Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Prywatności. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.

Zamknij

karny felieton

karny felieton

Po ośmiu tekstach miałem mieć kilkutygodniowy fajrant. Naczelny zarządził jednak, że  muszę się wysilić jeszcze raz. Bo nie zaliczyłem programu obowiązkowego - czyli rozprawki na temat tego, co mi daje bieganie, co myślę o bieganiu, jak znajduję innych biegaczy, no i w ogóle. Wszyscy takowe teksty popełnili, a ja się jakimiś historyjkami próbowałem wykpić. No więc voila.

Ale w sumie to nie wiem, co mam napisać. Bo ja do biegania mam wybitnie neutralny stosunek emocjonalny. Pomijając dziewiętnaście lat kariery, kiedy to bieganie to była immanentna część mojego życia - ale wtedy też się nad tym jakoś nie zastanawiałem. Trener wymyślił, ja zrealizowałem. Na choinkę drążyć temat?

Gdy po dwóch latach po karierze na wadze ósemka z przodu się pojawiła (+18 kg) postanowiłem pobiec maraton. To był oczywiście dość gruby zakład z ambitnie postawionym celem (w 5 miesięcy z osoby mającej problem przebiec 5 km po 6 minut zrobić się na łamacza 3h). Pod nie tak czujnym zdalnym okiem Adama Kleina wychodziłem 4 razy w tygodniu na treningi. Cel osiągnąłem i znowu był problem. Ja po prostu nie wyobrażam sobie czegoś takiego, że wychodzę sobie pobiegać trzy razy w tygodniu dla przyjemności. Bo mi to żadnej przyjemności nie sprawia. I trochę zazdroszczę tym wszystkim autorom wszechobecnych w mediach społecznościowych ochów i achów nad tym jak to zajedwabiście było wyjść pobiegać. Też bym tak chciał.

Jest jednak trochę tak, że tak jak się to bieganie kiedyś o mnie samo upomniało, tak teraz nie bardzo chce puścić. I jakaś część mnie chciałaby takie amatorskie cele sobie stawiać. Bo bez konkretnych celów, jak już pisałem, ani rusz. No ale inna część mówi – piedrolę, nie robię. I tak już od czterech lat się bujam.

Wygląda to u mnie trochę jak czasem odpalanie samochodu. Zaskoczy, kilka razy zakręci i gaśnie. Potem znowu i znowu. Czyli przetrenuję ambitnie tydzień, dwa, a potem znowu miesiąc przerwy. Zaleta tego jest taka że nie zapuściłem się jak pięć lat temu i połówkę w 1:40 w każdej chwili pobiegnę. A to już jakaś baza jest. Baza do czego? Do życiówki w maratonie na jesieni. Po ostatnim odpaleniu silnik zaskoczył, mijają dwa tygodnie i nadal kręci. Więc może się uda. Po co? Nie wiem, po co. Połowa z nas miałaby problem z odpowiedzią na to pytanie. :)

No, a jak się nie uda, to też tragedii nie będzie – ot kolejny maraton na cztery z hakiem. Raz w roku taki sobie ordynuję. I tak szurając te maratony innego spojrzenia na tych wolniejszych biegaczy nabrałem. Te dodatkowe półtorej godziny na trasie to istna mordęga jest. Ale przynajmniej te tyły peletonu weselsze są. A to najbardziej lubię w tym amatorskim bieganiu. Że ludzie po prostu dobrze się przy tym bawią.

A z tym poleceniem redaktora to żartowałem. U nas panuje pełna wolność, że się tak wyrażę, artystyczna. Nie ogarnął pewnie po prostu następcy mojego i o ratunek w trybie pilnym poprosił. Na szczęście nie na poduszkach...

I na koniec słówko do honorowego naczelnego Adama – ja na forum się nie udzielam jednak, bo wymyślanie nowego hasła za każdym razem skutecznie mnie do tego zniechęca. Ale w żadne zakłady już nie wchodzę. Nie chcę Was okradać :)

 

 

 

____________________

Paweł Czapiewski: rekordzista Polski w biegu na 800m (1:43.22). Brązowy medalista mistrzostw świata (2001) i halowy mistrz Europy (2002). W peletonie amatorskim ukończył pięć maratonów, najszybszy w 2:59:32.