnego rodzaju zabawy biegowe, najczęściej w jakimś crossie. Najczęściej zawodnicy wolą mieć coś równie odmierzone lub kontrolują prędkość, a tutaj powiedziałem im przykładowo: „Słuchajcie, nie ma żadnych zawodów, więc nie ma sensu koncentrować się na konkretnym tempie. Pobiegnijcie 10 x 1 minuta”.

Taka nauka braku kontroli tempa, ale w zamian skupienie się na intensywności?

Wcześniej ciężko im było biec nie patrząc na tempo, starali się je trzymać niezależnie od tego, czy był podbieg, czy mieli pod wiatr, czy z wiatrem. Większości ten nowy trening się spodobał i zauważyli poprawę.

„Kryzys to szansa” – jak mądrzą się coachowie personalni. Co jeszcze pozytywnego zaobserwowałeś u podopiecznych?

Druga ciekawa psychologicznie rzecz, którą zauważyłem, to pozytywna strona… odwołania imprez. Wiele osób szykujących się do startów czuje na każdym treningu presję zbliżających się zawodów, presję wyniku. Na treningach, jak coś nie szło, to się stresowali. Teraz nabrali spokoju ducha.

Z drugiej strony można mówić o jakichś bezwzględnych stratach dla biegania?

Trudno jeszcze to określić. Może tak na szybko przychodzi mi do głowy, że wiele osób zrezygnowało z biegania na rzecz innego rodzaju wysiłku, innych sportów, chociaż to może nie jest taka znowu dramatyczna zmiana.
Wiesz, gdyby teraz wszystko z dnia na dzień wróciło do normalności, to strat dla biegania nie byłoby wiele. Ale dalsze ograniczanie aktywności może spowodować, że wiele osób odejdzie…

Głównym problemem jest brak zawodów, brak celu?

No tak. Oczywiście pewnie niektórzy będą biegać kilka razy w tygodniu, ale z czasem będą szukać też sobie innych wyzwań. Wydaje mi się, że treningi i zawody on-line nie wystarczą. W kolarstwie takie wyścigi świetnie się sprawdzają, chociażby dlatego, że łatwiej o trenażer niż bieżnię mechaniczną.
Z drugiej strony widziałem, że np. w przypadku świetnie zorganizowanego Wings For Life w Polsce pobiegło z aplikacjami aż 9 tysięcy osób. Gdy 3 maja dokładałem symbolicznie moje 20 km, widziałem na trasie wiele osób z telefonami, z numerami startowymi imprezy. Jednak na dłuższą metę wydaje mi się, że dla każdego ważna jest walka bark w bark, to, że na prawdziwych zawodach dystans jest odmierzony, że na zawodach panuje atmosfera święta. Na początku wszyscy się jarają nowinkami technicznymi, ale potem już potrzebują rywalizacji bezpośredniej.
Jeśli chodzi o całą branżę biegową, jak według Ciebie zniesie ten kryzys?

Jeśli chodzi o trenerów, to myślę, że ci bardziej popularni wytrzymają. Wiele osób biega, bo lubi trenować, a nie dla zawodów. Ale spadki będą, bo większość biegaczy chce przygotowywać się pod jakieś konkretne cele.
Gdy nie będzie dłużej zawodów, to usługi typu organizacja imprez, pomiar czasu poniosą straty. Też trzeba przy tym pamiętać, że niektórzy właściciele firm nie skupiają się tylko na biegach, to nie jest ich jedyne źródło dochodu. Więc może będzie im nieco łatwiej się przebranżowić, skupić na innych działaniach.

Jak myślisz, ile wytrzymamy wszyscy bez biegania?

Będę wróżył jak minister Szumowski (śmiech)… Nie wiem, Kuba, nie jestem specjalistą, wydaje mi się, że społeczeństwo ma dosyć zamrożenia, nie tylko sportu. Nie wiem, co się stanie, widzę, że społeczeństwa się buntują i pewnie będziemy, również dlatego, powoli wracać do normalności.

A czego brakuje teraz najbardziej Warszawskiemu Biegaczowi?

Adrenaliny na starcie. 


 

Więcej o treningach Bartka można przeczytać na jego blogu warszawskibiegacz.pl.